Выбрать главу

Zaraz po północy Gage'a naszła nieodparta chęć na papierosa. Rzucił palenie dwa lata, trzy miesiące i siedem dni temu, ale wciąż miewał takie zachcianki.

Pogłośnił radio, żeby oderwać myśli od papierosów, ale ochota przeradzała się w głód nikotyny. To też mógł zignorować, stale tak robił. Gdyby postąpił inaczej, udowodniłby, że stare powiedzenie nie kłamie: jaki ojciec, taki syn.

W niczym nie był podobny do ojca.

Pił tylko wtedy, kiedy chciał, i nigdy się nie upijał. W każdym razie odkąd skończył siedemnaście lat, a i wtedy zrobił to absolutnie celowo. Nie winił innych za swoje porażki i nie skakał z pięściami na mniejszych i słabszych, żeby samemu poczuć się dużym i silnym.

Nawet nie winił specjalnie ojca. Według Gage'a grasz kartami, które dostałeś, albo się poddajesz i odchodzisz z pustymi kieszeniami.

Kwestia rozdania.

Dlatego był w pełni przygotowany do zignorowania tej nagłej i wyjątkowo silnej chęci na papierosa. Jednak kiedy pomyślał, że jest o kilka kilometrów od Hawkins Hollow, miasta, w którym zapewne zginie nagłą i bolesną śmiercią, ostrzeżenia lekarza wydały mu się bezsensowne, a własna siła woli zbędnym trudem.

Gdy zobaczył znak stacji benzynowej, pomyślał: O, do diabła. Nie chciał przecież żyć wiecznie. Zaparkował przed całodobowym sklepem, kupił czarną kawę i paczkę marlboro.

Wrócił do samochodu, który kupił tego samego wieczoru w Waszyngtonie, zaraz po wyjściu z samolotu, ale jeszcze zanim spłacił swój mały dług. Wiatr rozwiewał mu włosy, czarne jak noc, nieco dłuższe niż zwykle, bo nie miał zaufania do praskich fryzjerów.

Nie ogolił się i twarz pokrywał mu lekki zarost, potęgujący jeszcze jego ciemny, niebezpieczny urok. Widział, jak na jego widok młoda sprzedawczyni na stacji aż zadrżała z pożądania.

Miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu i solidną budowę. Prowadził siedzący tryb życia, więc dbał o kondycję i wygląd, katując się regularnymi, często morderczymi treningami.

Nie szukał zwady, ale rzadko unikał bójek. I lubił wygrywać. Jego ciało, twarz, umysł, stanowiły narzędzia pracy. Tak jak oczy, głos i opanowanie, które rzadko tracił.

Gage był hazardzistą, a bystry hazardzista trzyma wszystkie narzędzia w pogotowiu.

Wrócił na drogę i rozpędził ferrari. Może było głupotą ładowanie tak dużej części wygranej w samochód, ale Jezu, jak on gnał. I, do diabła, Gage tyle lat temu wyjechał z Hollow stopem, więc cholernie dobrze było wrócić z klasą.

Śmieszne, kiedy już kupił te piekielne fajki, to przeszła mu na nie ochota. Nie miał nawet chęci na kawę, prędkość dawała mu wystarczającego kopa.

Przemknął przez ostatnie kilometry autostrady międzystanowej i wpadł w zjazd, który prowadził do Hollow. Ciemna droga była pusta – nic dziwnego, o tej porze nocy. Widział cienie i kształty: domy, wzgórza, pola, drzewa. Czuł ucisk w żołądku, bo jechał do miasta, a nie z powrotem; tak naprawdę to dziwne przyciąganie nigdy nie przestało działać.

Sięgnął po kawę bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby, ale nagle musiał mocno schwycić kierownicę i wcisnąć z całej siły hamulec, bo dokładnie przed sobą zobaczył przednie światła samochodu. Naciskał klakson, patrząc, jak tamten zjeżdża na pobocze.

Pomyślał: Cholera, cholera, cholera! Dopiero co go kupiłem.

Gdy odzyskał oddech, a ferrari zatrzymało się w poprzek drogi, Gage uznał za cud, że nie doszło do kraksy. Centymetry, pomyślał. Nawet mniej.

Miał cholerne szczęście.

Wykręcił, zjechał na bok i wysiadł sprawdzić, co z drugim kierowcą, który – jak przypuszczał – był zalany w pestkę.

Nie była pijana. Tylko potwornie wściekła.

– Skąd ty się, do diabła, wziąłeś? – wrzasnęła. Wysiadła z auta, trzaskając drzwiami i wpadła w płytki rów na poboczu. Gage zobaczył masę ciemnych jak u Cyganki loków otaczających bladą, zszokowaną twarz.

Śliczną twarz, uznał, o wielkich oczach, niemal czarnych na tle białej skóry, ostrym nosie i seksownie pełnych ustach, które mogły zawdzięczać swój uroczy kształt kolagenowi.

Kobieta nie drżała, nie było też w jej złości śladu strachu, choć stała na ciemnej drodze z zupełnie obcym mężczyzną.

– Panienko – powiedział z godnym podziwu spokojem – skąd ty się tu, do diabła, wzięłaś?

– Wyjechałam z tej głupiej drogi, która wygląda jak wszystkie głupie drogi w tej okolicy. Popatrzyłam w obie cholerne strony i nikogo nie zobaczyłam. Wtedy, w jakiś sposób… Och, nieważne. Nie zginęliśmy.

– Hurra. Oparła ręce na biodrach i odwróciła się, żeby obejrzeć swój samochód.

– Wyjadę stąd, prawda?

– Tak. Ale masz dziurawą oponę.

– Jaką oponę… Och, na litość boską! Musisz ją zmienić. – Zirytowana kopnęła w sflaczałe koło. – Przynajmniej tyle możesz dla mnie zrobić.

Tak właściwie, to nie. Mógł wrócić do swojego auta i pomachać jej na pożegnanie. Ale docenił jej tupet, wolał to od biadolenia.

– Otwórz bagażnik. Potrzebuję zapasowej opony i lewarka. Zrobiła, jak kazał, a Gage wyjął walizkę z bagażnika i popatrzył na oponę. I potrząsnął głową.

– Masz zły dzień. Zapasowa też jest flakiem.

– Niemożliwe. O czym ty, do diabła, mówisz? – Odepchnęła go na bok i sama zajrzała do bagażnika. – Niech ją szlag, niech ją szlag, niech ją diabli wezmą! Moją siostrę! – Odwróciła się i zaczęła chodzić po poboczu w tę i z powrotem. – Pożyczyłam jej samochód na kilka tygodni. To takie typowe. Łapie gumę i czy zadaje sobie trud, żeby ją załatać, albo chociaż o tym wspomnieć? Nie.

Odgarnęła włosy z twarzy.

– Nie mam zamiaru wzywać pomocy drogowej o tej porze i czekać na nich na tym końcu świata. Będziesz musiał mnie podwieźć.

– Tak?

– To twoja wina. Przynajmniej po części.

– Po jakiej części?

– Nie wiem i jestem zbyt zmęczona, zbyt wściekła i za bardzo zagubiona w tej cholernej dziczy, żeby się nad tym zastanawiać. Potrzebuję transportu.

– Do usług. Dokąd?

– Hawkins Hollow. Gage uśmiechnął się ponuro.

– Dobrze się składa, bo też tam jadę. – Wskazał ręką na samochód. – Gage Turner – dodał.

Dziewczyna pokazała niemal królewskim gestem na swoją walizkę.

– Cybil Kinski. – Uniosła brwi, gdy po raz pierwszy przyjrzała się jego samochodowi. – Ma pan ładny wózek, panie Turner.

– I wszystkie opony całe.

ROZDZIAŁ 14

Cal nie był specjalnie zaskoczony, zobaczywszy – mimo późnej pory – samochód Foxa przed swoim domem. I nie zdziwił go widok przyjaciela pogrążonego w półśnie na kanapie przed telewizorem z Kluskiem chrapiącym u boku.

Na stoliku stała otwarta cola, leżała ostatnia torebka czipsów Cala i pudełko psich smakołyków. Resztki po męsko – psiej imprezie.

– Co ty tu robisz? – wybełkotał zaspany kumpel.

– Mieszkam tu.

– Wykopała cię?

– Nie, nie wykopała mnie. Wróciłem do domu. – Cal sięgnął do torebki z czipsami i wyciągnął tylko garstkę okruchów. – Ile mu dałeś?

Fox zerknął na pudełko psich przekąsek.

– Kilka. Może pięć. Coś taki zły? Cal wziął colę i pociągnął kilka łyków ciepłego napoju bez gazu.

– Mam dziwne przeczucie… Nie czułeś nic dziś wieczorem?

– Przez ostatnich kilka tygodni ciągle coś czuję. – Fox przesunął dłońmi po twarzy, a potem przeczesał włosy. – Ale tak, poczułem coś, tuż przed twoim przyjazdem. Spałem, ale poczułem coś, jakby powiew wiatru w kominie.

– Tak. – Cal podszedł do okna. – Rozmawiałeś ostatnio z rodzicami?

– Dzwoniłem dziś do ojca. Wszystko u nich w porządku. Dlaczego pytasz?

– Jeśli wszyscy trzej jesteśmy potomkami Ann, to jedno z twoich rodziców też – odpowiedział Cal.

– Sam na to wpadłem.

– Żaden z członków naszych rodzin nie ucierpiał podczas Siódemki. Zawsze czuliśmy ulgę z tego powodu. – Odwrócił się od okna. – Może zbyt wielką, by dociekać dlaczego.

– Uważaliśmy, że to dlatego, że mieszkają poza miastem. Poza Billem Turnerem, a kto mógł wiedzieć, co się z nim działo?

– Moi i twoi rodzice przyjeżdżali do miasta podczas Siódemki. A pamiętasz, co się ostatnim razem stało w domu Poffenbergerów?