— A więc zajmowaliście się już państwo tą sprawą — powiedział Mannheim. — Skoro tak, to chciałbym wiedzieć, jakie zrobiliście postępy.
Jego ton nagle przestał być taki uprzejmy.
— Jeżeli chodzi o sprowadzenie drugiego neandertalczyka w nasze czasy — powiedział Hoskins tonem zdradzającym wzburzenie — co sugerowała początkowo panna Fellowes, to muszę państwu powiedzieć, że my po prostu nie zamierzamy…
— Drugiego neandertalczyka? O nie, panie doktorze — zaprotestował Mannheim. — Wcale tego byśmy nie chcieli.
— Już samo to, że jego tu się więzi, stanowi bardzo poważny problem — powiedziała Mariannę Levien. — t Schwytanie drugiego skomplikowałoby tylko sprawę.
Hoskins spojrzał na nią ze złością. Po twarzy spływał) mu pot.
— Powiedziałem, że nie zamierzamy sprowadzać drugiego neandertalczyka — wycedził przez zaciśnięte zęby. — Nigdy nie rozważaliśmy tej możliwości. Nigdy! Z wielu różnych powodów. Kiedy panna Fellowes po raz pierwszy o tym wspomniała, powiedziałem jej…
Mannheim i Mariannę Levien spojrzeli na siebie. Gwałtowność, z jaką nagle Hoskins zaczął mówić, mocno ich zaniepokoiła. Nawet Timmie chyba trochę się przestraszył, gdyż przytulił się do panny Fellowes, jakby szukał ochrony.
— Wszyscy zgadzamy się — powiedział Mannheim’ gładko — że sprowadzenie drugiego neandertalczyka to z rozwiązanie. Wcale nie o to nam chodzi. Chcemy natomiast, wiedzieć, czy można by Timmie’emu zapewnić towarzystwo… no, jak to powiedzieć… nie ludzkiego dziecka, bo Timmie sam jest człowiekiem, ale dziecka nam współczesnego. Współczesnego towarzysza zabaw. Dziecka z naszej epoki.
— Dziecka, które odwiedzałoby go regularnie — powiedziała Mariannę Levien — i dostarczyłoby mu takich! bodźców rozwojowych, które przyczyniłyby się do jego i asymilacji socjokulturowej. A wszyscy zgadzamy się, że taka asymilacja jest potrzebna.
— Chwileczkę — warknął Hoskins. — Jaka asymilacja? j Czy państwo wyobrażają sobie, że Timmie w przyszłości’ będzie wiódł wygodne życie w jakimś podmiejskim osiedlu? j Że złoży podanie o obywatelstwo amerykańskie, zostanie] członkiem jakiegoś kościoła, osiedli się i ożeni? Muszę państwu przypomnieć, że mamy tu do czynienia z dzieckiem prehistorycznym pochodzącym z epoki tak odległej, że nie możemy nawet nazwać jej barbarzyńską. Mamy do czynienia z dzieckiem z epoki kamienia, z gościem z czegoś, co pani, pani doktor, określiła słusznie jako „inny świat”. I państwo myślą, że on stanie się…
— Nie chodzi nam o hipotetyczne ubieganie się o obywatelstwo i przynależność do jakiegoś kościoła — przerwała chłodno Mariannę Levien — ani o żadną inną reductio ad absurdum. Timmie jest jeszcze dzieckiem i panu Mannheimowi i mnie chodzi o jakość jego dzieciństwa. Warunki, w jakich jest obecnie przetrzymywany, są nie do przyjęcia. Jestem pewna, że byłyby nie do przyjęcia w jego własnym społeczeństwie, mimo całej inności tamtego świata. Każde znane nam społeczeństwo ludzkie, bez względu na to, jak odległe od naszych byłyby jego paradygmaty i parametry, zapewnia swoim dzieciom prawo do integracji z ich matrycą społeczną. A my w żaden sposób nie możemy uznać, że warunki, w jakich żyje obecnie Timmie, zapewniają mu taką matrycę społeczną.
— Co oznacza — powiedział Hoskins kwaśno — mówiąc słowami zrozumiałymi dla skromnego fizyka, że uważa pani, pani doktor, że Timmie powinien mieć towarzysza zabaw.
— Nie „powinien” — odparła Mariannę Levien — tylko „musi”.
— Obawiam się, że będziemy się upierali przy tym, że towarzystwo jest dla dziecka sprawą zasadniczą — powiedział Mannheim tonem mniej wojowniczym niż jego koleżanka.
— Zasadniczą — powtórzył ponuro Hoskins.
— Zapewnienie mu towarzystwa to minimum, to pierwszy krok — powiedziała Mariannę Levien. — Nie oznacza to, że mamy zamiar uznać, że trzymanie chłopca w zamknięciu przez dłuższy czas jest rzeczą do przyjęcia czy też taką, na którą można wyrazić zgodę. Sądzimy jednak, że chwilowo przynajmniej możemy zrezygnować z naszych innych obiekcji i zezwolić na kontynuowanie eksperymentu, prawda panie Mannheim?
— Zezwolić! — krzyknął Hoskins.
— Pod warunkiem — ciągnęła spokojnie Mariannę Levien — że Timmie’emu umożliwione zostaną regularne emocjonalnie pozytywne kontakty z rówieśnikami.
Hoskins spojrzał w stronę panny Fellowes, jakby oczekiwał, że pomoże mu odeprzeć ten zaciekły atak. Ale panna Fellowes nie była w stanie mu pomóc.
— Muszę się z tym zgodzić, panie doktorze — powiedziała, czując się jak zdrajczyni. — Przez cały czas byłam tego samego zdania. A teraz sprawa staje się pilna. Chłopiec radzi sobie bardzo dobrze. Ale zbliża się moment, w którym życie w tej pustce społecznej zacznie być dla niego bardzo szkodliwe. A skoro nie będzie żadnych dzieci z jego własnego podgatunku, to…
Hoskins odwrócił się i stanął z nią twarzą w twarz. Najwyraźniej chciał powiedzieć: I pani przeciwko mnie?
Przez chwilę w pokoju panowała cisza. Timmie, którego zaniepokoiła ta hałaśliwa dyskusja, przytulił się mocniej do panny Fellowes.
— Więc takie są państwa warunki? — Powiedział w końcu Hoskins. — Ma być towarzysz zabaw albo napuścicie na mnie hordy protestujących, tak?
— My niczym panu nie grozimy, panie doktorze — odrzekł Mannheim. — Ale nawet pana współpracownicami panna Fellowes, widzi potrzebę wprowadzenia w życie naszego zalecenia.
— W porządku. I sądzą państwo, że łatwo będzie znaleźć ludzi, którzy z radością pozwolą swoim dzieciom przychodzić tutaj i bawić się z małym neandertalczykiem, tak? Że to będzie łatwe, mimo że wśród ludzi panuje przekonanie, że neandertalczycy byli okropnie dzicy i prymitywni?
— Nie powinno to być trudniejsze — odparł Mannheim — niż sprowadzenie małego neandertalczyka do dwudziestego pierwszego wieku. Właściwie to myślę, że powinno to być o wiele łatwiejsze.
— Mogę sobie wyobrazić, co na to powie nasz prawnik. Już koszt ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej… przyjmując oczywiście, że znajdziemy kogoś, kto będzie tak szalony, że pozwoli swojemu dziecku przebywać pod kopułą razem z Timmiem…
— Timmie wcale nie wygląda na takiego dzikiego — powiedział Mannheim. — Właściwie jest całkiem łagodny. Prawda, panno Fellowes?
— Jak już wcześniej powiedziała panna Fellowes — odezwała się Mariannę Levien z fałszywą słodyczą — nie wolno nam uważać Timmie’ego za istotę, która jest mniej niż człowiekiem. On ma tylko pewne niezwykłe cechy fizyczne.
— A więc oczywiście byłaby pani zachwycona, gdyby pani własne małe dziecko przychodziło tutaj i bawiło się z nim — powiedział Hoskins. — Tylko że pani nie ma własnych dzieci, prawda pani doktor? Nie, oczywiście że pani ich nie ma. A pan, panie Mannheim? Czy ma pan małego synka, którego by nam pan na ochotnika polecił?
Wyglądało na to, że Mannheima ubodło to pytanie.
— To, czy ja mam dzieci, czy ich nie mam, nie ma nic do rzeczy, panie doktorze — powiedział kategorycznie. — Ale zapewniam pana, że gdybym miał szczęście je mieć, to nie zawahałbym się zaoferować swojej pomocy. Rozumiem, że z niechęcią odnosi się pan do tego, co pan uważa za ingerencję z zewnątrz. Ale przenosząc Timmie’ego do naszej epoki, pominął pan prawo. Teraz przyszedł czas na wzięcie pod uwagę wszystkich implikacji tego, co pan zrobił. Nie może pan trzymać chłopca w zamknięciu i w izolacji tylko dlatego, że odbywa się tu eksperyment naukowy. Nie może pan, panie doktorze.