– Doskonale, oczekuję państwa na kolacji. Eminencjo, pani doktor, burmistrzu… – wybąkał.
D’Alaqua zauważył skrępowanie Sofii i podszedł do niej.
– Guido już taki jest – starał się ją uspokoić. – To fantastyczny człowiek, znakomitość w świecie mediewistyki, być może tylko zbyt obcesowy. Proszę się na niego nie gniewać.
– Nie gniewam się na niego, lecz na siebie. Zastanawiam się, co ja tutaj robię? Nie należę do towarzystwa. Jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, po przedstawieniu wrócę do hotelu.
– Nie, proszę nie odchodzić. Myślę, że powinna pani zostać i wybaczyć staremu profesorowi, który nie potrafi w inny sposób wyrazić swojego podziwu.
– Bardzo mi przykro, ale wolę wyjść. Właściwie nie powinnam iść na kolację do profesora, byłam tylko jego studentką, zaprosił mnie przez uprzejmość. Niepotrzebnie przyjęłam zaproszenie do pańskiej loży. Wśród pana gości, pana przyjaciół, czuję się niezręcznie, jakbym się narzucała. Zupełnie tu nie pasuję, przepraszam, że naraziłam pana na taki dyskomfort.
– Ależ nie czuję żadnego dyskomfortu, zapewniam panią.
Dzwonek obwieścił początek drugiego aktu, więc oboje skierowali się do loży.
Sofia zauważyła, że D’Alaqua rzuca jej ukradkowe spojrzenia. Miała ochotę wybiec z teatru, nie mogła jednak sobie na to pozwolić, nie chciała się ośmieszać, zachowując się jak pensjonarka. Wytrzyma do samego końca, pożegna się grzecznie i nigdy więcej ich ścieżki się nie przetną. Ten człowiek nie ma nic wspólnego z całunem i choć Sofia nieufnie podchodziła do ludzi zamożnych i wpływowych, nie podejrzewała, że Umberto ma jakiś związek z pożarami czy kradzieżami dzieł sztuki. Podejrzenia Valoniego wydały jej się śmieszne.
Po zakończonym przedstawieniu biła brawo na stojąco, po czym pożegnała się z burmistrzem, jego żoną, z małżeństwem Agnelli i bankierami. Na końcu podeszła do kardynała Visiera.
– Dobranoc, Wasza Eminencjo.
– Już pani wychodzi?
– Tak.
Zaskoczony Visier poszukał wzrokiem D’Alaquy. Ten rozmawiał z Bolardem na temat sopranu i doskonałej arii Pavarottiego.
– Pani doktor, chciałbym, by zjadła pani z nami kolację – zapewnił Sofię kardynał.
– Eminencjo, rozumie pan lepiej niż ktokolwiek moje zakłopotanie. Wolę wyjść. Lepiej unikać niezręcznych sytuacji.
– Szkoda, ale skoro nie mogę pani przekonać… Mam jednak nadzieję, że wkrótce się spotkamy. Pani krótka rozprawa o współczesnych metodach badawczych wydała mi się bardzo nowatorska. Ja sam studiowałem archeologię, zanim całkowicie oddałem się służbie Kościołowi.
– Samochody już na nas czekają… – przerwał im D’Alaqua.
– Pani doktor nie pojedzie z nami – powiadomił go Visier.
– Żałuję, próbowałem ją przekonać, ale skoro woli wyjść wcześniej, nie będę dłużej nalegał. Sofio, ten sam samochód, który panią przywiózł, odwiezie panią do hotelu.
– Dziękuję, mam ochotę na spacer. Hotel jest niedaleko.
– Przepraszam, pani doktor – wtrącił się kardynał – wydaje mi się, że to zbyt lekkomyślne. Turyn to nie jest bezpieczne miasto. Będę spokojniejszy, jeśli zgodzi się pani na podwiezienie.
Sofia ustąpiła, by nie wyjść na uparciucha czy obrażalską.
– Zgoda, bardzo dziękuję.
– Proszę nie dziękować, jest pani poważną osobą i ma pani zasady. To widać. Podejrzewam, że uroda jest dla pani raczej utrudnieniem niż atutem, bo nigdy nie posłuży się nią pani dla korzyści.
Słowa kardynała przywróciły jej pewność siebie. D’Alaqua odprowadził ją do samochodu.
– Pani doktor, cieszę się, że pani przyszła.
– Dziękuję.
– Zabawi pani jeszcze parę dni w Turynie?
– Tak, możliwe, że zostanę na następne dwa tygodnie.
– Zadzwonię. Chciałbym zaprosić panią na obiad. Oczywiście jeśli znajdzie pani czas…
Sofia, niezmiernie zakłopotana, wyszeptała tylko „dziękuję”, gdy D’Alaqua zatrzaskiwał drzwiczki samochodu, udzielając szoferowi instrukcji, jak dojechać do hotelu.
Nie wiedziała, że Guido Bonomi dostanie od kardynała Visiera ostrą reprymendę.
– Profesorze, potraktował pan niegrzecznie doktor Galloni, a tym samym tych, którzy z nią rozmawiali. Pana wkład w sprawy Kościoła jest bezsprzeczny, wszyscy jesteśmy wdzięczni za pańskie dokonania jako głównego eksperta w dziedzinie sztuki sakralnej średniowiecza, to jednak nie powód, by zachowywać się… grubiańsko.
D’Alaqua słuchał tego w milczeniu.
– Paul, nie sądziłem, że pani doktor zrobi na tobie takie wrażenie.
– Zachowanie Bonomiego było niegodne, jakbym miał do czynienia z prostakiem. Obraził tę panią bez żadnego powodu. Czasem się zastanawiam, jak to się dzieje, że jego talent nie obejmuje innych obszarów życia. Galloni sprawia wrażenie osoby bardzo prawej, zdolna, wykształcona… Gdybym nie był duchownym, natychmiast bym się w niej zakochał… Oczywiście, gdybym nie był… gdybym nie był… tym, kim jesteśmy.
– Szczerość wręcz brawurowa – mruknął D’Alaqua.
– Umberto, wiesz równie dobrze jak ja, że celibat to trudny wybór, równie ciężki, co niezbędny. Ja dotrzymałem przyrzeczenia. Bóg wie, że przestrzegałem zasady, co nie znaczy, że kiedy widzę inteligentną, a przy tym piękną kobietę, nie potrafię tego docenić. Byłbym hipokrytą, gdybym temu przeczył. Od tego mamy oczy, by widzieć, i tak jak zachwycamy się posągiem dłuta Berniniego, poruszają nas marmury Fidiasza czy kamienna powaga etruskich sarkofagów, tak potrafimy docenić wartość niektórych osób. Nie obrażajmy naszej inteligencji, udając, że nie dostrzegamy urody i innych zalet pani doktor Galloni. Przypuszczam, że zrobisz coś, by wynagrodzić jej dzisiejszą zniewagę.
– Naturalnie, zaproszę ją na obiad. Niewiele więcej mogę zrobić.
– Wiem o tym, nie możemy ofiarować jej niczego więcej…
– Sofio…
Ana Jimenez natknęła się na Sofię, kiedy ta wysiadała z samochodu przed hotelem.
– A niech to, ależ się wystroiłaś! Wracasz z jakiejś imprezy?
– Wracam z koszmaru. Co słychać? – mruknęła Sofia.
– Nic ciekawego. To wszystko okazuje się trudniejsze, niż myślałam, lecz się nie poddaję.
– Słusznie.
– Jadłaś kolację?
– Nie, ale najpierw zadzwonię po szefa, jeśli jeszcze nie jadł, zaproszę go na dół, do restauracji.
– Czy mogę się do was dosiąść?
– Ja nie widzę przeszkód, nie wiem natomiast, co powie szef. Zaczekaj, zaraz się dowiemy.
Sofia wróciła z recepcji z kartką w ręku. Valoni zostawił dla niej wiadomość.
– Wyszli z Giuseppem na kolację do komendanta turyńskich karabinierów.
– Zjedzmy razem, ja zapraszam.
– O nie, ja zapraszam.
Zamówiły kolację i butelkę barolo i przyglądały się sobie uważnie.
– Sofio, w historii całunu jest jeden niejasny epizod.
– Tylko jeden? Ja bym powiedziała, że cała ta historia jest bardzo tajemnicza i pogmatwana. Najpierw pojawia się w Edessie, potem przepada w Konstantynopolu…
– Przeczytałam gdzieś, że w Edessie działała bardzo prężna i wpływowa wspólnota chrześcijańska, przez której upór emir Edessy musiał stawić czoło wojskom Bizancjum, bo chrześcijanie nie chcieli oddać całunu.
– Tak, to prawda. W roku dziewięćset czterdziestym czwartym Bizantyjczycy zabrali całun, pokonawszy muzułmanów, którzy panowali wówczas w Edessie. Cesarz Bizancjum, Roman Pierwszy Lekapenos, pragnął mieć mandylion, jak nazywali go Grecy, bo uważał, że zapewni mu on opiekę boską, uczyni go niezwyciężonym i uchroni przed niebezpieczeństwem. Posłał wojska pod dowództwem swojego najlepszego generała i zaproponował układ emirowi Edessy. jeśli dostanie całun, wycofa wojsko, nie wyrządziwszy żadnych szkód, szczodrze zapłaci za mandylion i zwróci wolność dwustu muzułmańskim jeńcom. Tymczasem chrześcijanie w Edessie odmówili oddania mandylionu, emir zaś, choć sam był muzułmaninem, wierzył, że płótno może mieć magiczną moc. Postanowił więc stanąć do walki. Wygrali Bizantyjczycy i mandylion pojechał do Bizancjum. Nawet pamiętam datę, szesnasty sierpnia dziewięćset czterdziestego czwartego roku. Ten dzień został upamiętniony w bizantyjskiej liturgii. W watykańskich archiwach znajduje się tekst homilii arcydiakona Gregoria na przyjęcie relikwii. Cesarz kazał schować całun w kościele Świętej Marii Blacherneńskiej, gdzie w każdy piątek wierni go adorowali. Tam relikwia zaginęła, by pojawić się znów we Francji w czternastym wieku.