Выбрать главу

– Nie mogą pana poznać, bo masz pan moje palto na plecach, a ja przecież nie mogę zostać przez pana stratny.

Wszyscy się śmieli. Nie wierzyliśmy, żeby szkopom chciało się szukać w takim tłoku po wszystkich przedziałach. Przejechaliśmy już kilka stacji, gdy w otwartych drzwiach stanęło dwóch Niemców z latarkami w rękach. Mimo tłoku wcisnęli się do środka i wolno przeciskali się do drugiej części przedziału. Przechodząc oświetlali mężczyznom twarze i każdemu dokładnie się przyglądali. Nasz nowy pasażer stał przy samych drzwiach. Gdy na niego patrzyli, nawet okiem nie mrugnął, tylko patrzył na nich z ciekawością. „Równy chłopak – pomyślałem. – Takiemu warto było pomóc”. Gdy odeszli, znów nastąpiła wymiana palt i czapek i już w spokoju dojechaliśmy do Warszawy.

Ludzie na wsi zawsze z ciekawością wypytywali mnie o warunki życia w Warszawie. W gronie bliskich i dobrze mi znanych osób opowiedziałem o tym, że w Warszawie działają już organizacje podziemne, że już „sprzątnięto” kilka osób za współpracę ź wrogiem, że ludzie bojkotują wszelkie zarządzenia władz okupacyjnych. Powiedziałem też, że wszyscy spodziewają się, że organizacje podziemne w Warszawie na pewno urządzą Niemcom kilka dobrych kawałów. Może to będzie bomba, może granaty albo „zgaszą” kogoś ważnego.

Następnego dnia po przyjeździe poszedłem odwiedzić znajomego miejscowego handlarza, żeby go zapytać, czy by nie zechciał kupić od moich chłopaków trochę tryfnego towaru, na którym dobrze zarobi. Siedziałem u niego już dłuższy czas, gdy do izby wszedł sołtys. Był to miejscowy kolonista niemiecki, który w tej wsi spędził prawie całe swoje życie. Po kilku minutach ogólnej rozmowy pożegnałem się z gospodarzem i wychodzę z chałupy.

– To ja też już pójdę sobie – powiedział sołtys, a zwracając się do mnie zapytał:

– W którą stronę pan idzie? Może pójdziemy razem?

Okazało się, że idziemy w tym samym kierunku. Gdy wyszliśmy na drogę, sołtys popatrzył na mnie przenikliwie. Wytrzymałem spokojnie jego spojrzenie, ale czuję, że szykuje się ciekawa gadka.

– Był pan wczoraj we wsi – stwierdził sołtys.

– Byłem.

– Rozmawiał pan z ludźmi.

– Rozmawiałem.

– Mówił im pan… – i powtórzył mi wszystko to, o czym wczoraj mówiłem, dodając rzeczy, których nie mówiłem.

– Mówiłem – odpowiedziałem, zły na nieznanego donosiciela. – A czy pan się dziwi? – zapytałem.

– Dziwię się. Bardzo się panu dziwię – odpowiedział flegmatycznie. – Dziwię się, że pan, człowiek miastowy, inteligentny, opowiada takie rzeczy głupim ludziom. Panu się wczoraj wieczorem zdawało, że mówi pan do najbliższych sobie ludzi, a ja już dzisiaj rano o wszystkim wiem. Nie jestem świnią, więc nie chcę z tego robić żadnego użytku. Przecież ani pan, ani ja nie zmienimy losów wojny. Jak pan będzie mówił takie rzeczy, to doniosą mi raz i drugi, a później doniosą dalej i obaj możemy mieć nieprzyjemności. Niech pan głupcom nic nie gada, bo oni i tak nic z tego nie rozumieją. No, ja idę tędy. Do widzenia panu – powiedział skręcając w boczną drogę, a odchodząc dodał:

– Na drugi raz niech pan będzie mądrzejszy.

Szedłem dalej, rozmyślając nad ludzką głupotą. Co chciała zyskać lub osiągnąć osoba, która doniosła na mnie sołtysowi? U nas, na Czerniakowie, taka rzecz byłaby nie do pomyślenia. Ale swoją drogą to ja chyba naprawdę jestem strasznie głupi, bo w ciągu krótkiego czasu usłyszałem dwa razy to samo zdanie: „Niech pan będzie mądrzejszy”. Trzeba nad tym pomyśleć.

Mieszkał w tej wsi gospodarz, który miał sześć morgów ziemi i dziewięcioro dzieci. Był to kolega mojego ojca od dziecinnych lat i rodziny nasze żyły z sobą w wielkiej przyjaźni, wyświadczając sobie wzajemnie różne usługi. Przyjaźń rodziców przeszła na dzieci. Zaprzyjaźniony byłem z najstarszym synem i córką. Gdy rozpoczęto przymusowy werbunek na roboty do Niemiec, rodzina ta weszła pierwsza na tapetę. Bo biedny gospodarz i dużo dzieci. Kilka dni przed moim przyjazdem wysłano na roboty młodszą córkę, a starszej udało się uciec z transportu i wróciła do domu. Teraz oczekiwała wizyty Niemców, którzy znów wyślą ją do Niemiec.

– Jak nie chcesz jechać, to urywaj się do Warszawy – zaproponowałem jej. – Tam nie będą cię szukać, a praca się znajdzie. W najgorszym razie na początek możesz iść do służby.

Po dokładnym omówieniu sprawy rodzice zgodzili się na wysłanie córki i następnego dnia syn gospodarza odwiózł nas wozem do stacji kolejowej.

Tym razem nie mogłem dostać się do wagonu starą, wypróbowaną metodą, bo miałem bagaż w postaci babki, a ta znów była z walizą.

Przyjechał pociąg. Spojrzałem po wagonach – naładowany. Ale jest jeden wagon, w oknach którego nie widać ludzi. To dla Niemców, ale ci mało podróżują takimi pociągami. Otwieram drzwi przedziału – pusty, więc włażę z walizą do środka, a za mną mój „załącznik”. Ktoś wrzeszczy z peronu, że do tego wagonu nie można, ale nie będę przecież słuchał tego, co jakiś baran beczy. Gdy pociąg ruszył, wtedy dopiero zauważyłem, że ktoś siedzi przy oknie po drugiej stronie przedziału. Teraz nie możemy wysiadać, a że pasażer pod oknem nic nie mówi, więc my siedzimy cicho.

Na następnej stacji ktoś otworzył drzwi, ale zawrócił, gdy zobaczył niemieckiego oficera.

– Proszę, wsiadajcie – zapraszał oficer, mówiąc czysto po polsku. Wsiadły trzy kobiety z tobołkami. Na innej stacji znów wpuścił dwie kobiety i już więcej nikomu nie pozwolił wejść.

Pomaleńku wszyscy oswoili się z obecnością oficera. Dwie kobiety zaczęły rozmawiać, na co jakaś inna baba zwróciła im uwagę prosząc, żeby siedziały cicho.

– Dlaczego? – zapytał oficer. – Mnie to nie przeszkadza. Rozmawiajcie. Wkrótce sam włączył się do rozmowy, pytając o warunki życia i pracy.

Kobiety nie wiedziały, jak mają się zachować – czy na pytania odpowiadać i jak odpowiadać, więc tylko ja dawałem odpowiedzi. Powiedziałem, że nie ma pracy i brak w Warszawie żywności. Ludzie muszą jeździć setki kilometrów po żarcie dla siebie i na handel.

– Gdyby żył Piłsudski, to by nie doszło do wojny – powiedział oficer. A gdy nic na to nie odpowiedziałem, zapytał: – Czy to prawda, że Polacy chcieli z nami wojny?

– Wojny nie chcieli – odpowiedziałem – ale dobrowolnie do niewoli też nie chcieli się oddać.

– Wielki błąd popełniło polskie dowództwo wojskowe – mówi znów oficer – że z Warszawy, otwartego miasta, zrobili twierdzę. Przez to zginęło dużo cywilnych osób i Warszawa zniszczona. Ale podobno ludność Warszawy chciała się bić?

– Nie chciała się poddać – odpowiedziałem – a to jest zasadnicza różnica.

– A Czesi poddali się. Mają nie zniszczone miasta, mają przemysł i żyją dobrze pod naszym panowaniem.

– Słyszałem kiedyś takie powiedzenie – odpowiedziałem po. krótkim namyśle – że ptak nawet w złotej klatce jest w niewoli.

– A co teraz mówią ludzie? – padło nowe pytanie. „Prowokacja” – pomyślałem, a głośno powiedziałem:

– Pyta mnie pan o takie rzeczy, na które nie mogę odpowiedzieć. Bo jak odpowiem szczerze, to pan zawoła na stacji żandarmów i każe mnie zabrać na przechowanie.

– Daję panu oficerskie słowo, że nic takiego nie zrobię. Możemy mówić zupełnie szczerze. Rozmowa będzie tylko między nami.

– Chce pan wiedzieć, co mówią ludzie? – zapytałem. – Ludzie klną was i nasz rząd. Nasz naród jest zbuntowany. Z nami nie przyjdzie wam tak łatwo jak z Czechami. My nie damy strzyc się jak barany. E, paniusiu, bo jak ja panią kopnę, to pani nóżka pęknie – powiedziałem głośno do siedzącej obok baby, która kopnęła mnie w nogę, w ten delikatny sposób dając mi znak, żebym przestał mówić. Po chwili mówiłem dalej:

– Żeby nas dobrze strzyc, będziecie musieli nas jeszcze lepiej strzec, a do tego potrzebna jest duża sfora dozorców.

– Damy sobie radę – odpowiedział oficer. – Tym razem nie popełnimy błędów poprzedniej wojny, kiedy to musieliśmy walczyć na dwa fronty. Teraz mamy sojusz z Rosją, a Anglii i Francji damy radę.

– Pan wierzy w sojusz z Rosją? – zapytałem zdziwiony. – Niemcy z Rosją muszą się bić. Jak nie za rok, to za pięć lat, ale wojna z Rosją będzie. Przecież Rosja i Niemcy to naturalni wrogowie. Niemcy szykowały się do wojny z Rosją, a Rosja do wojny z Niemcami. W czasie działań wojennych byłem wśród Rosjan i widziałem Niemców. Rosjanie, gdy pytałem, dokąd idą, odpowiadali: „Na Berlin”. A na niemieckich czołgach widziałem napisy kredą: „Stalin jest świnia”. I pan to nazywa sojuszem?

Baba znów kopnęła mnie w nogę. Wrzasnąłem na nią ze złością:

– Uspokój się, stara… bo jak jeszcze raz kopniesz, to w złości mogę wybić kilka zębów. Jak się która boi, to wysiadka z przedziału.

– My jesteśmy do wojny dobrze przygotowani – znów powiedział Niemiec. – Oglądałem nasze magazyny żywnościowe i zbożowe. Możemy nawet pięć lat prowadzić wojnę. Teraz mamy doświadczenie. Nie powtórzy się rok 1918, kiedy to po zakończeniu wojny jeszcze trzysta tysięcy ludzi umarło z głodu, bo nie dostarczono żywności. Cała ludność Polski zginie, zanim jedno niemieckie dziecko z głodu umrze.

– Śmiej się pan z tego – odpowiedziałem z uśmiechem, mimo że chętnie urżnąłbym mu łeb za wypowiadanie takich teorii. – To pan nie zna polskiego chłopa. Już on tak wyspekuluje, że dla siebie będzie miał i jeszcze do miasta dostarczy. A wy wojnę i tak przegracie. Choćby miała trwać dziesięć lat, to przegrać musicie. Jeszcze nigdy nie wygrał wojny taki, co staje do draki z całym światem.

Gdy wysiadał w Dęblinie, powiedział grzecznie: „Do widzenia”, a patrząc na mnie dodał:

– Przekona się pan, że ja mam rację.

– Zobaczymy, przyszłość okaże. Tylko szkoda, że wtedy nie będziemy mogli się spotkać.

W wagonie dla Niemców spokojnie dojechaliśmy do Warszawy.

Następnego dnia porozumiałem się z chłopakami i znaleźliśmy miejsce dla mojego „załącznika” ze wsi. Poszła pracować do sklepu – za mieszkanie, wyżywienie i dodatkowy niewielki zarobek.

Za dwa tygodnie będę znów jechał do matki. Ciekaw jestem, jaka tym razem spotka mnie przygoda i czego nowego się nauczę, bo podobno podróże kształcą.

ZABAWA