Выбрать главу

– Stać! – słyszymy. – Bo będę strzelał!

„Spróbuj! – pomyślałem sobie. – Strzelać to ja też potrafię”. Kilkanaście metrów za rogiem zobaczyłem dziurę w płocie, więc wołam do chłopaków:

– Skaczcie do dziury, a ja ich zgubię!

Chłopaki wleźli za parkan, a ja ile sił w nogach popędziłem do następnego rogu. Tuż przy rogu zatrzymałem się i czekam na ukazanie się policjantów. Gdy wyskoczyli zza jednego rogu, ja zniknąłem za drugim, ale już mnie zauważyli. Przy następnym zrobiłem taką samą sztuczkę. Teraz już trzeba wiać naprawdę, bo będzie głupio, jeśli za którymś rogiem naskoczę na innych policjantów. Wskoczyłem w następną ulicę, przebiegłem pięćdziesiąt metrów i… połapałem się, że wpadłem w ślepą uliczkę. Jak najszybciej z powrotem. Wyjrzałem zza rogu, a policjant już blisko. Teraz już nie ma gdzie uciekać. Co robić? Szybko wyjąłem z kieszeni parabellum i granat.

Wyrwałem zawleczkę, poczekałem chwilę, a gdy goniący mnie policjanci znaleźli się już w odległości trzydziestu metrów od rogu, wystawiłem jedno oko zza winkla i przeraźliwie spokojnie powiedziałem:

– Eee, wróćcie się, bo kawałki z was będą.

Stanęli, spojrzeli na siebie, zrobili w tył zwrot i spokojnie poszli z powrotem, nie oglądając się za siebie. Gdy zniknęli za rogiem, odczekałem kilka minut obserwując, czy żaden nie wraca. Gdy nie zauważyłem nic podejrzanego, zabezpieczyłem granat, wyszedłem z przeklętej ślepej uliczki i kryjąc się pod parkanami, czujny na każdy szelest, z zachowaniem wszelkich ostrożności dotarłem do swojego domu.

Następnego dnia dowiedziałem się, że Olek i Władek też wrócili do domu bez żadnych przeszkód. Martwili się tylko o mnie.

– Za chude uszy mają na to, żeby mnie złapać – żartowałem.

Nie przyznałem się, że jednak troszkę stracha miałem, gdy znalazłem się w ślepej ulicy. Z tymi dwoma, co mnie gonili, dałbym sobie radę, ale co dalej? Huk ściągnąłby mi na łeb policję z całej dzielnicy i wtedy byłoby już nieklawo. Gdy w nocy zastanawiałem się nad tą całą wyprawą, doszedłem do wniosku, że przecież mam pod ręką fabrykę „Kapeluszową”, więc czego ja właściwie szukam. Trzeba mieć wyjątkowego pecha, żeby nadziać się na policję, gdy trzeba przejść tylko sto metrów od rogu, a sto metrów za rogiem mam już parkan fabryki, i to stojący w głębi pustego placu, w odległości pięćdziesięciu metrów od ulicy.

Powiedziałem Tadkowi, który jak wspomniałem, mieszkał w dawnej portierni, że idę do nich po pasy transmisyjne. Doskonała skóra na zelówki. Ostrzegł mnie, że obecnie dozorca co dwie godziny obchodzi teren. Po wyprawie na węgiel kupił dwa psy, które na noc spuszcza z łańcucha. „Szkoda was, pieski – pomyślałem – ale wy służycie Niemcom, a uczciwi ludzie muszą przecież z czegoś żyć i rodzinom pomagać. Musimy się was pozbyć”. Postarałem się o truciznę na szczury, którą zmieszałem z mielonym mięsem, i już po godzinie policyjnej poszedłem pod fabrykę. Gdy stanąłem pod parkanem, przez szpary zobaczyłem węszące psy z nosami przy deskach. Porobiłem z mięsa kulki i przerzucałem przez parkan. Następnego dnia psy zdechły, a w nocy poszliśmy z Antosiem po pasy transmisyjne. Tadek narysował nam szczegółowy plan fabryki, który dokładnie przestudiowaliśmy, więc czuliśmy się jak u siebie w domu. Staraliśmy się tylko nie zostawiać śladów na śniegu. Drzwi prowadzące na klatkę schodową były otwarte. Łomem, który przyniosłem z domu, wyrwałem z futryny skobel, przy którym wisiała duża kłódka. Już po wszystkim wsadziłem go mocno na swoje miejsce, więc nie było żadnego znaku, że ktoś się dobierał. Gdy już byliśmy w hali maszyn, zaczęła się praca. Pasy skórzane zwijaliśmy w rolki i pakowaliśmy do worków, a parciane cięliśmy na drobne kawałki i wrzucaliśmy do skrzyni na odpadki stojącej w rogu hali. Tyle z tym było roboty i tak nam się przyjemnie pracowało, że zapomnieliśmy o obchodzie dozorcy. Przypomniał nam o tym terkot budzika w jego mieszkaniu. Teraz już wychodzić nie można. Stojąc z dala od okien widzieliśmy, jak chodził po terenie, a po kilku minutach trzaśniecie drzwiami zawiadomiło nas, że cieć poszedł spać.

Po zniszczeniu wszystkiego, co tylko mogliśmy zniszczyć, bez żadnych przeszkód wróciliśmy do domu.

Następnego dnia każdy dostał kawał pasa na zelówki. Tadek nie chciał skóry, bo mieszkał przecież na terenie fabryki i w razie odkrycia kradzieży mógłby podpaść. Więc po sprzedaniu pozostałych pasów dostał swoją dolę w złotówkach.

Od tego dnia często chodziłem do fabryki, dobierając sobie różnych kolegów. Najlepiej jednak pracowało mi się z Antosiem. Nie bał się i robił wszystko tak, jak kazałem. Wynieśliśmy kilka małych motorów elektrycznych, wszystkie główki elektrycznych maszyn do szycia, wiele worków wełny nie gręplowanej. Wreszcie nie było już co brać. Wtedy znów Tadek doniósł nam, że jest jeszcze jedno pomieszczenie, nienaruszone, na pierwszym piętrze, do którego można dostać się tylko przez okno od strony ulicy. Powiedział, gdzie leży drabina i które to okno. Budynek odgradzał od ulicy siatkowy parkan.

Na tę robotę poszedłem także z Antkiem. Przedostaliśmy się przez parkan, obeszliśmy cały teren fabryki i znaleźliśmy się pod oknem, którym mieliśmy dostać się do środka. Było zamknięte, lecz brakowało w nim kilku szybek. Gdy stanąłem na ostatnim szczeblu drabiny, dolna część okna była na wysokości moich piersi. Wspiąłem się na parapet, przez wybitą szybkę wsadziłem rękę, otworzyłem okno i już byłem w środku. Za chwilę był już i Antoś. Okazało się, że jesteśmy w magazynie z kapeluszami. Wkoło na półkach stały długie owalne pudła, a w każdym było kilka kapeluszy tego samego fasonu i gatunku. Zaczęła się robota. Otwieraliśmy pudła i kapelusze, które nam się podobały, wciskaliśmy jedne na drugie – i do worków, a te, które nam nie odpowiadały, rzucaliśmy na podłogę. Antoś podchodził co chwilę i pokazując różne fasony i kolory kapeluszy pytał:

– Te brać, zobacz? A te? Patrz, jakie ładne! Chodź, zobacz, co tu znalazłem! – woła Antoś z kąta. Była to skrzynka pełna szpulek jedwabnych nici w różnych kolorach.

– Syp do worka, przydadzą się – odpowiadałem podstawiając kolejno worki, żeby jednego za bardzo nie obciążyć.

Spieszyliśmy się z robotą, żeby nas nie nakrył dozorca. Zdradziłaby nas drabina stojąca pod oknem. Gdy już chcieliśmy wychodzić – pech. Na ulicy, naprzeciwko naszego okna, spotkało się dwóch policjantów. Stanęli, przywitali się i zaczęła się rozmowa: o dzieciach, drożyźnie, węglu, psiej służbie… Spojrzałem na zegarek: za dwadzieścia druga, a o godzinie drugiej obchód dozorcy. Antoś już się denerwuje. Do obchodu jeszcze brak tylko dziesięciu minut, a policjanci stoją za płotem, drabina pod oknem, a my siedzimy jak w pułapce.

– Co będzie? – pyta wreszcie Antoś.

– Wojna – odpowiedziałem, wykładając na stół swoją spluwę i dwa granaty, które na każdą taką wyprawę zabierałem. Już miałem gotowy plan: jak wyjdzie cieć i zobaczy drabinę, to zawoła policjantów. Wtedy na pewno staną pod drabiną. Będą się zastanawiali nad tym, czy jest ktoś na górze i co robić. Wtedy rzucę granat. Jeden powinien wystarczyć. Gdy tak rozmyślałem, policjanci pożegnali się i każdy poszedł w inną stronę.

– Skacz, Antoś! – krzyknąłem. – Wyrzucę worki, a ty je zabieraj i urywaj się!

Gdy Antoś już uciekł z dwoma workami, zszedłem i ja, spokojnie odstawiłem na miejsce drabinę, w miarę możliwości zatarłem na śniegu ślad miejsca, w którym stała, i teraz dopiero szybko uciekłem z workami pod drewniany parkan z drugiej strony fabryki. Antoś już siedział na parkanie. Podałem mu worki, które przerzucił na drugą stronę, i w tym momencie usłyszałem, jak w mieszkaniu dozorcy terkocze budzik. Gdy byliśmy już po drugiej stronie parkanu, na ulicy zobaczyłem dwóch policjantów.

– Kładź się pod parkan – powiedziałem szeptem i spokojnie; wolno ułożyliśmy się na ziemi pod samym płotem.

Od parkanu do ulicy było pięćdziesiąt metrów, więc policjanci nie mogli nas widzieć. Gdy przeszli, wtedy już bez żadnych dodatkowych kłopotów dotarliśmy do domu. Bramę otworzył nam syn dozorcy, który jak zawsze, tak i tym razem czekał na nasz powrót.

Po kilku dniach Tadek ostrzegł nas, że jest jakaś poruta, bo w fabryce była policja, a później byli w ich mieszkaniu i kazali pokazać sobie buty, w których dokładnie oglądali podeszwy i obcasy. Szukali skóry z pasów transmisyjnych. Wniosek: z „Kapeluszową” chwilowo spokój.

Wracałem z Olkiem z Mokotowa. Na ulicy Willowej wolno było chodzić tylko po stronie parzystej, bo po drugiej stronie ulicy Niemcy zajęli trzy wille, a po chodniku wolnym krokiem spacerował żołnierz niemiecki w kożuchu, z karabinem na” plecach. Gdy doszliśmy do ostatniej willi, wartownik zrobił w tył zwrot i wolno poszedł w odwrotnym kierunku.

– Zaczekaj – powiedział Olek i szybko przeszedł na drugą stronę ulicy. Stanął na chwilę przy furtce. Usłyszałem cichy szczęk i już Olek zniknął w środku. „Wariat, cholera – pomyślałem. – Przecież tam mieszkają Niemcy i pilnuje wartownik. Po co on tam poszedł?”

Zanim wartownik doszedł do trzeciej willi, już Olek wyjechał z furtki na pięknym rowerze wyścigowym. Skręcił w prawo i ile sił w nogach pedałuje w kierunku ulicy Belwederskiej. Nie czekałem na powrót wartownika, tylko biegiem puściłem się tą samą drogą. Na ulicy Belwederskiej czekał na mnie Olek.

– No jak? – zapytał. – Wartownik zauważył?

– Idź ty do cholery! – powiedziałem. – Mógłbyś chociaż powiedzieć, że idziesz po rower! Ja tu stoję, a ty uciekasz na rowerze.

– Nie gniewaj się, nie pomyślałem.

– A czy ty w ogóle pomyślałeś, co robisz? Przecież wartownik mógłby do ciebie strzelać, gdyby zobaczył. Warto ginąć za głupi rower? Za duże ryzyko, a za mały zysk.

– Nienawidzę Niemców – odpowiedział Olek – a inaczej odgrywać się na nich nie mam możliwości. Im się zdaje, że są w Berlinie: stawia rower na ulicy, a sam idzie do bramy. Strasznie łatwo brać. Sami dają prawie do rąk.

Następnego dnia zauważyłem, jak żołnierz niemiecki zsiada z roweru i wchodzi do bramy. Przypomniało mi się to, co wczoraj mówił Olek, więc poszedłem za Niemcem, żeby się przekonać, czy Olek miał rację. Ten nie zostawił roweru na ulicy. Wszedł na klatkę schodową, a ja kilka kroków za nim. Wszedł na pierwsze piętro, zadzwonił do drzwi, a gdy i ja byłem na piętrze, on już wchodził do mieszkania rozmawiając z kimś po niemiecku. Rower zostawił na korytarzu. Zaledwie drzwi się za nim zamknęły, zabrałem rower jak swój, zaniosłem na ulicę i przyjechałem do domu.