Выбрать главу

MacAllister prychnął.

— Zanim dojdzie do tego wniosku, komuś się oberwie.

Patrzyło na nich, pewnie czekając na jakiś nieprzyjazny gest z ich strony.

Wadą lasera tnącego był fakt, że miał on ograniczony zasięg. Ustawiony na pełną moc, trafiał zaledwie na kilka metrów. MacAllister wycelował broń i przesunął palec na spust. Widać było, że ma zamiar strzelić.

— Nie. — Hutch nie spuszczała oczu ze zwierzęcia. — Niech pan tego nie robi. Cofnijcie się wszyscy.

— Dlaczego po prostu go nie zabijemy, skoro możemy? — upierał się dziennikarz.

— Powoli — dodała Hutch.

MacAllister skrzywił się.

— Popełnia pani błąd.

— Róbcie, co mówię — z głosu Hutch emanował chłód.

Zwierzę poobserwowało ich jeszcze przez chwilę, po czym najwyraźniej straciło zainteresowanie. Opadło na cztery nogi i znów zaczęło pić.

Oddalili się na bezpieczną odległość.

— Uff — Kellie najwyraźniej ulżyło.

Nightingale pomyślał, że nawet udało mu się wyjść z twarzą z tego doświadczenia. Nie uciekł i był gotów do użycia broni, gdyby zaszła taka potrzeba. Z trudem jednak opanował drżenie nóg.

— Wszystko w porządku? — zwróciła się do niego Hutch.

Pokiwał głową i próbował się uśmiechnąć.

— W porządku — odparł.

Nie mieli kompasu. Marcel śledził ich drogę z pokładu „Wendy” i czasem podawał im korektę kursu. Krajobraz był nadal pusty, zimny, nieprzyjazny. Pod koniec dnia zobaczyli dalsze wzgórza. Czasem przeleciało jakieś stado ptaków.

Nightingale stanowczo nie cieszył się kondycją wystarczającą, by brać udział w takich eskapadach. Wszystko go bolało. Trochę pocieszała go świadomość, że MacAllisterowi wcale nie jest lepiej. Hutch, która była świadoma tego, że jest obarczona dwoma osobami z zasady preferującymi taksówki, często zarządzała przerwy.

Pozostała czwórka nieustannie gadała. Chiang i dwie kobiety najwyraźniej zaakceptowały MacAllistera mimo jego szorstkości. Nightingale’owi znów życie utrudniała jego naturalna skromność i defensywna postawa. Próbował rzucać cięte uwagi i złośliwe przytyki, ale nie udawało mu się to. Nikt nie chciał go słuchać. Był autsajderem, więc coraz częściej rezygnował i skupiał się na tym, żeby po prostu posuwać się do przodu.

To nie powinno tak wyglądać. W końcu byli jedynymi istotami ludzkimi na tej planecie. Już ten sam fakt powinien skłonić ich, by trzymali się razem, nie dzieląc się na grupy i nie wyłączając nikogo ze społeczności.

To nie było fair, zwłaszcza w świetle tego, że dzięki niemu zyskali szansę przetrwania.

O zachodzie słońca potężnie utykał i Kellie musiała mu pomagać. Wyszli na polankę i Hutch zarządziła przerwę. Nightingale z ulgą opadł na ziemię, wyłączył pole, zdjął buty i potarł stopy. Boże, co za miłe uczucie.

Nałożył sobie trochę balsamu z apteczki. Ciepło rozeszło mu się po stopach, poczuł ulgę.

Pozostali milczeli.

Coś poruszyło się w krzakach.

Sięgnęli po broń.

Stworzenie wyglądało jak wielki skorpion, skorpion rozmiaru dziecinnego wózka. Miało parę czułków, które podrygiwały rytmicznie. Żuwaczki wydawały głośny dźwięk. Ciało wieńczył krótki, składający się z dwóch części ogon. Zwierzę stało na ośmiu nogach.

— Nie ruszajcie się — zarządziła Hutch.

To nie pomogło. W tej samej chwili stworzenie skoczyło w stronę Chianga. Chiang upadł na plecy, strzelając szaleńczo. Hutch i Kellie strzeliły równocześnie. Stwór odskoczył, wydając rozpaczliwy dźwięk, zmienił kierunek i ruszył w stronę Hutch. Znów zaliczył trafienie, uderzył w skałę, przetoczył się na grzbiet i upadł, podrygując nogami.

— To największy owad, jakiego w życiu widziałem — rzekł Chiang, wstając.

MacAllister przyjrzał się laserowi.

— Niezła broń. Kiedy się wyładuje? Ile zużywa energii?

— Naładuje się sama — odparła Hutch. — Tak jak skafander. Ale oczywiście są pewne ograniczenia. Proszę się tym nie bawić.

Stworzenie nie było, rzecz jasna, skorpionem. Różniło się od niego nie tylko rozmiarami i kształtem ogona, który zresztą nie był zakończony żądłem. Zwężenie między głowotułowiem a częścią brzuszną było jakieś inne. Oczy nie pasowały. Segmenty były niezwykłe. Szczypce — mniejsze. Głowa — silniej opancerzona. Nie po raz pierwszy Nightingale pożałował, że nie dane im było poznać biologii tego świata.

Niektórzy sugerowali, by zatrzymać się na noc, ale w końcu ustalili, że lepiej będzie brnąć do przodu.

Nightingale nie mógł przyzwyczaić się do krótkich dni. Kiedy wreszcie rozbili obóz, godzinę później, był śmiertelnie głodny i zmęczony. Znajdowali się w rzadkim lesie, na skraju długiego, łagodnie zakrzywionego wąwozu. Ściemniało się.

Gdzieś wysoko w górze, między gwiazdozbiorami, latały statki nadświetlne, a on tak bardzo chciał znaleźć się na pokładzie jednego z nich. Jakoś się jednak trzymał. Rozdzielili gotowe posiłki.

Nikt nie był ubrany odpowiednio do klimatu. Najgrubszym elementem odzienia, jakie mieli, był prawdopodobnie sweter MacAllistera. Dwie kobiety miały na sobie kombinezony. Chiang — lekką koszulę i szorty. Cienkie spodnie i sportowa koszula Nightingale’a także były przeznaczone do znacznie łagodniejszego klimatu. To oczywiście nie miało większego znaczenia, ale musieli wyłączać e-skafandry, żeby jeść.

Pozbierali drewno i zapalili ognisko. Kiedy już paliło się równo, uruchomili samoczynnie ogrzewające się pojemniki. Po chwili, jak na sygnał, podeszli najbliżej do ogniska, jak się tylko dało, wyłączyli skafandry i zaczęli przeżuwać drób, wołowinę i inne rzeczy, które znalazły się w ich porcjach. Wszystko smakowało tej nocy wspaniale.

Kellie przygotowała kawę. Nightingale przełknął ją szybko i włączył e-skafander. Nienawidził szybko jeść, kiedy był tak bardzo głodny. Ale było mu też tak zimno, że nie zamierzał zwlekać.

Odbyli naradę wojenną i ustalili, że nadszedł czas, by skosztować miejscowej flory i fauny i oszczędzać porcje. Gdyby miało się okazać, że rodzime twory są niejadalne, zarządzą wydzielanie racji. W lesie powinna być jakaś zwierzyna, a Kellie, ku przerażeniu pozostałych, zaproponowała, żeby skosztować skorpiona. Jeśli jakiś się pojawi.

Nikt nie podjął tematu.

Zwrócili się do Nightingale’a, miejscowego eksperta. Czy ma jakieś pojęcie, co tu można znaleźć? Czy lokalna żywność jest jadalna?

— Nie wiem — odparł. — I nikt nie wie. Zakończyliśmy misję w pośpiechu, a to, czego się dowiedzieliśmy, trudno uznać za wiążące. Miejscowe życie oparte jest na lewoskrętnych, nie prawoskrętnych białkach — to dobrze. Do budowy białek wykorzystuje DNA. Pewnie można się jakoś pożywić, ale mam wątpliwości. Tak samo prawdopodobne jest, że się czymś strujemy. A przecież mamy gotowe porcje, i chodzi zaledwie o parę dni.

— Chciałem tylko powiedzieć — zamilkł na sekundę, po czym mówił dalej — że nie musimy się o to bardzo martwić. Chodzi jedynie o zaspokojenie głodu. Możemy wydzielać żywność po pół porcji. Ale to nam nie pomoże w marszach na długie dystanse. I nie mamy jak sprawdzić, czy coś nie zawiera trucizn albo alergenów. Jeśli trafi się jakaś trucizna, może się zdarzyć, że nasz układ odpornościowy w ogóle jej nie rozpozna, a jeśli nawet — nie będzie w stanie z nią walczyć. Wydaje mi się, że jesteśmy raczej bezpieczni, ale nie mogę tego zagwarantować.

Hutch pokiwała głową, wywołała Embry na „Wildside” i poprosiła o radę.