– Jest pan pewien? – spytał Castlereagh, pochylając się do przodu. – Proszę pamiętać, że mówimy o człowieku, który niezniósłby najmniejszego podejrzenia. Co by się stało, gdyby któregoś dnia usłyszał pan znajomy głos? Albo dowiedział się, że tego dnia ktoś jeszcze odwiedził generała? Myślę, że może pan z pewnością dodać dwa do dwóch – powiedział ironicznie.
– Dlaczego zatem mnie nie zabili? Po co ta cała skomplikowana szarada? – Głos dochodzący spoza jej krzesła był wciąż spokojny, choć Emily, nawet nie ośmieliła się odwrócić i popatrzeć na Tony'ego, mogła wyczuć przepełniające go napięcie.
– Nie wątpię, że zdrajca wolałby widzieć pana martwego.
Emily, słysząc chłodny i pewny głos Castlereagha, zadrżała. Mówili o życiu Tony'ego.
– I on i jego francuscy panowie mogli mieć nadzieję, że Bitche zrobi to za nich – ciągnął lord Castlereagh. – Podejrzewam też, że musieli coś przedsięwziąć, lecz także zmusił ich do ostrożności.
– To by wyjaśniało, dlaczego Travvr'ego zwolniono – powiedział powoli Tony. – Ma pan rację, nie śmieli mnie zabić. Był już skandal z powodu oficera, który umarł w podejrzanych okolicznościach. Francuzi powiedzieli, że zabił się sam, ale parę dni wcześniej wysłał list do jednego ze swoich lejnantów, ostrzegający go, by nie wierzył w żadne bajki o samobójstwie. Po tym wszystkim Francuzi bardzo uważali.
Myśli Emily pognały naprzód. Nie było powodu, by lord Castlereagh odciągał ich na bok, żeby to powiedzieć. Po chwili Tony zdał sobie również z tego sprawę.
– Coś jeszcze, prawda? – spytała Emily.
– Nigdy nie znaleźliśmy sprawcy, który działał poza Verdun – przypomniał im Castlereagh. – Opowieść Palina o sprzedajnym dżentelmenie bardzo dobrze pasuje do tego, co wiemy lub czego domyślamy się o nim. NIewiele tego jest. Dżentelmen d'etenu byłby z łatwością akceptowany w gronie oficerów i mógłby wśród nich zbierać informacje.
Castlereagh przysunął się bliżej. Zniżył głos, mówił o ważniejszych sprawach.
– D'etenus wrócili już do domu. Bardzo prawdopodobne, że zdrajca jest wśród nich. Nie myślcie, że nie zużytkuje informacji, które posiada, choć Napoleon został uwięziony. Jeżeli jedyną ambicją tego człowieka są pieniądze, to istnieją przecież inni kupcy. Tego człowieka trzeba znaleźć.
Słowa Castlereagha i blada, ściągnięta twarz Emily towarzyszyły Tony'emu przez cały wieczór i nie miały dobrego wpływu na jego grę w wista. PO drugiej stronie samotnego stolika w jego mieszkaniu siedział Gus, cierpliwie próbując wyjaśnić, jak należy teraz licytować.
– Nie uważasz – skarżył się Gus. – Ani na mnie, ani na karty.
– Przepraszam, Gus. Myślę. – Tony oddał karty przyjacielowi, żeby jeszcze raz rozdał.
– Myślisz? Czy spodziewasz się, że taka wymówka miałaby znaczenie w klubie u sir Johna? Nie wierzę – tasował karty – że angielski dżentelmen może przyznać się do takiej czynności. Dopóki nie jest kimś tak poważnym jak lord Castlereagh.
Tony patrzył na szyderczą minę przyjaciela. Krótka chwila, którą wraz z Emily spędził z ministrem spraw zagranicznych z pewnością nie przeszła niezauważona, lecz rozmowa ich była tak poufna, że gus postanowił to jakoś skomentować.
– Gus – powiedział Tony – widzę przed tobą bliskotliwą karierę dyplomaty.
– Myślisz? Nie, po Kongresie jadę do domu. JUż czas – powiedział po prostu Gus.
Tony skinął głową. Dobrze rozumiał tęsknotę za domem, choć obrazy Howe, jakie jawiły mu się w myślach, nie niosły takiego samego uspokojenia jak przedtem. Czegoś w tych obrazach brakowało, czegoś istotnego.
– Będzie mi ciebie brak, Gus – powiedział Tony bez ogródek.
Obaj zbyt razem wiele przeżyli, by trzeba było dodać coś jeszcze.
– Jeśli jeszcze raz zdecydujesz się podbić Kontynent, musisz mnie odwiedzić, zobaczyć, jakie piękne są moje góry – Gus podniósł swoje karty i zaczął uważnie mu się przyglądać. – Słyszałem, że panna Meriton może pojedzie do Wiednia na Kongres. Czy sądzisz, że dałaby się namówić na małą wycieczkę?
Tony zesztywniał.
– Nie wiem – powiedział. Udając zainteresowanie kartami, miał nadzieję, że jego uczucia nie były za bardzo czytelne.
– Wyglądała dziś bardzo pięknie w tej… jak byś nazwał kolor jej sukni?
– Szary – powiedział Tony. Choć nie jak łupek. Mieniła się podczas ruchu. Przypominała mu kolor jej oczu, gdy była zmartwiona. Miała też we włosach srebrną przepaskę.
– Bardzo pięknie – powtórzył Gus, podczas gdy Tony na chybił-trafił układał sobie w ręce karty. – KIedy pomyślę wstecz, i uświadomię sobie, że początkowo wątpiłem w jej nadzwyczajne zalety, czuję się jak idiota. Jak kobieta może być tak cudowna, tak przeurocza? – zastanawiam się. To tobie powinienem dziękować, że posłałeś mnie żebym jej poszukał, przyjacielu.
Lecz czy Gus powinien dziękować? Początkowo Tony był ślepy z zazdrości, która dopalała go, kiedykolwiek jakiś człowiek choćby przemówił do Emily. Jednak głupotą byłoby odczuwać zazdrość o Gusa, kiedy Emily zaręczona była z kuzynen Tony'ego. Tony badał twarz przyjaciela, pozornie zainteresowanego tylko swoimi kartami. Na swój własny sposób Gus mógł być w ukrywaniu uczuć tak biegły jak Tony.
– Prawdę mówiąc – ciągnął Gus, jakby niezauważył niezwykłego milczenia przyjaciela – całe to doświadczenie okazało się wielce pouczające. Spotkać tak przywiązaną do siebie parę jak sir John i jego dama… cóż, to sprawia, że myśli się o swojej własnej przyszłości o ustatkowaniu się…
Tony nie mógł tego znieść. Z obrzydzeniem rzucił swoje karty i podszedł do okna.
– To bez sensu, Gus. Obiecała wyjść za mojego kuzyna.
Zanim Gus odpowiedział, przez chwilę panowała cisza.
– Tony, przykro mi. Nie miałem pojęcia. Wybacz.
Tony odwrócił się zmieszany.
– Co miałbym ci wybaczyć?
– Panna Meriton to urocza i inteligentna kobieta, ale ona nie jest dla mnie. Myślałem, że to właściwa kobieta dla ciebie i chciałem cię tylko trochę podrażnić, żebyś się przyznał.
Gus był strwożony, że jego dobroduszne żarty tylko przypomniały Tony'emu, jaki jest nieszczęśliwy.
– Och, masz rację, przyjacielu – wyznał Tony. – Ona jest tą jedyną. Tylko zjawiłem się za późno, żeby jej to powiedzieć.
– Ale po co ta tajemnica? Och, rozumiem – Gus sam sobie odpowiedział na pytanie. – Zanim ustalą prawo do tytułu. Ale jeśli nie ogłosili zaręczyn, to… – zaczął wywodzić.
– Czy sądzisz, że ogłoszenie albo brak ogłoszenia ma dla Emily jakieś znaczenie, jeśli już dała słowo?
Niesłychane, Tony prawie krzyczał. Następnie wziął głęboki oddech i zaczął składać karty. Po tym wszystkim nie dałoby się wrócić do zawiłości wista.
– Tony – powiedział Gus spokojnie – czy nic dla ciebie nie znaczy, że to wszystko, co miała do wyboru?
– Wszystko? – odpowiedział, pozwalając sobie na przyjemność sarkazmu. – Mówimy o pannie Emily Meriton.
– Mówimy o jej zaręczynach z człowiekiem, którego nie kocha.
Tony rzucił przyjacielowi błagalne spojrzenie. Czy Gus nie zdaje sobie sprawy, że ta rozmowa to dla niego tortura?
Jednakże Gus ciągnął uparcie.
– I który jej nie kocha – powiedział z naciskiem wymawiając każde słowo.
Tony sądził, że nic go już nie zdziwi, lecz na te słowa osłupiał. Choć Letty powiedziała mu, że nie lubi Edwarda, nigdy nie przyszło mu do głowy, że jego kuzyn mógłby nie kochać Emily.