– Poszła do Kosowa na „szpilkę”.
Zrozumieliśmy, że „szpilka” to zastrzyk. Znaczy, że dziewczyna jest chora na kiłę. Z Piatynia do Kosowa było piętnaście kilometrów, więc żeby otrzymać zastrzyk, trzeba było iść piechotą trzydzieści kilometrów! „Arystokratyczne” warunki. Do Kosowa chodziły autobusy, ale koszt przejazdu przekraczał możliwości miejscowej ludności. O tym wszystkim dowiedziałem się od Wasyla, młodszego syna gospodyni, u której pierwszego dnia jedliśmy bryndzę. Poczuliśmy do siebie sympatię, więc przychodził on prawie codziennie wieczorem pod obóz i prowadziłem z nim długie rozmowy. Powiedziałem mu o naszej „trzeciej kompanii”.
– Tyle ich przychodzi, że nawet jedna świnia nie nażre się tym, co każdy z nich bierze – powiedziałem.
– To ty myślisz, że oni to jedzenie zabierają dla świń? – zapytał zdziwiony. – Przecież oni nawet w największe święto nie jedzą takich rzeczy, jakie tu dostają.
– Byłem pewny, że to dla świń – powtórzyłem i coś ścisnęło mnie w żołądku. – Dlatego wlewaliśmy im wszystko do jednego garnka. – Ale jeśli oni sami to jedzą, to trzeba to jakoś urządzić inaczej.
Wieczorem, gdy położyliśmy się spać, powtórzyłem chłopakom z naszego namiotu moją rozmowę z Wasylem. Nie chcieli mi wierzyć, tak jak ja nie chciałem wierzyć, gdy mi o tym mówił Wasyl. Postanowiliśmy zapytać o to dzieciaków z „trzeciej kompanii” i jeśli to będzie prawda, wtedy robimy akcję: uświadamiamy chłopaków z innych namiotów, każdy zjada swoją porcję i bierze dolewkę, którą oddajemy w całości, z tym że kto ma w garnku zupę, wlewamy tylko zupę, a kto drugie danie, temu tylko dokładki drugiego dania. A chleb osobno i nie do garnka. Organizacja „zagrała”. W kuchni nigdy już nie zostawało jedzenie. Każdy po zjedzeniu obiadu ustawiał się po dolewkę i braliśmy tak długo, aż w kuchni już nic nie pozostało.
Pewnego dnia, gdy kilku z nas odpoczywało po kolacji w namiocie, wszedł kolega mówiąc:
– Przyszedł chłop i daje wiśnie za chleb. Zabrał kilka kawałków starego chleba i wyszedł.
„Dobra okazja” – pomyślałem, myśląc o dużej ilości nie zjedzonego chleba, leżącego w głowach pod moim siennikiem. Wyjąłem chleb, lecz było go tak dużo, że nie mieścił się w rękach. Wobec tego rozłożyłem pelerynę, w którą włożyłem chleb, i wyszedłem szukać chłopa z wiśniami. Nad rzeczką chłopa nie znalazłem, za kuchnią też nie. Wyszedłem na drogę – nie ma nikogo. Już miałem wrócić do namiotu, gdy zobaczyłem starego brodatego chłopa z wiklinowym koszykiem w ręku. Podszedłem do niego, zajrzałem do koszyka, ale wiśni w nim nie było.
– Chce pan? – zapytałem pokazując mu chleb.
Kiwnął głową, że chce, i nadstawił koszyk, do którego wysypałem zawartość z peleryny. Kilka kawałków upadło na ziemię. Nachyliłem się, pozbierałem je i ułożyłem w koszyku. Gdy się podniosłem, chłop chwycił mnie za rękę, pochylił się i chciał ją pocałować. Wyrwałem rękę i ścisnęło mnie w gardle. Złapałem pelerynkę i bez słowa, szybko wróciłem do namiotu. Czułem, że mam w oczach łzy. Byłem cały roztrzęsiony i długo nie mogłem się uspokoić. Nie mogłem tego zrozumieć, że stary, zmęczony życiem człowiek chciał mnie, osiemnastoletniego chłopaka pocałować w rękę za trochę czerstwego chleba. Chłopakom nic nie powiedziałem. Nie wiem, czego i dlaczego, lecz byłoby mi wstyd o tym mówić.
Dwa tygodnie dobiegały końca. Cały czas lawirowałem tak, żeby nie chodzić na żadne ćwiczenia, i udawało mi się. Z zadowoleniem brałem ostatniego dnia pobytu udział w likwidowaniu obozu.
Do Kołomyi odwieziono nas samochodami wojskowymi. Gdy dojeżdżaliśmy do Warszawy, radość sprawił mi tramwaj, który zobaczyłem przez okno pociągu.
– Chłopaki!!! – wrzasnąłem na cały przedział. – Patrzcie! Tramwaj! Urlop skończony. Tylko na całe życie pozostaną mi w pamięci Wasyl pracujący za pięćdziesiąt groszy dziennie, stary człowiek, który chciał mnie pocałować w rękę za kilka kawałków chleba, panienka, która poszła „na szpilkę”, i „trzecia kompania”.
2. WOJNA
RAJZA
Wojny się nie bałem. „Nie damy guzika od munduru”, „Silni – zwarci – gotowi”. Hasła te, rozlepiane na murach Warszawy, nastrajały bojowo, optymistycznie. Wszyscy twierdzili, że Niemcy wojny nie zaczną, że mają słabe wyposażenie techniczne z materiałów zastępczych, że za dwa tygodnie będziemy w Berlinie – oto jakie krążyły wersje, a miały na celu wmówienie w ludzi, że wszystko u nas jest na klawo. Wkrótce okazało się, że oddaliśmy nie tylko guzik, ale i cały naród w niewolę. Że ci od rządzenia byli owszem: „silni” – w gębie, „zwarci” – przy pijaństwie i „gotowi” – do ucieczki za granicę.
W pierwszych dniach wojny codziennie rano jeździłem do fabryki. Jazda tramwajem urozmaicona była nalotami samolotów niemieckich, które bombardowały miasto. Po tygodniu wszystkim pracownikom wypłacono miesięczne zarobki i… wysiadka. Fabryka zamknięta.
Co teraz robić? Całą grupą kolegów z naszej ulicy chodziliśmy po mieście szukając chętnych, którzy zechcą nas przyjąć do wojska albo do prac związanych z obroną Warszawy. Nikt nas nie chciał. Wszędzie tłumy ludzi i odpowiedź: Nie mobilizujemy. Brak broni. Brak sprzętu. Dowiedzieliśmy się. że przez radio wzywają, żeby wszyscy zdolni do noszenia broni opuszczali Warszawę, bo w Garwolinie odbywa się mobilizacja.
Z Warszawy wyruszyliśmy we trzech. Trzech najlepszych kolegów z naszego domu o jednakowych imionach, trzech Staśków. Koledzy, żeby nas rozróżnić, nazywali mnie „Długi”, drugi Stasiek był „Średni”, trzeci „Mały”. Po wielu przygodach dotarliśmy do Lublina. Po drodze mijaliśmy zbombardowane wsie i miasteczka. W Garwolinie zamiast mobilizacji zastaliśmy morze ognia. Wojsko nie wpuszczało ludzi do płonącego miasteczka, ale my też byliśmy uparci. Przecież taka przeszkoda nie może zmienić naszych zamiarów! Okrążyliśmy Garwolin i znów znaleźliśmy się na szosie. Ale pierwszej nocy nie doszliśmy do Kojbieli. Szliśmy szosą, śpiewając głośno wojskowe piosenki. Raptem tuż przed nami ktoś krzyknął: „Stój! Co to za wrzaski po nocy?” Słychać głos, ale człowieka nie widać.
– Co? Wrzaski? – zapytałem zdziwiony. – Nie masz pan, widzę, artystycznej duszy, jeśli takie piękne wojskowe melodie nazywasz pan wrzaskiem.
– Zamknąć gęby! – padł rozkaz niewidzialnego człowieka. Orientujemy się tylko, że stoi trzy kroki przed nami.
Nie wiemy, kto nam szura, więc na wszelki wypadek każdy z nas już włożył rękę do kieszeni, w której trzyma „pomocnika” – a Średni zakpił:
– Panie, idź pan spać do mamusi pod pierzynę, jak się pan głosu ludzkiego boisz. Tacy nie powinni w nocy na szosę wychodzić.
– Nie mądrzyć się tyle – posłyszeliśmy i dopiero wtedy zobaczyliśmy właściciela głosu.
– Oficer, cholera – szepnął półgłosem Mały. A ten już podszedł bliżej, a za nim dwóch żołnierzy z karabinami.
– Dokąd idziecie? – zapytał.
– Do wojska, panie, do wojska – odciął się Średni.
– Weź nas do siebie, to dalej nie będziemy szli.
– Nie gadać! Dokumenty proszę pokazać.
– Najpierw się pyta, a jak odpowiadamy, to znów „nie gadać” – margotałem pod nosem, wyciągając z kieszeni dowód i kartę z komisji poborowej, na której byłem w maju i otrzymałem kategorię „A” – zdolny do służby wojskowej.
Zanim podaliśmy dokumenty, oficer pytał nas kolejno:
– Nazwisko? Podałem nazwisko.
– Imię?
– Stanisław. Teraz pyta Małego.
– Nazwisko?
Mały powiedział nazwisko.
– Imię?
– Stanisław.
Ze Średnim to samo. Gdy podał imię: Stanisław – oficer wrzasnął:
– Tylko bez wygłupiania, do jasnej cholery! Wariata ze mnie robicie?
Parsknęliśmy śmiechem. Podałem mu nasze dokumenty.
– Zobacz pan sam, czy robimy z pana wariata. Taka umowa. Wszyscy to samo imię.
Obejrzał dokładnie dokumenty, oddał i pozwolił nam iść dalej, dając na drogę przestrogę, żebyśmy zachowywali się cicho, bo nas zamknie. Odeszliśmy z pięćdziesiąt metrów, gdy dałem rozkaz:
– Kompania, śpiewać! No, chłopaki, razem!
I na cały regulator zaśpiewaliśmy: „Jak ja pójdę na kwaterę do wieśniaka spać, to ja jego wyszykuję… jak on pójdzie spać…”
– Bojowy, taki owaki – mówiliśmy o oficerze, gdy zakończyliśmy piosenkę o wieśniaku. – Bohater do grzecznych chłopaków na szosie. Przeszkadza mu śpiew. Ciekawe, czy do Niemców też będzie taki bojowy.
Nad ranem w krzakach przy szosie zrobiliśmy odpoczynek. Położyliśmy się obok siebie na trawie, przykryliśmy się jesionkami – i spać.
Rano okazało się, że jesteśmy pod Kolbielą. W miasteczku udało nam się kupić chleba i tłustego gotowanego mięsa. Wleźliśmy znów w krzaki, żeby zjeść śniadanie i naradzić się, jak i co mamy robić dalej. Tłumaczyłem chłopakom tak:
– Za kilka godzin będziemy w Garwolinie. Ale nie wiadomo, kiedy zdobędziemy znowu żarcie, więc robimy tak, jak rozbitki na morzu: tego jedzenia musi nam starczyć na tydzień i tak będziemy dzielić, żeby starczyło. Jak jeszcze coś zdobędziemy, wtedy możemy jeść więcej, ale żelazny zapas na tydzień musimy mieć. Poza tym woda: litrowa butelka to żelazny zapas. Pić będziemy wtedy, gdy znajdziemy wodę, a z butelki dopiero wtedy, gdy przez cały dzień nic nie będziemy pili.
Podczas gdy tak radziliśmy, po niebie krążyły niemieckie samoloty i z karabinów maszynowych strzelały po krzakach, w których schowało się wielu takich jak my wędrowców. Słychać było gwizd przelatujących w pobliżu pocisków.
– Tu może być niezdrowo, urywajmy się gdzie indziej – zaproponował Mały.
– Za dużo gwizdu, a ja tego nie lubię – dodałem. – Chodźmy na drugą stronę szosy i w takie miejsce, żeby był tylko jeden krzak. Do jednego krzaka nie będą przecież strzelać.