Po trzech dniach Tadek powiedział nam, że „fokstrot” wyrównał hałdę, zasypał śniegiem, żeby nie było widać ubytku węgla, zabił dziurę w parkanie… i siedzi cicho. Nigdzie nie meldował o kradzieży. Bał się o swoją skórę, że spał zamiast pilnować. Od tego dnia robił co dwie godziny obchód całej fabryki, a po każdym.obchodzie nastawiał budzik, żeby go za dwie godziny znów obudził.
– Nie szkodzi – powiedziałem z zadowoleniem. – Może sobie chodzić nawet co godzinę, a my i tak jeszcze niejeden raz podskubiemy coś z fabryki.
„ROBOTA”
Koledzy wyprzedali już wszystko, co zdobyli w czasie oblężenia. Mnie też już zabrakło pieniędzy. Dotychczas pożywiałem się przy chłopakach. Teraz, gdy oni już nic nie mają, to i mnie jest ciężej, tym bardziej że co dwa, trzy tygodnie jeżdżę za Lublin, żeby matce dostarczyć forsy na życie. Wszyscy rozglądają się, w jaki sposób zdobyć trochę pieniędzy, a do Niemców żaden nie chce iść pracować.
Pewnego dnia przed południem przyszedł do mnie Mietek i po krótkiej rozmowie przystąpił do zasadniczej sprawy.
– Mam nadaną dobrą robotę. Chcesz przystąpić do spółki? Sam nić nie zrobię, a nie chciałbym w to wtajemniczać za dużo osób.
– Tryfna? – zapytałem krótko.
– Tryfna, ale nikogo nie skrzywdzimy. Ulżymy tylko innemu bogatemu złodziejowi.
– Zgadzam się, gadaj, o Co chodzi.
– Jest mieszkanie bardzo bogatego frajera, właściciela kilku kamienic, który z, całą rodziną uciekł za granicę – zaczął referować Mietek. – Tym mieszkaniem „opiekuje się” administrator domu, a „opieka” polega na tym, że wyprzedaje on na swoją dolę różne wartościowe przedmioty, znajdujące się w mieszkaniu. Są tam piękne drogie obrazy, antyczna porcelana, wiesz, takie jakieś garnki, wazy, talerze i różne inne śmieci, za które podobno dobrze płacą. Są też jakieś drogie dywany i do cholery różnego drobiazgu, na którym można nieźle zarobić.
Przerwałem te wywody, mówiąc krótko: -
– Klawo, idę. Powiedz tylko, kiedy robimy.
– Jeśli nie masz nic innego do roboty, to możemy wyskoczyć dzisiejszej nocy – zaproponował Mietek.
– Dobrze. Start z mojego mieszkania. Umówię tylko Staśka, syna naszej dozorczyni, żeby w nocy otworzył bramę, jak będziemy wychodzili i jak będziemy wracać. On i Leon to najrówniejsi „powstańcy” – wyjaśniłem – z nimi można robić każdą przewalankę.
– No to łapa. Umowa stoi.
W nocy, przed wyjściem z mieszkania, stuknąłem kilka razy lekko nogą w podłogę. Był to umówiony znak dla Staśka, że wychodzimy. Gdy zeszliśmy na dół, czekał już na nas. Otworzył bramę, mówiąc, że będzie siedział w oknie i czekał na nasz powrót.
Głupie uczucie – iść tak nocą pustymi ulicami, gdy nie wiadomo, czy zza najbliższego rogu nie wyjdą Niemcy lub policjanci. Na takie spotkanie byliśmy przygotowani. Dałem Mietkowi swojego waltera z zapasowym magazynkiem i dwa granaty, a sam wziąłem szturmowe parabellum, cztery zapasowe magazynki i także dwa granaty. Żywcem nikomu wziąć się nie damy, ale myśl o tym, że może dojść do wojny, nie była wcale przyjemna.
Krótszą drogą przez ogród i pusty plac, przełażąc przez parkany, dostaliśmy się na podwórze domu, w którym mieliśmy pracować. „Nasze” mieszkanie znajdowało się na parterze. Pod jednym oknem leżała duża kupa śniegu. Stanęliśmy pod oknem i namyślaliśmy się, co robić. Mietek przykucnął, a gdy wszedłem mu na ramiona, wolno się podniósł. Sięgałem rękami do połowy okna. Dłutem oderwałem dyktę zastępującą wybitą szybę, otworzyłem okno i już byłem w mieszkaniu, a po chwili do środka wskoczył Mietek. Zamknęliśmy okno i świecąc ślepymi latarkami, rozglądaliśmy się z ciekawością po nie znanym mieszkaniu.
– Chodź, zobacz, co to jest! – woła mnie Mietek i pokazuje jakąś szkaradną porcelanową figurę.
– Cholera wie, co to ma przedstawiać – odpowiedziałem zdziwiony, że też chce się ludziom płacić drogie pieniądze za takie jakieś mazepy. Wybierane przez nas przedmioty ustawialiśmy na dużym stole stojącym na środku pokoju.
– Ty! Co tam znów przyniosłeś? – woła Mietek. – Jakiś poklejony wazon?.
– To go wyrzuć w cholerę i nie zawracaj głowy – odpowiedziałem już zły, że on bez przerwy gada i śmieje się ze wszystkiego.
Teraz dla odmiany ja zawołałem Mietka.
– Zobacz, jakieś małe fotografie. Brać to czy nie? Śliczne ramki.
– Możemy brać – odpowiedział Mietek patrząc na fotografie starożytnych babek. – Ciężkie to nie jest. Fotografie wyrzucimy, a ramki ładne, to może ktoś kupi.
– Tu w futerale stoi coś ciężkiego – woła znów Mietek. – Pomóż przenieść na stół.
Po zdjęciu pokrowca okazało się, że jest to zegar w porcelanowej oprawie, który „obsiadły” porcelanowe babki. Śliczna rzecz, nawet na taką jak moja znajomość tych rzeczy. Bo dopiero później dowiedziałem się, że te fotografie to bardzo drogie miniaturki, które dołożyłem darmo kupcowi porcelanowych talerzy, za które w naszym pojęciu zapłacił bardzo dobrze. A zegar okazał się zegarem z czasów Ludwika któregoś tam. Sprzedać go chciałem swojemu majstrowi z fabryki za czterysta złotych. Tak na oko oceniliśmy jego wartość. Gdy nie chciał nam tyle zapłacić, zawieźliśmy zegar do handlarza. Na „wariata” podałem cenę dziesięć tysięcy złotych, które on bez jednego słowa zapłacił. Gdy po kilku dniach majster zgodził się dać żądaną poprzednio sumę, odesłałem go do handlarza, któremu zegar sprzedaliśmy. Poszedł i udawał kupca, który chce kupić antyczny zegar. Obejrzał kilka, lecz nigdzie nie zauważył naszego. Wreszcie znalazł. Gdy zapytał o cenę, właściciel odpowiedział poważnie:
– Ja pana nie znam. Nie wiem, jakie są pana możliwości finansowe, ale mogę pana zapewnić, że nigdy nie będzie pana stać na kupno takiego zegara. To jest unikat jedyny w swoim rodzaju.
Nie znałem się na unikatach w ogóle; zacząłem żałować, że nie znam się na porcelanie i antykach.
Po naładowaniu dwóch worków drobną porcelaną wyszedłem przez okno, a Mietek podał mi majdan, który spokojnie zanieśliśmy do domu, i wróciliśmy po resztę. Pozostał jeszcze zegar, kilka „blach” – jak nazwałem stare, chyba rosyjskie, samowary – i jeden obraz, który nożem wyrżnęliśmy z ram. Jak kto kupi, to przyjdziemy po inne – obiecywaliśmy sobie zwijając obraz w rulon.
Teraz do środka wskoczył tylko Mietek i już po chwili podawał mi zegar. Wychylony z okna wołał:
– Bierz prędzej, bo nie mogę utrzymać! Wystawiłem ręce i mówię:
– Puszczaj!
Nie utrzymałem. Zegar wypadł mi z rąk i wleciał w kupę śniegu.
Zakląłem półgłosem, bo w momencie upadku zadźwięczał dzwonek umieszczony w zegarze. Spojrzałem po oknach – cisza, nie widać żadnej twarzy. Zegar nie zadzwonił nawet głośno, ale w ciszy nocnej odniosłem wrażenie, że to odezwał się dzwon kościelny. Z dużym wysiłkiem udało mi się wreszcie wyciągnąć zegar ze śniegu i przenieść za róg domu. Po chwili odebrałem zwinięty obraz i czekałem na znak od Mietka, żeby odebrać „blachy”, które ładował do worka. Wreszcie ukazał się na oknie z workiem pełnym tego żelastwa. Rzucił go, ja na dole chwyciłem, ale worek ciężarem swym przechylił się w bok i cały majdan spadł na ziemię. Rozległ się przeraźliwy brzęk, zdolny obudzić całą kamienicę. Mietek szybko zamknął okno, zeskoczył na dół i już był przy mnie, gdy ja w tym czasie stałem za rogiem domu z pistoletem w ręku. Byłem pewien, że hałas ściągnie na nas dodatkowe, nieprzewidziane kłopoty. Gdy po dziesięciu minutach nie zaszło nic nowego, wyjrzeliśmy zza węgła, rozejrzeliśmy się na wszystkie strony – i zarzucając majdan na plecy, bocznymi ulicami dostaliśmy się do domu.
Więc już mamy zimę na cały regulator. Koledzy martwili się, że drą im się buty, a nigdzie nie można kupić skóry na zelówki, która jest na wagę złota. Poszedłem na Wójtówkę do Olka. Leżał jeszcze w łóżku, a matka chodziła po mieszkaniu i wymyślała mu, że nie chce wstać. Słów, którymi operowała, nie powstydziłby się najbardziej gramotny w tej dziedzinie furman. Olek też nie był dłużny matce. Siedziałem na jakimś kulawym stołku i śmiałem się w duchu, ciekawy, co z tej „rozmowy” wyniknie.
– Mieliście takiego sukinsyna ojca, że was nie powyduszał, jak szczeniakami byliście – dziamgocze matka pod adresem Olka i jego młodszej siostry.
Teraz już i Olek się zdenerwował. Usiadł na łóżku i powiedział ostro:
– Niech matka przestanie, bo się zezłoszczę.
Efekt piorunujący. Olek poleżał jeszcze kilka minut, wstał, ubrał się, a matka w tym czasie nie powiedziała nawet jednego słowa. Gdy wyszliśmy na ulicę, zapytałem, co się stało, że matka tak dokładnie zamknęła twarz.
– Jak ty się złościsz? Matki przecież nie bijesz?
– A po co bić? Widziałeś, że na środku mieszkania stoi żelazny piecyk, od którego biegną rury do luftu. Matka cholernie nie lubi robić. A jak ja ostrzegam, że mogę się zezłościć, i to nie pomaga, to kopię nogą w piecyk. Piecyk się przewraca, rury się rozlatują i matka ma na tydzień roboty ze sprzątaniem sady, których pełno jest wtedy w każdym kącie.
– Słuchaj, potrzebuję skóry na zelówki. Poradź, jak zdobyć, żeby nic nie kosztowały i żeby jeszcze można było zarobić na kieliszek chleba.
– Zrobimy skok na fabrykę – odpowiedział Olek bez chwili wahania. – Mam jedną na oku. Pilnuje jej niemiecki dozorca, ale ja już mam sposób, żeby wszystko grało. Kiedy idziemy?
– Możemy iść dzisiejszej nocy, tylko zabiorę jeszcze jednego kumpla, Władka. Przecież go znasz, równy i charakterny chłopak.
Wieczorem spotkaliśmy się u Olka, a przed północą wyszliśmy z domu i Olek poprowadził nas bocznymi uliczkami w kierunku fabryki, w której mieliśmy zaopatrzyć się w skórę. Gdy dochodziliśmy do rogu ulicy, usłyszeliśmy odgłos ciężkich kroków. Wyjrzałem ostrożnie zza muru. W naszym kierunku szło dwóch policjantów. Przeskoczyć przez ulicę już nie można, bo nas zobaczą, więc w tył zwrot i biegiem z powrotem. Gdy dobiegliśmy do nowego skrzyżowania, znów usłyszeliśmy kroki. Wyjrzałem zza rogu – też dwóch policjantów!
– Obława – szepnął Olek. – Z tyłu i z przodu gliny. Wiejemy! I pierwszy wyskoczył zza rogu, a my za nim.
– Stać! – krzyknęli równocześnie policjanci, ale my przecież nie po to uciekaliśmy, żeby teraz stanąć. Do następnego rogu brakowało nam jeszcze kilkanaście metrów, gdy policjanci znowu wyskoczyli.