– To nie jest dobry pomysł, Davies – zaprzeczył jeden z dżentelmenów, potrząsając głową i rozwiewając nadzieje Emily. – Ja mógłbym opisać te zawody, a nawet tam nie byłem.
– Nie mógłby pan rzucić piłką tak jak on – odparował Davies. – Nigdy nie widziałem nikogo, kto by tak umiał. Po tych latach, w tłumie nie rozpoznałbym twarzy Varrieura, ale rozpoznałbym sposób, w jaki rzuca. – I spytał naiwnie: – Czy sądzicie, że można by to uznać za świadectwo?
Pan Davies wzniecił ogólną wesołość pomysłem, że można by rozpoznać człowieka po sposobie gry w krykieta, a tymczasem, kiedy wszyscy wstali, by tańczyć, cichym głosem wyznał Emily, że sprawa Tony'ego to dla niego coś więcej niż żarty.
– Nie znała pani mojego przyjaciela, Matthewsa – opowiadał. – Umarł cztery lata temu. Utopił się. Był w wieku Varrieura i też nie mieszkał w internacie. Pamiętam, jak kiedyś, dawno już, mówił o jego dobroci. Tak duży chłopak ma w szkole dużo sposobności, by stać się tyranem, wie pani, ale Varrieur był inny.
Och, tak, Tony był rzeczywiście inny. Sądząc z listy nazwisk, nawet nie opamiętał nieszczęsnego Matthewisa. Kiedy dobroć jest tak integralną częścią twojej istoty, nigdy nie liczysz pojedynczych jej przejawów. Po dziesięciu latach więzienia wciąż zdolny był do współczucia, pomyślała Emily, przypominając sobie, z jaką tolerancją traktował postępowanie Edwarda.
Pan Davies z wolna porzucił melancholijny nastrój, lecz dodał jeszcze: – Cieszę się na myśl, że Varrieur może przeżył. Jeśli ten człowiek to on, życzę mu jak najlepiej.
Emily uśmiechała się słabo, lecz skłonna była potraktować dobre życzenia pana Daviesa. Choć brat uspokoił ją, że Letty poprze prawowite żądania, wiedziała, że Tony'emu przyda się wszelka pomoc, którą zdoła uzyskać. Co jeszcze John jej uprzytomnił, to że Tony'emu trzeba, aby choć jeden z jego starych przyjaciół jak najszybciej potwierdził jego racje, a w ten sposób ośmielił innych do wystąpień. Może nie byłby to pan Davies, lecz Emily z większą nadzieją spoglądała w przyszłość, znalazłszy już jednego. Najwidoczniej Tony nie docenił wpływu, jaki wywierał na innych. Był człowiekiem, którego nie łatwo zapomnieć.
Tańcząc walca i rozmawiając z przyjaciółmi, Emily mogła trafić na jakiś szczęśliwy trop, który doprowadziłby ją do celu. Rozmyślnie spędziła kilka tańców siedząc wśród przyzwoitek. Dobrze wiedziała, że te przyzwoitki to wdowy i matki myślące tylko o tym, kto z kim się żeni, ożenił albo ożeni, i znające wszelkie możliwe drzewa genealogiczne. One ci powiedzą, kto jest czyim powinowatym, kiedy żył, jaki majątek posiadał i jakie skandale wywołał w ciągu ostatniego pół wieku.
W ten sposób Emily mogła odkryć nie tylko miejsca pobytu paru serdecznych przyjaciół Tony'ego z Eton, mogła także dowiedzieć się czegoś o jednym czy dwóch marynarzy, ubogich młodszych synach, którzy przebywali w Verdun. Gdyby tylko miała większą pewność, że ci ludzie mogą pomóc! Była jednakże zadowolona, że Tony w końcu dowie się, gdzie ich szukać.
Niemniej jednak bardzo chciała porozmawiać z pewną osobą. Nie mogła przestać myśleć o sposobie, w jaki opuściła Tony'ego dzisiejszego ranka. Emily była przekonana, że nie potrafi stanąć ponownie przed Tonym, nie mogąc opowiedzieć mu czegoś więcej o tym fałszywym pogrzebie.
Wiedziała, że pan Neale jest na balu. Wcześniej widziała go, jak konferował z lordem Castlereaghem. W tej chwili gdzieś zniknął. Największym problemem było nie odnaleźć go, lecz podejść do niego nie budząc podejrzeń. Emily nigdy nie celowała w uwodzeniu mężczyzn. W każdym razie tak dystyngowany dżentelmen jak pan Neale bez zwątpienia będzie zakłopotany, gdy zorientuje się, że jest obiektem niezręcznych zalotów.
W międzyczasie musiała skoncentrować się na innych sprawach. Pod koniec tańca, podczas którego głównie musiała chronić swą suknię i stopy, energiczny partner odprowadził ją do Johna, który rozmawiał z Castlereaghami. – Czy na pewno dobrze się czujesz? – spytała lady Castlereagh. Najwidoczniej wyczyny Emily na parkiecie nie przeszły niezauważone.
– Chyba tak, tylko trochę brak mi tchu. Czy moja suknia nie jest nigdzie rozdarta? – spytała Emily obracając się przed nimi w kółko.
– Nie, w porządku – zapewnił ją ze śmiechem brat. – Pozwól, że przyniosę ci szklaneczkę ponczu dla ochłody.
Lord Castlereagh smutno pokiwał głową, po czym przeprosił i poszedł przez salę za jednym ze swych podwładnych.
Na nieme pytanie Emily jej matka chrzestna odpowiedziała:
– Cas jest bardzo nieszczęśliwy z powodu tego szaleństwa walca. Jeśli to będzie trwało, nie będzie miał wyjścia, tylko musi się tego nauczyć. Wygląda na to, że dla dyplomaty to konieczność.
– Nie wyobrażam sobie, żeby jego lordowskiej mości nie udało się coś, co sobie zamierzył.
– Jak zapewne odkryłaś, kochanie, stopy nie zawsze słuchają rozkazów głowy. Prawda jest taka – lady Castlereagh zniżyła głos do szeptu – że jeden z najlepszych w tym kraju mężów stanu po prostu nie potrafi tańczyć.
Roześmiały się obie, po czym lady Castlereagh ciągnęła:
– Cieszę się, że twój brat tutaj przyszedł, choć wygląda samotnie bez twojej szwagierki. Czy już jej lepiej?
To pytanie przypomniało jej wszystkie nieszczęsne myśli, które Emily przez cały wieczór usiłowała zepchnąć na bok.
– John, zdaje się, myśli, że trzeba jej wypoczynku, a to, sądzę, zawsze świadczy o poprawie – odpowiedziała spokojnie.
– To prawda – zgodziła się lady Castlereagh, po czym zainteresowała się bardziej pilnymi sprawami.
– Pójdziesz jutro z nami, nieprawdaż? Planujemy odwiedzić przytułki dla weteranów. Może to nie najradośniejsze zajęcie, ale prawdopodobnie jedyne, jeśli chce się zrobić coś naprawdę dobrego.
– Oczywiście, że zamierzam się wybrać z wami. – Emily wiązała z tą wycieczką wielkie nadzieje. Gdzież można najłatwiej znaleźć marynarzy, jeśli nie w przytułku marynarki?
– Pani? – Obie odwróciły się słysząc męski głos. Emily miała szczęście. Był to pan Neale.
Emily przywitała go tak radośnie, że lekko go zaskoczyła. Skinął jej głową i zwrócił się do lady Castlereagh.
– Jego lordowska mość pyta, czy mogłaby pani potowarzyszyć mu chwilkę w sali gier, milady.
– Och, chyba lepiej pójdę – powiedziała matka chrzestna Emily. – Choć nie chciałabym cię tak zostawiać.
Emily uśmiechnęła się.
– Myślę, że mój brat musiał zabłądzić w powrotnej drodze od stołu z napojami. – W głębi ducha modliła się, aby jeszcze trochę się spóźnił.
– Sir John? – zapytał uprzejmie pan Neale. – Niecałe dwie minuty temu widziałem, jak rozmawiał z lordem Palinem. Czy mogę panią do niego odprowadzić?
– Dziękuję, panie Neale – powiedziała Emily bez cienia wdzięczności. – To bardzo uprzejme z pana strony.
Przyjęła jego ramię i szła z nim dookoła sali balowej, umyślnie zwalniając krok. Nie chciała dostrzeć do Johna – ani Edwarda – zbyt szybko. Później będzie czas zastanawiać się, co się działo z jej bratem.
– Jeśli już mówimy o lordzie Palinie, panie Neale, czy pan opowiadał mu swoją historię?
– Tak, panno Meriton – potwierdził – i jego lordowska mość był bardzo zadowolony. Mam nadzieję, że będę pomocny, choć niewielkie są wątpliwości co do faktu, że słuszność jest po jego stronie. Jestem tylko zaskoczony, że ludzie wydają się tak poważnie traktować tego oszusta.
Emily mogła tylko pomyśleć, że pan Neale nie widział jeszcze Tony'ego. Jednakże jego relacja niepokoiła ją. Musi być jakieś wyjaśnienie.
– Może nie jest pan świadomy, panie Neale, że dżentelmen, który podróżował z lordem Varrieurem, nie przestawał ręczyć, długo po tym jak go zwolniono, że opowieść o śmierci jego lordowskiej mości jest nieprawdziwa.