– To sprytna dziewczyna, udało jej się skłonić go, by zaprosił ją na kolację – orzekł Valoni.
– Intryguje mnie ten ksiądz.
– Dlaczego, Sofio?
– Trudno to sprecyzować, ale wydaje się zbyt poprawny, zbyt przystojny, zbyt sympatyczny, choć ani na moment nie można zapomnieć, że jest księdzem. Nie kokietuje. Przyglądam mu się przez cały czas. Wprawdzie rozmawia z kobietą, jest bardzo uprzejmy, ale nawet nie próbuje flirtować, chociaż, jak zauważył Giuseppe, fajna dziewczyna z tej Any.
– Gdyby chciał ją poderwać, nie zabierałby jej w tak uczęszczane miejsce – zauważył Valoni. – Żaden z nas by tego nie zrobił.
* **
Starzec odłożył słuchawkę i zapatrzył się w krajobraz za oknem. Angielska wieś tonęła w zieleniach i szmaragdach rozświetlonych wschodzącym słońcem.
Siedmiu mężczyzn czekało w napięciu, aż starzec zabierze głos.
– Wyjdzie za miesiąc. Komisja penitencjarna rozważy w przyszłym tygodniu propozycję zwolnienia – powiedział wreszcie.
– To w tym celu Addai poleciał do Niemiec, a jak twierdzi nasz łącznik, przekroczy również granicę Włoch. Mendibh stał się jego głównym problemem, zagrożeniem dla wspólnoty – stwierdził jeden z mężczyzn, zapewne Włoch.
– Chce go zlikwidować? -_ zagadnął dżentelmen z francuskim akcentem.
– Nie można pozwolić, by gliniarze deptali mu po piętach. Addai wie, że to podstęp – odparł mężczyzna o wyglądzie wojskowego.
– Gdzie zostanie zlikwidowany? – nalegał Francuz.
– Najprawdopodobniej w więzieniu – odpowiedział Włoch. – Tak będzie najbezpieczniej. Co najwyżej zrobi się mała afera. Mendibh na wolności łatwo mógłby wsypać ludzi Addaia, choćby przypadkiem.
– Macie jakieś propozycje? – dopytywał się starzec.
– Niech to Addai rozwiąże problem. Tak będzie najlepiej dla nas wszystkich – Czy mamy jakąś ochronka Mendibha, gdyby wyszedł żywy z więzienia? – zapytał starzec.
– Tak – odparł Włoch. – nasi bracia postarają się zmylić policję.
– Nie wystarczy, że się postarają. Nie może im się nie udać – stwierdził stary człowiek stanowczo.
– Uda im się – zapewnił Włoch. – Mam nadzieję, że w najbliższym czasie poznam wszystkie szczegóły planu karabinierów co do operacji pod kryptonimem „Koń trojański”.
– Doskonale. Rozwiązanie może być tylko jedno: wyrwanie Mendibha z rąk karabinierów, w przeciwnym razie…
Starzec nie dokończył. Wszyscy wiedzieli, że trzeba coś zrobić, by Mendibh nie stał się bezwiednie koniem trojańskim.
Ciche pukanie do drzwi, poprzedzające wejście służącego w liberii, było znakiem do zakończenia nocnej sesji.
– Proszę pana, goście zaczynają się budzić na polowanie – oznajmił służący.
Mężczyźni w eleganckich strojach do konnej jazdy jeden za drugim wychodzili z gabinetu, kierując się do przytulnej jadalni, w której czekało na nich śniadanie. Parę minut później do jadalni weszła starsza arystokratka w towarzystwie męża.
– Proszę, proszę, myślałam, że tylko z nas takie ranne ptaszki! – wykrzyknęła.
– Pewnie korzystając ze spotkania, omawiają panowie interesy – dodał jej mąż.
Francuski dżentelmen zapewnił ich, że nie mogą się doczekać polowania. Do jadalni wchodzili kolejni goście. Zebrało się trzydzieści osób. Rozmawiali z ożywieniem, niektórzy głośno oburzali się na Izbę Gmin za to, że zamierza zabronić polowań na lisy.
Starzec patrzył na nich zrezygnowany. Polowanie napawało go wstrętem. To uczucie podzielało siedmiu jego towarzyszy.
Nie mogli jednak wymówić się od tej, jakże angielskiej, rozrywki. Członkowie rodziny królewskiej uwielbiali spędzać w ten sposób czas, poprosili go więc, by jeszcze raz zorganizował polowanie w swojej rozległej, obfitującej w zwierzynę posiadłości.
Większą część poranka Sofia spędziła w towarzystwie kardynała. Nie widziała ojca Yvesa. Tym razem do gabinetu Eminencji zaprowadził ją inny ksiądz.
Kardynał był zadowolony, bo roboty w katedrze wreszcie dobiegły końca. Nie mógł się nachwalić Umberta D’Alaquy, który osobiście zadbał o przyśpieszenie prac, delegując do kościoła więcej robotników, i to bez podnoszenia ceny.
Pod okiem profesora Bolarda całun wrócił do swojej gabloty w kaplicy Guarini. Kardynał dał wyraz rozczarowaniu, że ani Valoni, ani pani doktor nie zadzwonili do niego, by powiedzieć mu o wynikach śledztwa. Sofia przeprosiła, tłumacząc się zaabsorbowaniem pracą, i by wkupić się nieco w łaski duchownego, streściła mu w kilku słowach to, co wolno jej było zdradzić.
– Więc twierdzi pani, że istnieje jakaś organizacja lub człowiek, który chce ukraść całun? Wywołuje pożar w kościele, by korzystając z zamieszania, wynieść relikwię? Uff, strasznie to zagmatwane. A po co komu całun?
– Tego jeszcze nie wiemy. Może to jakiś kolekcjoner, ekscentryk, albo nawet mafia, która zażąda niebotycznego okupu za zwrot tkaniny.
– Mój Boże!
– Jeśli możemy być czegoś pewni, Wasza Eminencjo, to tego, że wszystkie te nieszczęśliwe wypadki w katedrze mają związek z całunem.
– Więc mówi pani, że wasz zwierzchnik poszukuje podziemnego korytarza prowadzącego do katedry? Ależ to absurd. Przecież prosili państwo ojca Yvesa, żeby dokładnie przejrzał archiwa, i zdaje się, że wysłał wam bardzo szczegółowe informacje na temat historii katedry, a dokumenty nawet nie napomykają o takim przejściu.
– Co niestety nie oznacza, że takowe nie istnieje.
– Ani że istnieje. Byłbym raczej sceptyczny jeśli chodzi o te niestworzone historie, jakie wypisują o starych kościołach.
– Eminencjo, jestem historykiem…
– Tak, tak, wiem o tym. Z szacunkiem i podziwem odnoszę się do państwa osiągnięć i pracy waszego wydziału, nie chciałem pani obrazić, proszę mi wybaczyć.
– Wcale nie poczułam się obrażona. Proszę mi jednak wierzyć, że cała historia nie została jeszcze napisana, nie wiemy o wszystkich zdarzeniach z przeszłości, a zwłaszcza o tym, czego chcieli nasi przodkowie.
W hotelowym holu Sofia o włos uniknęła zderzenia z Aną Jimenez. Szybko zorientowała się, że ta na nią czekała.
– Pani doktor…
– Witam, co u pani słychać?
– Dziękuję, wszystko dobrze. Poznaje mnie pani?
– Tak, siostra Santiaga Jimeneza, naszego dobrego znajomego.
– Wie pani, co robię w Turynie?
– Bada pani okoliczności pożaru w katedrze.
– Wiem, że pani szef nie jest tym zachwycony.
– To chyba oczywiste. Pani też nie byłaby zadowolona, gdyby policja wtrącała się do pani pracy.
– Pewnie! Starałabym się ich zgubić. Wiem, że zabrzmi to naiwnie, ale sądzę, że mogę państwu pomóc. Można mieć do mnie zaufanie. Jestem bardzo blisko związana z bratem, nie zrobiłabym niczego, co mogłoby narazić go na przykrości. Owszem, chciałabym napisać reportaż, ale nie zrobię tego. Obiecuję, że nie napiszę nawet linijki, dopóki nie zamkną państwo śledztwa i wszystko się nie wyjaśni.
– Sama pani rozumie, że policja nie może włączyć pani do zespołu prowadzącego śledztwo…
– Możemy jednak pracować równolegle. Ja będę informowała państwa o tym, co ustaliłam, a państwo odwdzięczą mi się tym samym.
– Ano, to oficjalne tajne śledztwo.
– Wiem o tym.
Sofia zastanawiała się, dlaczego dziewczyna tak przejmuje się tą sprawą.
– Dlaczego to dla pani takie ważne?
– Trudno to wyjaśnić. Nigdy nie interesowałam się całunem turyńskim, ani nie zwracałam uwagi na to, co dzieje się w katedrze. Dopiero niedawno, na kolacji u pani przełożonego, Valoniego… To tam po raz pierwszy usłyszałam o tej sprawie i połknęłam bakcyla. Brat zabrał mnie na tę kolację, bo sądził, że to tylko towarzyskie spotkanie, tymczasem wypłynęła ta sprawa, pan Valoni zapytał Santiaga i jeszcze jednego kolegę, Johna Barry’ego, co sądzą o pożarze. Rozprawiali o tym całą noc… Spekulacje, poszlaki, przypuszczenia… No i zaintrygowała mnie ta historia – Co udało się pani ustalić?, – Ma pani ochotę na kawę? – zapytała Ana.