– Czy ukradli go templariusze? Niektórzy autorzy utrzymują, że tak właśnie było.
– Trudno powiedzieć. Templariuszom przypisywano niejedno. Uważani są za nadludzi zdolnych do wszystkiego. Może ukradli mandylion, może nie. Krzyżowcy siali spustoszenie, śmierć i chaos, gdziekolwiek się znaleźli. Być może Baldwin de Courtenay, który został cesarzem Konstantynopola, oddał go w zastaw, i w tym miejscu ślad się urywa.
– Czy to możliwe, by oddał w zastaw tak cenną relikwię?
– To jedna z teorii. Nie starczało mu pieniędzy na utrzymanie imperium, żebrał u monarchów i możnych Europy, w końcu zaczął sprzedawać relikwie przywiezione przez krzyżowców z Ziemi Świętej, między innymi swojemu wujowi, Ludwikowi Świętemu, królowi Francji. Być może templariusze, którzy byli kimś w rodzaju bankierów i zbierali relikwie, zapłacili Baldwinowi za całun. Nie ma jednak żadnego dokumentu, który by to potwierdzał.
– Mnie się wydaje, że przywłaszczyli go sobie templariusze.
– Dlaczego?
– Nie wiem. Sama pani wskazała na taką możliwość. Wywieźli go do Francji i tam pojawił się ponownie.
To była długa i interesująca rozmowa. Ana snuła fantazje na temat templariuszy, a Sofia przytaczała fakty historyczne.
Z Valonim i Giuseppem spotkały się w drodze do windy.
– A co ty tu robisz? – zdziwił się Giuseppe.
– Zjadłyśmy z Aną kolację i przy okazji ucięłyśmy sobie miłą pogawędkę.
Valoni powstrzymał się od komentarza, uprzejmie przywitał się z Aną i poprosił Sofię i Giuseppego, by dotrzymali mu towarzystwa przy ostatnim kieliszku w hotelowym barze.
– Co się stało? – zapytał szeptem Sofię.
– Bonomi się zagalopował. Tak się zachwycał moim wyglądem, że prawie mnie obraził. Poczułam się bardzo niezręcznie, więc jak tylko skończyło się przedstawienie, wyszłam. Sam rozumiesz, Marco, że nie chcę się pchać tam, gdzie nie powinnam. Nic nie znaczę w tym towarzystwie, to było bardzo upokarzające.
– A D’Alaqua?
– Trzeba przyznać, że zachował się jak prawdziwy dżentelmen. Zresztą, ku mojemu zdziwieniu, kardynał Visier również potrafił się znaleźć. Ale nie mówmy o tym…
Ana usiadła na brzegu łóżka, które zasłane było papierami, notatkami i książkami. Wróciła myślami do rozmowy z Sofią.
Więc jaki był ten Roman Lekapenos, cesarz, który wykradł święty całun Edeseńczykom? Wyobrażała go sobie jako okrutnika, przesądnego i chorego z żądzy władzy.
Historia całunu była dramatyczna: wojny, pożary, grabieże…
Wszystko po to, by go zdobyć, dlatego że tak wielu ludzi przypisywało mu cudowne właściwości.
Ana nie była wierząca, a przynajmniej nie praktykująca.
Owszem, rodzice ją ochrzcili, podobnie jak prawie wszyscy rodzice w Hiszpanii, ale nie przypomina sobie, by od czasu pierwszej komunii była w kościele.
Odsunęła papiery, bo poczuła, że morzy ją sen, więc jak zwykle przed zaśnięciem sięgnęła po poezje Kawafisa i przerzucając kartki, znalazła swój ulubiony wiersz:
Szlachetne głosy i ukochane Tych, co umarli lub tych, Co przepadli, jakby już umarli.
Czasem przemawiają w naszych snach Czasem słyszymy je w umyśle.
I z ich brzmieniem na chwilę powracają Dźwięki poezji najpierwszej naszego życia – Niby muzyka nocą, daleko, co gaśnie*.
Zasnęła, rozmyślając o bitwie, jaką bizantyjskie wojsko stoczyło z wojskami emira Edessy. Słyszała głosy wojowników, trzask płonącego drewna, płacz dzieci. Widziała starców, jak na kolanach błagają o cud.
Jeden z nich podszedł do urny, wyjął z niej starannie złożoną tkaninę i wręczył muzułmańskiemu żołnierzowi, który z trudem opanowywał wzruszenie. Był dumny, że udało mu się pozbawić tych ludzi tak cennej relikwii. Jego wojska zaciekle walczyły o mandylion chrześcijan, bo Jezus był wielkim prorokiem, niech Allah otoczy go chwałą.
Dym osmalił ściany domów, bizantyjscy żołnierze zabrali * przekład Nikos Chadzinikolau wszystko, co wpadło im w ręce, ładując na wozy zaprzężone w muły.
Stary biskup Edessy czuł, że Bóg go opuścił. Nieco później, w kamiennym kościele, który ocalał z pożogi, stojąc u stóp krzyża, otoczony kapłanami i najwierniejszymi z chrześcijan, przysiągł, że odzyska mandylion, choćby miał poświęcić temu całe życie.
Oni, potomkowie Tycjusza skryby, kolosa Obodasa, Izaza, bratanka Josara, Jana Aleksandryjczyka, i wszystkich chrześcijan, którzy oddali życie, by chronić mandylion, odzyskają go, a jeśli nie, ich potomkowie nie spoczną, dopóki tego nie dokonają. Przysięgli przed Bogiem, stojąc przed wielkim drewnianym krzyżem, który górował ponad ołtarzem, przed wizerunkiem matki Chrystusa, przed świętymi pismami.
Anę obudził jej własny krzyk. Sen był tak realny…
Wyjęła z lodówki butelkę z wodą mineralną i otworzyła okno, by wpuścić do pokoju świeże poranne powietrze.
Poczuła, że to, co widziała i słyszała we śnie, zdarzyło się naprawdę. Była tego pewna.
Prysznic przywrócił jej równowagę ducha. Nie była głodna, została więc w pokoju, kartkując kupione ostatnio książki i szukając informacji o Baldwinie de Courtenayu, królu żebraków. Niewiele znalazła. Zajrzała więc do Internetu, choć nie miała zaufania do informacji w sieci. Wpisywała w różnych językach hasło „templariusze” i ku swojemu zaskoczeniu znalazła stronę, która najwyraźniej była oficjalną stroną samego zakonu. Przecież templariusze nie istnieją! Zadzwoniła do szefa informatyków w swojej redakcji. Wyjaśniła mu, czego szuka.
Informatyk oddzwonił pół godziny później. Strona internetowa templariuszy jest umieszczona na pewnym londyńskim serwerze. Prawidłowo zarejestrowana, zdecydowanie legalna.
Addai ostrożnie otworzył drzwi, starając się nie narobić hałasu. Był zmęczony po podróży. Żałował, że nie przyjechał prosto do Urfy, bez nocowania w Stambule.
Guner będzie zaskoczony, kiedy rano odkryje jego nieobecność. Addai nie uprzedził, kiedy wraca. Nikt ze wspólnoty nie znał jego planów.
Bakkalbasi został w Berlinie, stamtąd pojedzie do Zurychu, by dopilnować wypłaty pieniędzy dla dwóch więźniów gotowych zabić Mendibha.
Był przekonany, że Mendibh musi umrzeć. Dobry był z niego chłopak, sympatyczny, bystry, ale policja pójdzie jego śladem i w końcu, po nitce do kłębka, dotrze do wspólnoty.
Udało im się przeżyć Persów, krzyżowców, Bizantyjczyków i Turków. Całe wieki są w konspiracji, spełniając powierzoną im misję. Bóg powinien ich wspierać za to, że są prawdziwymi chrześcijanami, nie robi tego jednak, wystawia ich na straszliwe próby, a teraz skazuje na śmierć Mendibha.
– Powoli wspiął się po schodach i wszedł do prywatnej części domu. Łóżko było pościelone. Guner nigdy nie zaniedbywał swoich obowiązków, nawet gdy, tak jak tym razem, korzystał z krótkiego urlopu. Addai miał w nim wiernego przyjaciela i sługę, który umilał mu życie, spełniając jego zachcianki, zanim ten zdążył wypowiedzieć je na głos.