Niewielu górników potrafiło sortować diamenty tak jak Barney – ale on uważnie słuchał tego, co mówił mu Harold Feinberg i przekazywał całą wiedzę Mooi Klip. Kilka razy próbował zainteresować tym Joela, ale brat machał niecierpliwie ręką i mówił, że to robota dla cierpliwych.
Jego umiejętność sortowania opłacała się. Barney dokładnie wiedział, co sprzedawał, i dokładnie znał cenę, której mógł żądać. Widział po prostu różnicę między dobrym kamieniem a bardzo dobrym kamieniem, między kamieniem ze skazą a kamieniem z ledwie widoczną skazą. Posługując się szkłem powiększającym, mógł odkryć pęknięcia i uszkodzenia, które wyszłyby przy późniejszej obróbce i które obniżały wartość kamieni, oraz skazy, które znajdowały się blisko środka diamentu, co znacznie komplikowało pracę jubilera.
Sortowanie według koloru było łatwiejsze. Te brązowawe i żółtawe nie cieszyły się zbytnim powodzeniem, a więc odkładał je na bok, na kupkę, gdzie leżały diamenty do użytku przemysłowego, chyba że były niezwykłej jasności i wielkości. Zielonkawe, niebieskawe i różowawe były rzadsze i osiągało się za nie stałą cenę. Czerwonawe były tak rzadkie, że Barney nigdy takich nie widział.
Najtrudniej było sklasyfikować białe. Te najlepszego gatunku często nazywano „niebiesko-białymi" i kiedy po raz pierwszy w swoim życiu zabrał się do sortowania kamieni, spędzał długie godziny na wykrywaniu błękitnych zabarwień w swoich najlepszych diamentach. W miarę jak zdobywał doświadczenie oraz dzięki cynicznym uwagom Harolda Feinberga odkrył, że niebiesko-białe diamenty były pobożnym życzeniem romantycznych handlarzy diamentami, fikcją raczej niż rzeczywistością, i że większość kamieni sprzedawanych zaślepionej klienteli nie była nawet najwartościowszymi białymi klejnotami.
Prawie wszystkie białe diamenty które Barney i Joel wydobywali z działki numer 172 miały delikatne żółtawe zabarwienie, co oznaczało, że kolorystycznie można je było sklasyfikować najwyżej jako czwartorzędnej jakości. Sporadycznie natrafiali na białe najczystszej wody, ale nie zadowalało to Barneya, który zawsze utrzymywał, że ta działka nie należy do najlepszych.
– Skończyłeś? – zapytała Mooi Klip, stając za plecami Barneya i delikatnie głaszcząc go po policzku.
Barney odłożył szkło powiększające i podrapał się po nosie. Pracował od świtu i bolały go oczy. Jedyne co widział, to połyskliwa tęcza, która mieniła się na ciemnobrązowym obrusie, którym przykryty był stół.
– Prawie – odpowiedział. – Chcesz już iść spać?
– Chcę też porozmawiać.
Otworzył notes i uważnie podliczył zapisane tam liczby, które odzwierciedlały wartość leżących na stole kryształków.
– Siedemset funtów, jeżeli będziemy mieli szczęście. W tym tygodniu powinniśmy zgarnąć dwa tysiące.
– Ciągle te pieniądze – powiedziała Mooi Klip. – Co zamierzasz z nimi robić?
Barney wstał i zamknął notes.
– Zamierzam włożyć je do banku, tak jak zwykle. I kiedy nadejdzie odpowiedni czas, kupię działkę Stuarta, tę, która sąsiaduje z naszą.
– Słyszałam, że działka Stuarta wcale nie jest dobra. Dokopali się do skalnego łożyska.
– Również o tym słyszałem, chociaż Stuart twierdzi, że sprzedaje ją ze względu na klimat.
– To dlaczego chcesz ją kupić, skoro jest wydrenowa-na? – zapytała Mooi Klip.
– Ponieważ wierzę człowiekowi o nazwisku Nork.
– Nork? – zapytała Mooi Klip niezbyt pewnym głosem.
– Kiedyś pracował z Joelem. Jest trochę zwariowany. Trochę ekscentryczny. Uważa, że łożysko skalne wcale nie jest skalnym łożyskiem, ale czymś, co nazwał Norkitą. Jest przekonany, że znajdziemy tam tyle samo diamentów co w żółtej glebie.
– Czy to prawda?
– Myślę, że tak. Stracę mnóstwo pieniędzy, jeżeli tak nie jest.
Drzwi od sypialni Joela otworzyły się. Stanął w nich Joel ubrany w bawełnianą bieliznę. Jego ciemne włosy były zmierzwione, patrzył na Mooi Klip i Barneya z grymasem wyrażającym dezaprobatę.
– Nork – wyrzucił z siebie. – On jest maniakiem.
– Cóż, być może ma w sobie trochę za dużo entuzjazmu – powiedział Barney. – Iz pewnością za dużo pije. Ale jego teorii nie można nic zarzucić.
– I co? – zapytał arogancko Joel. – Zamierzasz wyrzucić pieniądze, aby sprawdzić jego nieuzasadnione teorie geologiczne? Mieszkamy w ruderze, gnieżdżąc się w dwóch sypialniach, ubieramy się w najtańszych sklepach, jemy suszoną wołowinę i fasolę, a ty zamierzasz wyrzucać pieniądze w błoto?
– Chcę zainwestować pieniądze w coś, co wydaje się całkiem sensownym przedsięwzięciem – powiedział Barney. – A teraz proszę, nie wywołuj kłótni. Jeżeli masz ochotę o tym porozmawiać, to zróbmy to jutro rano.
– Porozmawiajmy o tym teraz.
– Joelu, ja jestem zmęczony, ty również jesteś zmęczony, Mooi Klip także.
– Barney, mój mały synku pocieszycielu, nigdy nie jestem zbyt zmęczony, żeby rozmawiać o mojej przyszłości. Albo o tym, co zamierzasz zrobić z naszymi pieniędzmi. Siedemnaście tysięcy funtów, oto co mamy. Wszystko utopione w Banku Londyńsko-Południowoafrykańskim. Siedemnaście tysięcy bezczynnych, bezużytecznych funtów. Powiedzmy, że kupimy działkę Stuarta. I ile będzie to nas kosztować? Osiem tysięcy, dziewięć? W porządku, zostanie nam jeszcze osiem albo dziewięć tysięcy funtów. Co z nimi zrobimy?
Barney otoczył Mooi Klip ramieniem.
– Chyba to oczywiste, że zakupimy więcej działek. Brwi Joela ściągnęły się jakby za dotknięciem magnesu.
– Więcej jałowych działek? – zapytał. – Jeszcze więcej bezsensownego gruntu?
– Wcale nie jałowego. Być może niektórzy kopacze uważają, że tak jest, ale to nieprawda.
– Ponieważ tak uważa Edward Nork?! – wrzasnął Joel z furią. – Riboyne Shel O'lem, Barney, ten człowiek jest szalony! Znam go dłużej od ciebie. Znam go całe lata! Przez pewien czas nawet mu wierzyłem. Ale to wariat. Powinni zamknąć go w więzieniu.
– Jak dotąd nie zrobili tego. Ja mu wierzę.
Joel przeczesał palcami tłuste, zmierzwione włosy. Z opuchniętymi i pokancerowanymi wargami wyglądał jak zawodowy bokser.
– Wnioskuję, że moje rady nie liczą się dla ciebie? – zapytał Barneya. – Nie wierzysz, że znam te cholerne działki diamentowe lepiej od ciebie?
Barney wsypał resztę klejnotów do skórzanego woreczka i zawiązał go. Nic nie odpowiedział.
– W porządku – powiedział Joel. – Mimo wszystko dam ci dobrą radę. Nie ufaj Norkowi. 1 chciałbym cię przestrzec, że jeżeli zaczniemy eksploatować niebieskie podłoże i okaże się jałowe, wyciągnę moje pieniądze z banku bez względu na to, ile ich tam będzie. A tak naprawdę, to wolałbym, żebyś mnie spłacił po dzisiejszych cenach.
Barney spojrzał na brata z politowaniem. Nie mógł znieść jego zachowania; bardzo przypominał mu wtedy matkę.
– Skoro tego właśnie sobie życzysz – powiedział ochrypłym głosem.
– Mazel un frachah - dodał Joel z ironią.
Wypowiedzenie tych słów: „życzę powodzenia i szczęścia", przypieczętowywało zakończenie interesu między kupcami diamentów. Nigdy nie spisywano żadnych umów. Słowo wystarczało.
Joel położył się spać, a Barney zbliżył się do drewnianej klatki, w której trzymali naczynia i sztućce i nalał sobie kieliszek brandy. Wypił jednym łykiem, nie zwracając uwagi na Mooi Klip, która stała w drzwiach sypialni i obserwowała go.