W głosie oficera nie było gróźb, lecz same słowa mogły za takie uchodzić. Bez względu na to, czy ten człowiek był tego świadomy, czy nie, czy był tym, kim twierdził że jest, czy nie – ciemnowłosy przybysz stanowił dla Letty źródło zmartwień. Emily powinna wiedzieć dlaczego, a jak dotychczas nic nie świadczyło o tym, że Letty zamierza jej cokolwiek wyjaśnić.
Oficer dysponował jeszcze jedną kartą i użył jej.
– Czy pani się boi? Myśli pani, że Tony to oszust, kryminalista?
– Nie boję się – zaprzeczyła Emily. – Lecz nie mam powodów sądzić, że pański przyjaciel mówi prawdę.
– Więc niech pani pozwoli, że jeden pani podam. Proszę spytać lady Meriton czy pamięta, z jakiej okazji Tony wręczył jej opalową broszkę, którą nosiła pani na wczorajszym balu.
Rozdział trzeci
Emily siedziała w powozie na wysokich kołach, nerwowo zaciskała dłonie w cienkich rękawiczkach i zerkała kątem oka na pruskiego oficera, który tak zręcznie kierował koniem przez zatłoczone ścieżki Hyde Parku. Ale to nie wysoki, modny powóz napawał ją lękiem, lecz niezbadana głębia własnego szaleństwa. Cóż ją opanowało, że podjęła to wariackie wyzwanie?
Nazwisko oficera brzmiało: kapitan August von Hottendorf, a raczej tyle zapamiętała z długiego szeregu imion, nazwisk i tytułów, które wyrecytował. Był inteligentny, w to nie wątpiła. Gdy zorientował się, że budził jej ciekawość, szybko znalazł kogoś, kto formalnie go przedstawił, nie tylko Emily, lecz całej jej rodzinie. Może dlatego, że obawiał się bacznych oczu Emily, nie próbował dyskutować z Letty o ich "wspólnym przyjacielu". Nie omieszkał natomiast wkraść się w ich łaski, przedstawiając wszystkich swemu zwierzchnikowi, księciu Hardenburgowi, jednemu ze znakomitszych i poważnych królewskich gości.
Zaproszenie na przejażdżkę padło publicznie i bardzo zręcznie, zredagowane w taki sposób, że Emily nie mogła odmówić, jeśli nie chciała wydać się niewdzięczną. I nie odmówiła. Zbyt ważne było dla niej dowiedzieć się, czego żąda ten przybysz, tytułujący się lordem Palinem, a szczególnie – czego żąda od Letty.
Niemniej jednak Emily zastanawiała się również, czy spotykając się z nieznajomym postąpi stosownie. Była przecież kobietą zaręczoną, nawet jeśli nikt spoza rodziny o tym nie wiedział. To prawda, że nikt, nawet Edward, nie pomyślałby nic złego, gdyby jeden z jej starych przyjaciół towarzyszył jej w chwili, gdy Edward jest zajęty. Lecz ten kapitan nie był jej starym przyjacielem. Ani ten dżentelmen, z którym mieli się spotkać.
Przy odrobinie szczęścia Edward nigdy nie dowie się o tym spotkaniu, choć z pewnością usłyszy o przejażdżce. Jaskrawy, błękitny mundur huzara z jego złotym szamerowaniem, śliwkowym czakiem i kurtką niedbale zarzuconą na jedno ramię wyglądał zbyt romantycznie i malowniczo, by go nie zauważyć. Strój Emily, muślin w gałązki, przybrany barwinkiem także zwracał uwagę. Co sobie Edward pomyśli?
Pogrążona w rozmyślaniach Emily niewiele uwagi poświęciła przepięknemu, czerwcowemu słońcu, błyszczącym liściom i eleganckim strojom ludzi tłoczących się na parkowych ścieżkach i alejach.
Dżentelmen u jej boku przywołał ją do rzeczywistości:
– Byłbym wdzięczny, panno Meriton, gdyby pani od czasu do czasu się uśmiechnęła. Moja opinia dobrego woźnicy i galanta wielce ucierpi, jeśli cały czas będzie pani miała tak zaniepokojoną minę.
– Przepraszam – powiedziała automatycznie. – To dlatego, że nie mogę przestać czuć się winna.
Kapitan, przełamawszy jej milczenie, był usposobiony wielce zgodliwie.
– A cóż jest złego w przejażdżce w piękny dzień? Lub pomaganiu komuś, kto jest w potrzebie?
Jednakże Emily nie dawała się ułagodzić.
– Jeżeli nie ma w tym nic złego, to po co ta tajemniczość? Nie mam zwyczaju oszukiwać mojej rodziny.
Oszukałam też Edwarda, i to nie pierwszy raz, pomyślała, wspominając ich ostatnie spotkanie.
Głos von Hottendorfa zabrzmiał chłodniej.
– Mnie również jest przykro, że oszustwo było konieczne. Nie powinno tak być. Lecz jeśli mój przyjaciel został w taki sposób zawrócony spod państwa drzwi… – wzruszył ramionami.
– Czy chce pan powiedzieć, że To… – powstrzymała się w ostatniej chwili. Myślenie o tym człowieku jako o Tonym było pułapką, której musi się wystrzegać. – Pański przyjaciel naprawdę przyszedł do nas z wizytą?
– Oczywiście. Nie wiedziała pani? Przyszedł dzień po tym, gdy widział was obie na balu wydanym przez tego młodzieńca, który używa tytułu Tony'ego. Ten chłopak właśnie od was wyszedł, kiedy Tony nadchodził ulicą.
– Ale… – Ta historia nie miała sensu. Z miejsca, w którym Emily siedziała w salonie, wiedziałaby, jak lokaj szuka Letty, czy Johna, żeby kogoś zaanonsować. Po odejściu Edwarda dzień był aż nienaturalnie spokojny. Emily skłaniała się do myśli, że jej sąsiad w powozie kłamie, z wyjątkiem faktu, że Edward wyszedł z ich domu. – Z kim on rozmawiał? – spytała. – Czy spotkał się z moim bratem?
Jeśli oczernił mego brata – pomyślała Emily – będę wiedziała, jak potraktować resztę żądań tego typa.
– Nie, nie spotkał nikogo z wyjątkiem kamerdynera. – Spostrzegłwszy jej zmarszczoną brew, von Hottendorf ciągnął: – Zapewniam panią, że tam był.
Nie miała wątpliwości, kto ma rację.
– Pan bewzględnie ufa jego słowom? – spytała.
– Oczywiście. – Uśmiechnął się i cmoknął na konie, żeby je popędzić. Przez jakiś czas oboje milczeli, kapitan lawirował opuszczając Hyde Park i dyskretnie skierował się ku Richmond, gdzie mieli spotkać człowieka, nazywającego siebie Tonym.
Emily obserwowała bladą, piękną twarz mężczyzny siedzącego obok. W wyznaniu von Hottendorfa, że wierzy w przyjaciela, było coś zniewalającego. Po tym jak kapitan zaaranżował swoje przedstawienie i zaproszenie, Emily postarała się czegoś o nim dowiedzieć. Ostrożnie wypytując, odkryła, że słynie z lojalności, prawości, odwagi i inteligencji. U księcia Hardenburga nie było miejsca dla głupców.
– Jak pan go poznał? – spytała znienacka. Nie mogła się zmusić, aby nazwać tego obcego po imieniu.
– Byliśmy razem w Bitche – powiedział von Hottendorf cicho, tak jakby to mówiło samo za siebie. I prawdopodobnie tak było. Czy istnieje jakiś inny węzeł, który mógłby tak silnie związać ludzi ze sobą, poza faktem, że razem przeszli taką niedolę?
– To było ciężkie więzienie. – Emily przypomniała sobie, jak pan Neale je nazwał.
– To było… – Zaciskając szczęki uciął kapitan, po czym zmusił się do spokoju. – Niestety, nie ma właściwych słów, którymi można by damie opisać Bitche. Tak, to było ciężkie więzienie. Byłem w jednym z innych fortów i złapano mnie na próbie ucieczki. Nie przysięgałem, zapewniam panią – pośpieszył wyjaśnić kapitan. – Lecz obraziłem parę razy gubernatora odmawiając mu łapówki. Więc wysłano mnie do Bitche.
Dwaj modnisie brawurowo ścigający się w kariolkach na parę chwil zmusili von Hottendorfa do skupienia całej uwagi na manewrowaniu lejcami. Kiedy przejechali, ciągną dalej swą opowieść:
– To był prawie koniec wojny. Miałem szczęście, że nie musiałem tam siedzieć bardzo długo, choć było to na tyle długo, że nabawiłem się tyfusu.
Mówił tak, jakby to nie było nic niezwykłego. Tak samo opisywał to pan Neale. Jak dotychczas, całe to opowiadanie potwierdzało tylko przekonanie Emily o śmierci lorda Varrieura.
– Kiedy armie aliantów zaczęły podchodzić bliżej, pognano nas w głąb państwa. Varrieur planował ucieczkę w drodze. Ja po prostu upadłem i zostawili mnie, żebym umarł. Znałazł mnie i zobaczył, że wciąż jeszcze oddycham, zniósł mnie w bezpieczne miejsce i zorganizował kogoś, żeby się mną zaopiekował.