Выбрать главу

Po drugiej stronie, sto metrów od szosy, ulokowaliśmy się pod jednym krzakiem, rosnącym nad samą rzeczką. Samolotów nie ma. Kąpiemy się – zdecydowaliśmy, gdy na niebie zrobiło się pusto. Szybko zdjęliśmy ubrania i po chwili już byliśmy w wodzie, jako jedyni amatorzy kąpieli.

Nagle na szosie usłyszeliśmy gwizdki rozkazu: „Lotnik – kryj się!” Wiedziałem, co to znaczy, więc krzyknąłem na kolegów, żeby szybciej uciekali. Byliśmy jeszcze w wodzie, gdy na most posypały się bomby zrzucane przez trzy samoloty. Nie uciekaliśmy już pod krzak. Położyliśmy się nad wodą, a bomby padały w odległości stu metrów od nas. Czułem, jak po każdym wybuchu porusza się ziemia pod moim brzuchem. Patrząc bokiem zobaczyłem, że Średnim silnie podrzuciło i leży bez ruchu.

– Co ci się stało? – zawołałem przestraszony, myśląc, że może zranił go spadający odłamek bomby.

– Żaba, k… ją mać! Skoczyła na mnie i przestraszyłem się – odpowiedział z obrzydzeniem.

Po zbombardowaniu mostu postanowiliśmy opuścić to miejsce, bo przy okazji takiego sąsiedztwa można oberwać odłamkiem. Poszliśmy brzegiem szosy, a środkiem szła duża grupa żołnierzy. Uszliśmy może kilometr drogi, gdy gwizdki znów oznajmiły alarm lotniczy. Razem z żołnierzami zboczyliśmy do rowu ciągnącego się wzdłuż szosy. Od strony Garwolina, dokładnie nad samą szosą, na niedużej wysokości leciały trzy samoloty. W odległości pięćdziesięciu metrów zobaczyłem mały betonowy mostek łączący nad rowem boczną drogę z szosą.

– Pod ten mostek! – krzyknąłem do chłopaków i pobiegłem pierwszy, a za moimi plecami koledzy, dwóch żołnierzy i granatowy policjant. Gdy dobiegliśmy do mostku, już sypały się bomby, i to właśnie po naszej stronie. Słychać było gwizd spadających bomb, wybuchy, unosił się czarny dym, a wszystko to błyskawicznie zbliżało się do naszego mostku. Wybuch tuż przed mostkiem. „Teraz w mostek” – pomyślałem i już usłyszałem wybuch – za mostkiem. Staliśmy wszyscy spokojnie, tylko policjant miotał się w panicznym strachu, wołając bez przerwy: „O mój Boże! O Boże kochany!”

Wrzasnąłem na niego ze złością:

– Uspokój się pan, do cholery! Już po strachu. Pryskajmy teraz w bok, bo znów mogą przylecieć.

Pod mostek wszedł żołnierz ranny w nogę. Odłamek przebił mu but z cholewą i przez dziurkę w bucie lała się krew. Po chwili już był drugi ranny. Policjant uciekł. Wyszedłem za nim i widziałem, jak wsiada na rower, który zostawił na szosie, i ile sił w nogach pedałuje w kierunku bocznej drogi.

Żołnierze zajęli się jednym rannym, a ja już drugiemu prułem cholewę swoim fińskim nożem. Gdy zdjąłem but, przyszli żołnierze i zajęli się robieniem opatrunku. Wyszyliśmy na boczną drogę. Przy drodze tej, w odległości pięćdziesięciu metrów od szosy, paliła się chałupa, a po drugiej stronie leżał gospodarz ze zmiażdżona do kolana nogą.

– Panowie, ratujcie mnie! – błagał. – Nie zostawiajcie mnie, bo umrę. Stanęliśmy przy nim zastanawiając się, jak mu pomóc.

– Trzeba mu ścisnąć nogę – zdecydowałem. I już zdejmowaliśmy z niego pasek, którym silnie zacisnęliśmy nogę powyżej kolana.

– Teraz idziemy szybko do wsi, po ludzi, żeby zabrali rannych – zaproponował Mały.

To było jedyne logiczne wyjście. Poszliśmy. Za nami zostało wołanie gospodarza: „Panowie, nie zostawiajcie mnie!” Po kilku minutach byliśmy już we wsi, oddalonej od szosy nie więcej niż pół kilometra. Na skraju wsi, ukryci w krzakach, leżeli żołnierze, a wśród nich kilku miało torby oznaczone czerwonym krzyżem. Powiedzieliśmy im o rannym chłopie i żołnierzach. Sierżant wydał rozkazy i już po chwili w kierunku szosy pojechały dwa konne wozy z obsługą sanitarną. Zapytałem ich, czy jechał tędy policjant na rowerze.

– Owszem, jechał – odpowiedział sierżant – ale tak pędził, jakby mu pies przy portkach wisiał.

– Jeśli spotkamy go po drodze, to mu, draniowi, łeb urżnę – powiedziałem do żołnierza, z którym rozmawialiśmy. – Przecież widział rannych! Taki bydlak, pałką to potrafi bić!

Minęliśmy wieś i poszliśmy miedzami wzdłuż szosy. Ale samoloty znów położyły nas w małym rowku pod jedynym rosnącym tu krzakiem. Przeleżeliśmy tak cały dzień, a wieczorem na szosę – i do Garwolina.

Garwolin w płomieniach. Teraz szliśmy już tylko nocą, a rano schodziliśmy w pole i układaliśmy się spać pod jakimś samotnie rosnącym krzakiem. Ryki – spalone. Przy tlących się zgliszczach siedziała kobieta i grzebiąc patykiem w popiele, śmiała się. Wariatka. Patrzyłem i poczułem ciarki na plecach. Niesamowity śmiech. Cichy, wariacki śmiech.

Kurów – spalony. Sterczą tylko kominy spalonych chałup. Na brzegu szosy trupy ludzi.

– Tu leży kobieta! – zawołał Mały idący przodem.

Podeszliśmy bliżej, może jeszcze żyje. Była to młoda, ładna kobieta. Nie żyła.

Kilka kilometrów szliśmy wśród płonących lasów. Środkiem szosy wojsko, bokiem cywilna ludność.

– Gdyby Niemcy teraz zrobili nalot – to familijny klops – powiedziałem do chłopaków. – Na szosie widno jak w dzień, a z jednej i z drugiej strony płonące lasy.

– Nie kracz – wtrącił Średni – bo możesz wykrakać, a wtedy jatka. Markuszów – spalony. Wreszcie Lublin, ale tu też nie mobilizują do wojska. Każą iść do Zamościa. Zbuntowałem się.

– Nie idę do Zamościa – powiedziałem. – Teraz mam już niedaleko do rodziny.

Chłopaki też mieli już dosyć wędrówki, więc pewnego dnia z przygodami odwaliliśmy ostatnie pięćdziesiąt kilometrów i zatrzymaliśmy się u dalekie j rodziny mojego ojca. Na tym etapie, zaraz za Lublinem, dał nam popęd niemiecki samolot, który zjawił się raptownie nad nami, lecąc ha wysokości przydrożnych drzew. Szliśmy w dzień, więc szosa była zupełnie pusta. Gdy zobaczyliśmy zbliżający się samolot, szybko uciekliśmy z szosy i położyliśmy się za dużymi kamieniami, które tworzyły coś w rodzaju płotu odgradzającego pole, żeby przechodzące bydło nie niszczyło zasiewów. Samolot zniżył się na wysokość kilkunastu metrów i przeleciał dokładnie nad nami.

Zaledwie zdążyliśmy się podnieść, on już leciał z powrotem. Przeskoczyliśmy przez kamienie i położyliśmy się z drugiej strony. Usłyszeliśmy warkot nad głowami i trajkot karabinu maszynowego. Teraz, gdy nas minął, obserwowaliśmy, jak robi skręt i znów wraca do nas. Skok na drugą stronę i serdeczne przytulenie się do kamieni. Teraz już nie czekaliśmy na jego powrót, lecz gdy tylko nas minął, już byliśmy po drugiej stronie naszej kamiennej osłony. Przeleciał jeszcze dwa razy, a gdy spostrzegł, że nie da rady nas ustrzelić, zajechał z boku i lotnik pogroził nam pięścią, a my odwdzięczyliśmy się jeszcze lepszym ruchem, gdy to jedną rękę kładzie się na przedramieniu drugiej i tą drugą dopiero się macha. Domyśliliśmy się, że bomby musiał wyrzucić – nad Lublinem, dlatego do nas strzelał tylko z karabinu maszynowego. Gdyby miał coś jeszcze, to na pewno by nas poczęstował.

Nie tracąc humoru poszliśmy dalej. Już nikt nas więcej nie zaczepiał. Gdy odwaliliśmy czterdzieści kilometrów, a do wieczora było jeszcze daleko, zdecydowaliśmy, że trzeba wstąpić do chałupy, pożywić się i przespać chociaż z godzinę – bo przecież od świtu byliśmy w drodze. Gospodarz, do którego wstąpiliśmy, przyjął nas bardzo serdecznie, nakarmił i zrobił posłanie w stodole. Podczas gdy jedliśmy, on opowiadał, ile to już ludzi przeszło przez wieś w ciągu ostatnich dni. Ubolewał nad tymi, którzy musieli uciekać ze swych domów. Śmieszyło go i nie rozumiał, dlaczego ci ludzie, gdy tylko posłyszą warkot samolotu, zaraz pędzą wszyscy jak wariaty w pole. Opowiedzieliśmy mu, co widzieliśmy po drodze: o spalonych wsiach, w których nie pozostał nawet jeden dom, o trupach przy drogach i wariatach na zgliszczach. O tym, że Niemcy strzelają nawet do pastuszków na łąkach, i o tym, jak to przed kilkoma godzinami zaledwie polował na nas niemiecki samolot. Gospodarz słuchał, kręcił głową, ale widziałem, że nam nie wierzy.

Gdy już najedliśmy się solidnie, poszliśmy spać do stodoły, prosząc gospodarza, żeby nas zbudził za dwie godziny.

Ze snu wyrwał nas huk bomb. Słychać jeden wybuch, drugi, trzeci… Coraz bliżej. Wreszcie huk, brzęk szyb, stodoła zatrzeszczała i… cisza.

– Chłopaki, lecimy! – krzyknąłem. Poderwałem się z posłania i już otwieram drzwi stodoły. Przy mnie stoi Średni. Mały, zaspany, usiadł na posłaniu i zdziwiony zapytał:

– Po co? Przecież już po wszystkim. – Otworzyliśmy już drzwi, a Mały kładzie się z powrotem spać.

– Wstawaj, bydlaku, k… twoja mać! – wrzasnąłem wściekle. – Ratować może trzeba!

Po takiej grzecznej prośbie nie mógł już odmówić. Wyskoczyliśmy razem przed zabudowania.

Okazało się, że ostatnia bomba trafiła w zabudowania sąsiada. Paliła się chałupa i stodoła – a w głębi wsi palił się jeszcze jakiś budynek. Chałupa naszego gościnnego gospodarza znajdowała się zaledwie kilkanaście metrów od płonących zabudowań. Po długiej drabinie weszliśmy na dach, a po chwili już gospodarz podawał nam duże, zamoczone w wodzie płachty,” którymi gasiliśmy płonącą słomę, przenoszoną przez wiatr na słomiany dach naszej chałupy. Po kilku minutach płachty już były suche. Przez cały czas rodzina gospodarza dostarczała nam na dach wodę w wiadrach, którą polewaliśmy dach, płachty i siebie. Zbiegli się ludzie. Część ratowała płonące zabudowania, inni z płachtami obsadzili dachy naszych budynków i w ten sposób nas zmienili, bo nie sposób było wytrzymać długo w takim gorącu. Na dachu ludzie zmieniali się co kilkanaście minut, a ci na dole systemem taśmowym podawali wiadrami wodę do polewania dachu. Gdy już zabudowania sąsiada dogasały, a nasi gospodarze wnosili do chałupy swoje graty, które w czasie pożaru ludzie wyciągnęli na podwórze, zapytaliśmy gospodarza, czy teraz wierzy, że to, co mówiliśmy o Niemcach, było prawdą. Poszliśmy ze wsi żegnani serdecznie przez gospodarza i zaopatrzeni w żywność.

Po trzech godzinach, już po ciemku, doszliśmy do wsi Małków, która była celem naszej wędrówki.

Trzy dni później dotarły do wsi matka moja i siostra, które wyjechały z Warszawy pociągiem tego samego dnia, kiedyśmy my wyszli piechotą. Opowiedziały nam, jak Niemcy bombardowali pociąg, jak musieli czekać na reperację torów, jakimi sposobami zdobywali żywność. W rezultacie przyjechały trzy dni po nas. Po tygodniu do wsi przyszedł mój starszy brat, który w tym czasie służył w wojsku. Ten znów przyszedł piechotą prawie od rumuńskiej granicy. W wędrówce swojej starał się unikać spotkania z Niemcami, a przede wszystkim z nacjonalistami ukraińskimi, którzy strzelali do każdego człowieka w mundurze. Przyszedł wygłodzony i wyczerpany biegunką, na którą zachorował żywiąc się w drodze różnymi surowiznami. Nie chciał iść do Rumunii, twierdząc, że miejsce każdego Polaka jest w Polsce. Byłem tego samego zdania.