— Hutch — to głos Marcela. — Za jakąś godzinę powinno się zacząć cofać.
— Teraz mamy tu ocean — odparła. — Mówisz, że się cofnie. Woda wyleje się z powrotem?
— Cóż, nie do końca. Częściowo tak. Ale większość zostanie tutaj. Przynajmniej przez parę dni.
— Cóż — rzekła Kellie. — Nie mamy nic lepszego do roboty. Po prostu…
— Dość — przerwała jej Hutch. Nadal zataczała kręgi. MacAllister znów się zgłosił.
— Posłuchaj, zrobiłyście wszystko, co się dało. Nie zamartwiajcie się tym.
Los tych wszystkich ludzi zależał od niej.
Kellie rzuciła Hutch zabójcze spojrzenie. Hutch doszła do wniosku, że to ją też drażni.
W ciągu następnych czterdziestu pięciu minut przez całą okolicę przetaczały się fale, mniejsze i większe. Morgan żeglował cicho po niebie na zachód, potężny, jaskrawy i piękny.
W końcu woda zaczęła się cofać, płynąc w stronę, z której nadeszła. Na sterburcie pojawił się ślad na tafli. To była wieża, zrujnowana i strzaskana.
Hutch wylądowała ostrożnie w środku cofającego się prądu i włączyła ładowanie reaktora. Siedziały w pełnym napięcia milczeniu prawie przez godzinę, aż siła cofającej się wody trochę zelżała. Potem weszły w nurt. Woda sięgała im do pasa.
Górna część wieży i najwyżej położone pomieszczenia zostały zmiecione. Stół znikł wraz kondensatorami. Przeszukały uważnie parter. Wzięły lampy i popłynęły na dolny poziom. Niczego nie znalazły.
Przeszukały całą okolicę, wytyczając sektory, chodząc, pływając i rozglądając się najstaranniej, jak umiały. Jerry zaszedł, a wstało słońce.
XXV
Szczęście nie bierze się z próżni. Jest produkowane w sposób zorganizowany.
GORĄCA LINIA Z AUGUSTEM CANYONEM
Mała grupa rozbitków, którzy znaleźli się na powierzchni Maleivy III, przegrała wyścig z morzem kilka godzin temu, gdy potężna fala wywołana zbliżaniem się planety Morgana zalała północne niziny kontynentu zwanego Transitorią, zabierając ze sobą dwa kondensatory, które umożliwiłyby rozbitkom dostanie się na orbitę. Dowództwo „Wieczornej Gwiazdy” mówi jednak, że jeszcze się nie poddaje.
Jest południe, czwartek, piąty grudnia. Nasi eksperci przypuszczają, że warunki na Maleivie III pogorszą się jutro, a do poważnego pogorszenia dojdzie w czwartek. Prawdopodobnie planeta zacznie się rozpadać w czwartek wieczorem. Ostatnia próba ratunku przewiduje zbudowanie konstrukcji przypominającej windę orbitalną. Wasz reporter będzie relacjonował całe przedsięwzięcie i jeszcze dziś przedstawi wam szczegóły w specjalnym reportażu.
Ochotnicy Janet kończyli trzydniowe szkolenie, gdy nadeszła wiadomość: będą pracować na zewnątrz. Dziś wieczorem.
Reakcje były mieszane. Usłyszawszy wielką nowinę, zastanawiali się przez chwilę, przetrawiając fakt, że stawka w ich przypadku znacznie wzrosła. Janet zauważyła moment przestrachu: teraz nadszedł czas na poważne zobowiązanie. Ale wrócili do pracy z ochotą.
A ona? Cieszyła się, że wyjdzie na zewnątrz.
Chastain wpadł do Audytorium Bryanta, by porozmawiać z ochotnikami o polu Flickingera. Ochotnicy teraz mówili o sobie „Autsajderzy”.
Zaledwie jedna trzecia ochotników w ogóle kiedyś miała na sobie e-skafander, zanim zaczęli program szkoleń. Opowiedział im, jak działają poszczególne układy, odpowiedział na pytania, pokazał symulację i obejrzał uprząż. Udzielił wyjaśnień na temat pola Flickingera i tego, co może ono zrobić, a czego nie może. Opisał podstawowe procedury zachowania bezpieczeństwa, takie jak utrzymywanie fizycznego kontaktu ze statkiem czy obcym artefaktem, na którym będą pracować.
Po kolacji Autsajderzy zostali wezwali na wieczorną sesję, podczas której Janet przedstawiła Mercedes Dellamonica, oficer wykonawczą Nicholsona. Mercedes była chłodną, niezdradzającą emocji kobietą z Mexico City. Ona, Marcel i Janet towarzyszyli piętnastoosobowej grupie ochotników: każdy zajmował się piątką. Chodzili po kadłubie, przyzwyczajali się do warunków, nabierali wprawy w używaniu modułu komunikacyjnego i trenowali zachowanie w sytuacjach problematycznych: Mercedes celowo odpadła od kadłuba, odfrunęła i trzeba było ją ratować.
Spawali też w zerowej grawitacji. Potem kazano im zademonstrować, czego się nauczyli. Kiedy skończyli, dwie osoby zrezygnowały.
Dzięki uprzejmości kapitana Nicholsona na zewnątrz rozciągnięto dwie siatki tenisowe i ci, którzy mieli pracować na sieci utrzymującej asteroidę, mogli potrenować wspinaczkę.
Po zakończeniu sesji, koło jedenastej, zaproszono ich do sali jadalnej w osobistym apartamencie kapitana i podano przekąski na koszt „Wieczornej Gwiazdy”. Byli tam ich instruktorzy, a kiedy już wszyscy się zebrali, pojawili się kapitanowie: Nicholson i Clairveau. Nicholson wygłosił krótką mowę, dziękując im za ich wysiłki i wyrażając przekonanie, że odniosą sukces. Potem wywoływano ich indywidualnie i wręczano certyfikaty z obrazkiem przedstawiającym kobietę w stroju na popołudniowe przyjęcie, ze sprzętem do spawania, siedzącą na dwóch walcach artefaktu.
Za oboma kapitanami, na grodzi, widniał transparent z tym samym obrazkiem. Pod kobietą był zielony napis „Wieczorna Gwiazda”. Powyżej — „Autsajderzy”.
Pindar Koliescu był zadowolony z siebie. Wyszedł na zewnątrz z całą resztą, poradził sobie znakomicie z e-skafandrem i wykazał się dużą zręcznością w używaniu lasera. Był przekonany, że wie już wystarczająco dużo, by ciąć i spawać z najlepszymi. Nie tak źle po trzydniowym szkoleniu. Ale zawsze szybko się uczył.
Był założycielem firmy Harbinger Management Systems, która specjalizowała się w uczeniu ludzi, jak nadzorować podwładnych i kontrolować zasoby. Było to nudziarstwo, ale w świecie biznesu dwudziestego trzeciego wieku cieszyło się dużą popularnością. Dzięki firmie zarabiał wystarczająco dużo, żeby oddawać się ulubionemu hobby: lotom w nieznane w towarzystwie pięknych kobiet.
Tym razem była z nim Antonia Luciania, piękna i nienasycona młoda rzymianka, która od początku podróży dbała o jego dobry nastrój. Antonia próbowała go zniechęcić do brania udziału w akcji ratunkowej, uciekła się nawet do łez, kiedy się upierał, potem zaproponowała, że może też się przyłączy, ale obawia się, że w tak krótkim czasie nie zdąży się wszystkiego nauczyć. Przyznała, że perspektywa wyjścia na zewnątrz ją przeraża.
Jak przystało na doskonałego menedżera, zrozumiał jej obawy i pozwolił jej podziwiać własne heroiczne czyny — te w planach.
Pindar doskonale się bawił. Poddał się emocjonalnej histerii, jaka otaczała akcję ratowania rozbitków, czuł psychiczną więź z czwórką ludzi na powierzchni planety i rozumiał doskonale, że żadna demonstracja odwagi i umiejętności w jego wydaniu nie odniesie zamierzonego skutku, jeśli akcja ratunkowa się nie uda.
Ceremonia była krótka.
— Wszyscy powinniście się solidnie wyspać — powiedział na koniec kapitan Clairveau. — Przygotowaliśmy wam specjalne kwatery. Powiedziano mi, że już o tym wiecie i że wiecie, jak tam trafić. Ale i tak was tam odprowadzimy, jak skończymy — uśmiechnął się. — Możecie uważać się za pozostających w służbie wojskowej. Jutro rano wstaniecie wcześnie. Chciałbym tylko wam przypomnieć, że kiedy opuścicie to pomieszczenie, wszystko stanie się rzeczywistością.