Выбрать главу

– Do czego to podobne, taki huk w nocy robić! Spać nie dajecie, dziecko się obudziło!

– Jutro święta, wyśpisz się pan, a dziecko niech się przyzwyczaja do tradycji.

– Wy widocznie nie wiecie, kto ja jestem – odgraża się facet.

– „Pies” jesteś, to my wiemy. Ale tu u nas są lepsi i też się ich nie boimy – odezwał się Pajac..

– Niech tylko który strzeli jeszcze raz, to zobaczycie, co zrobię! – zawołał znów starszy tajniak.

W tym momencie nastąpił wybuch za jego plecami. To strzelił Sasa, jeden z najbardziej bojowych „powstańców”.

– No i co mi, frajerze, zrobisz? – zawołał po chwili Sasa zza naszych pleców.

Cała heca odbywała się w odległości jakichś dziesięciu metrów od rogu ulicy. W rozgardiaszu nikt nie pomyślał o tym, że jeden z nas powinien stać na rogu, by obserwować, co tam się dzieje. I dlatego policjantom udało się nas podejść. Zobaczyliśmy ich dopiero, gdy wyskoczyli zza rogu.

– Gliny!!! – wrzasnął ktoś ostrzegawczo, a my rozbiegliśmy się tak, jakby w środek piorun strzelił.

– Chłopaki, wiać!!! Gliny z drugiej strony! – krzyknął ktoś inny. To druga grupa policjantów wpadła od strony ulicy Górskiej.

Wtedy wszyscy rzucili się do ucieczki w jedyne bezpieczne miejsce, to jest do domu. Wpadliśmy w ciemne przejście między domami. Brama, podwórze, tupot nóg po ciemnych drewnianych schodach, trzaskania drzwiami… a po chwili idealna cisza. Dom śpi. Ucieczka po klatkach schodowych odbywała się w zupełnych ciemnościach i słychać było tylko głosy lokatorów stojących w otwartych drzwiach swych mieszkań, jak zapraszali uciekających do siebie.

– Chłopaki, tutaj! – woła jeden. – Chodźcie tu! – woła ktoś inny. Wszystkie mieszkania były otwarte i każdy wpadał, do którego chciał. Policjanci z latarkami przeszli po wszystkich korytarzach, zajrzeli do ustępu, do piwnic, za śmietnik – postali chwilę na podwórzu i wyszli na ulicę. Wtedy my zeszliśmy się na korytarzu, żeby się naradzić, co dalej robić. Okazało się, że dwóch naszych chłopaków złapali. Uzgodniliśmy, że teraz strzelać będziemy tylko na rogu ulicy Nabielaka, bo bliżej domu, więc łatwiej uciec w fazie nalotu policji. Poza tym trzeba postrzelać trochę panu „tajnemu” i „obcym” z nowych domów, żeby ich przyzwyczaić do tradycji. Postanowiliśmy, że bomby zmagazynujemy w bramie i będą one podawane strzelcom systemem taśmowym – żeby w razie złapania nie znaleziono przy nikim materiałów wybuchowych.

– Chłopaki! Chodźta!!! Już gliny poszli! – zawołała z podwórza dozorczyni, która z naftową lampką sprawdziła na wszelki wypadek wszystkie zakamarki, czy nam przypadkiem nie podrzucili ze dwóch, trzech policjantów.

Po kilku minutach znów zaczęło się strzelanie. Teraz strzelało równocześnie tylko czterech lub pięciu chłopaków, a inni podawali bomby. Strzelaliśmy tak już prawie pół godziny. Nikt nam nie przeszkadzał, nie licząc wymyślań i przekleństw, które sypały się na nas ze strony „nowych”. Wszystko szło składnie i sprawnie, gdy znów tradycję naszą w brutalny sposób naruszyła policja. Tym razem zjawili się na rowerach, jadąc cicho po chodniku tuż przy samych domach.

Spostrzegłem ich pierwszy, bo mimo waty w uszach już znowu ogłuchłem i stałem na drugim rogu ulicy, żeby ochłonąć trochę. Krzyknąłem ostrzegawczo i razem z innymi rzuciłem się do ucieczki w kierunku domu, a policjanci tuż przy nas zeskakiwali z rowerów. W ostatnim momencie ujrzałem, jak Mały podnosi kamień, by spowodować wybuch ładunku, który już leżał na jezdni.

I znów wszystko powtórzyło się jak poprzednio. Tupot, odgłos zatrzaskiwanych drzwi… i cisza. Tym razem, wyglądając przez okno, odniosłem wrażenie, że w sieni drugiego domu mamy „podrzutków”. A znów ci, co obserwowali przez okna od ulicy, meldują, że poszli wszyscy. Co robić? – zastanawiamy się na korytarzu.

– Daj mi lampkę elektryczną, pójdę sprawdzić – zwrócił się do mnie Mały.

Obserwujemy wszyscy przez okna, jak Mały wychodzi za bramę i pomaleńku, cicho, na palcach podchodzi do sieni drugiego domu… Wreszcie stanął przed drzwiami, zapalił lampkę – i błyskawiczny zryw z powrotem do bramy, a tuż, tuż za jego plecami dwóch policjantów. Ale jak oni mogli złapać chłopaka, który ma dwadzieścia lat i zna teren? Więc gdy tylko dopadł schodów, to już był dla nich stracony, bo kto tych schodów nie znał, po ciemku mógł się zabić na powyrywanych stopniach i połamanych poręczach.

I znów zaczęło się wszystko od nowa: strzelanie, nalot, ucieczka i – tym razem – wystawienie na stałe, do rana, posterunków na rogach ulicy i przed naszą bramą. Gdy policjanci zapytali dozorczynię, czy nie wie, kto strzela, ta dopiero wyjechała na nich z twarzą:

– A czy to ja jestem do pilnowania, kto strzela? A pilnujta ich sobie sami! To jak ja mogę raz w roku pospać sobie, bo nie muszę zamykać bramy, to myślita, że będę pilnowała, kto strzela? A zresztą niech sobie chłopaki postrzelają – tradycja!

I znów, jak zwykle, kłopot z nowymi. W naszym domu na parterze zamieszkała nowa lokatorka, której też zaczęło przeszkadzać strzelanie. Zaczęła kapować, kto strzela. Złapaliśmy jedną bombę i rzuciliśmy pod jej okno. Zrobiło się jasno jak przy magnezji. Baba klnie, my się cieszymy – i zabawa na całą kamienicę. Położyłem drugą bombę na kamień, przytrzasnąłem głazem – wybuch! W uszach zagwizdało, rozdzwoniło się, znów poleciała jakaś szyba, ale tego już nie słyszałem, bo znów ogłuchłem.

– „Nowa” płacze! – wrzasnął mi do ucha Mały.

– No to dajmy już jej spokój, niech i ona ma święta.

Tak więc płacz jednej baby przerwał wesołą rozrywkę lokatorom całej kamienicy i wreszcie ogłuszeni, z postrzępionymi spodniami wróciliśmy do domu.

W domu matka powiedziała mi, że rozmawiała z policjantami. Tłumaczyli się, że im by to strzelanie nie przeszkadzało, ale w komisariacie urywały się telefony z wymyślaniami i pytaniami: „Gdzie jest policja? Jak można na coś takiego pozwalać?”

W niedzielę wieczorem, siedząc przy świątecznej zakąsce, zastanawialiśmy się nad dziwną naturą ludzi, którym nie podobała się taka piękna tradycja, obchodzona uroczyście każdego roku. Lokatorka z parteru, „nowa”, której strzeliłem pod oknem, mówiła do jednej sąsiadki:

Tak, moja pani, byłam w kościele na rezurekcji i modliłam się do Pana Boga, żeby tych s…synów szlag nareszcie trafił za to, że strzelali mi pod oknem i całą noc nie dali spać.

PIES

Gdy wyszedłem na ulicę, na rogu stało już trzech kumpli: Maniek, Edek i Bolek.

– Klawo, że przyszedłeś – ucieszyli się chłopaki. – Mamy chęć wypić po kropelce, a razem zebraliśmy tylko osiemdziesiąt groszy. Postaw pół literka…

– Musicie obejść się smakiem – odpowiedziałem. – Ja też dzisiaj jestem bez grosza.

– Ciekawe życie, jak pragnę wolności! We czterech nie mamy nawet na pół litra.

– Matka by mi pożyczyła – powiedział Bolek – ale przecież nie będę jechał na Piastową po dwa złote.

– No bo musiałeś się, frajerze głupi, wyprowadzić na prowincję.

– Sprzedaj swoją Azę – poradziłem Mańkowi – i będzie forsa. Przecież to rasowy doberman. Jak mądra, to wróci do domu, a jak nie wróci, to znaczy, że głupia. A jak głupia, to niech ją cholera weźmie, nie warto takiemu psu zryć dawać.

– Wiecie, chłopaki? To jest dobra myśl – ucieszył się Maniek. – Azy nie sprzedam, bo ojciec by mnie chyba zabił, ale ona ma teraz zapotrzebowanie na męża i cała sfora psów przez całą dobę łazi nam pod ogródkiem. Jeden jest szczególnie uparty. Siedzi dzień i noc, nawet chyba nic nie żre, bo ile razy przechodzę, on zawsze siedzi.

– A ładny chociaż? – zapytałem. – Rasowy czy zwyczajny kundel?

– Diabli go wiedzą. Mały, kudłaty, a na tych kudłatych rasach to ja się nie znam.

– Chodźmy – zaproponował Edek. – Zobaczymy, czy jeszcze jest.

Podeszliśmy kawałek do bramy, gdzie w małym, własnym domku mieszkała rodzina Mańka. W maleńkim ogródku, uwiązana na łańcuchu przy budzie, leżała Aza i obserwowała psy, których kilka kręciło się przy siatkowym ogrodzeniu.

– O, to ten – powiedział Maniek, pokazując nam małego, rudego psa. „Śliczny piesek – pomyślałem – sam bym takiego trzymał w domu”.

Jeden pęczek rudych kłaków – to właśnie cały pies.

– Dajmy, chłopaki, spokój, to jest chyba rasowy pies – założyłem mowę. – Na pewno z tych nowych domów. Zobaczy jeszcze kto i będzie draka, a po co nam to?

Ale chłopaki już się zapalili do pieska i możliwości zdobycia pieniędzy. Starałem się ich zniechęcić.

– Kto od was kupi tego psa? – mówiłem.

Gdy wracaliśmy na miejsce naszego stałego „urzędowania”, Bolek stuknął się ręką w czoło.

– Chłopaki, mam dobry plan! – zawołał uradowany. – Wszyscy będą zadowoleni. Na Mokotowie mam ciotkę. Ta ciotka – to stara panna. Chowa psy, koty i każdą zwierzynę, którą można trzymać w domu. Więc zabierzemy tego kudłacza, ja pójdę z nim do ciotki i powiem, że chcę go kupić. Za ile można kupić takiego psa, żeby było tanio? – zapytał nas Bolek.

– Powiedz, że za pięć złotych – zaproponował Maniek.

– No więc dobrze, powiem ciotce, że trafia mi się tanio taki ładny piesek, za jedne pięć złotych. Ale ja nie mam pieniędzy, więc niech kochana ciotunia pożyczy do jutra. Powiem ciotce, że mam być jeszcze w kilku miejscach, więc nie będę psa z sobą woził.

– No, a co dalej? – zapytałem, ciekawy, co też on wymyślił.

– Co dalej? – powtórzył Bolek z namysłem. – Jutro po pracy przychodzę do cioci, oddaję pięć złotych, biorę psa pod pachę, przynoszę do Mańka i puszczam w tym samym miejscu, z którego dzisiaj zabiorę. No co? Zły plan? – zapytał uradowany, że wszystko to przecież takie proste i prawie uczciwe. Wypożyczy się tylko pieska na dobę, przecież Maniek mówi, że on tu już kilka dni tak siedzi pod płotem.

– Więc sprawa załatwiona. Skocz, Maniek, do domu i przynieś kawałek sznurka. Trzeba psa uwiązać, żeby nam nie uciekł.

Maniek wrócił po chwili, na rękach niósł psa. Zawiązaliśmy na jego szyi sznur odcięty z dużego kłębka; służył matce Mańka do wieszania bielizny. Teraz już wszyscy razem poszliśmy na Mokotów.

Pod bramą Maniek postawił psa na chodniku, a Bolek wziął sznur do ręki, aby z psem wejść na klatkę schodową. Ale on zaparł się nogami w ziemię. A ciocia mieszka na trzecim piętrze. Gdy Bolek chciał go wziąć na ręce, pies zaczął warczeć ostrzegawczo i kłapnął kilka razy zębami.