Выбрать главу

— Oczywiście. Ale rodzice przeważnie nie podpisują umów, tylko po prostu pozwalają swemu dziecku bawić się z innymi dziećmi. Hoskins roześmiał się.

— Nie rozumie pani. To firma nalega, żeby zawrzeć taką umowę, nie my. My z Annette dajemy gwarancję, że nie pozwiemy instytutu, jeżeli się coś stanie. To jest z naszej strony rezygnacja z roszczeń, panno Fellowes.

— Aha — powiedziała panna Fellowes. — Rozumiem. A kiedy przyprowadzą tu państwo Jerry’ego?

— Jutro rano, dobrze? Odpowiada to pani?

* * *

Panna Fellowes czekała z tą wielką nowiną aż do śniadania. Nie chciała nic mówić chłopcu poprzedniego wieczora, bo bała się, że z podniecenia nie będzie dobrze spał. A niewyspany mógł po przybyciu Jerry’ego okazać się zdenerwowany, a jego zachowanie trudne do przewidzenia.

— Przyjdzie dziś do ciebie kolega.

— Kolega?

— Taki mały chłopiec. Przyjdzie i będzie się z tobą bawił.

— Mały chłopiec taki jak ja?

— Tak, taki jak ty.

Taki jak ty pod każdym względem, który ma jakiekolwiek znaczenie — dodała w myśli z wielką stanowczością.

— On ma na imię Jerry — mówiła dalej. — Jest synem doktora Hoskinsa.

— Synem? — spojrzał na nią jak ktoś, kto się zastanawia, o co chodzi.

— Doktor Hoskins jest jego ojcem — powiedziała panna Fellowes, jakby to mogło coś wyjaśnić.

— Ojcem.

— Ojciec — syn. — Panna Fellowes podniosła rękę wysoko, a potem przeniosła ją niżej. — Ojciec to taki duży pan. A syn to mały chłopiec.

Timmie wciąż wyglądał na zdezorientowanego. Istniało tyle podstawowych pojęć, tyle rzeczy, które dla każdego były zrozumiałe same przez się, a dla niego stanowiły coś obcego. Działo się tak dlatego, że chłopiec spędził cały ten okres w izolacji, w kopule będącej częścią pola statycznego. Ale oczywiście Timmie wiedział, kim są rodzice. A może zapomniał? Może nawet to zatarło mu się w pamięci? Nie po raz pierwszy panna Fellowes złapała się na tym, że nienawidzi doktora Hoskinsa i wszystkich jego współpracowników za to, że wyrwali tego chłopca z jego własnego czasu i miejsca. Była prawie gotowa zgodzić się z Mannheimem i jego ludźmi, którzy twierdzili, że odbywa się tu bardzo wyrafinowane znęcanie się nad dzieckiem.

Przejrzawszy książeczki Timmie’ego, znalazła jedną z jego ulubionych, tę, która opowiadała historię Wilhelma Telia. Nie miała pojęcia, co ta historia dla niego znaczyła, ale wiedziała, że są w niej przemawiające do wyobraźni ilustracje o żywych barwach i że chłopiec bardzo często tę książeczkę ogląda, pocierając palcami kolorowe obrazki. Panna Fellowes wzięła ją teraz i otworzyła w miejscu, gdzie na dwóch stronach był obrazek przedstawiający Wilhelma Telia zestrzelającego strzałą z kuszy jabłko z głowy syna. Pokazała chłopcu najpierw Telia w średniowiecznym stroju, a potem jego syna.

— Ojciec — syn, ojciec — syn — powiedziała.

Timmie poważnie kiwnął głową.

Co on sobie myśli? — zastanawiała się. Czy uważa, że doktor Hoskins jest przystojnym mężczyzną o długich blond włosach, który chodzi w cudacznym ubraniu i nosi pod pachą dziwną machinę? Czy może myśli, że ktoś tu zaraz przyjdzie i będzie chciał zestrzelić jabłko z jego głowy? Być może błędem było wprowadzać teraz abstrakcyjne pojęcia „ojciec” i „syn”.

Nie wiadomo. Najważniejsze jednak, że Timmie wkrótce będzie miał kolegę, pomyślała.

— On przyjdzie po śniadaniu — powiedziała. — To bardzo grzeczny chłopiec. — Miała głęboką nadzieję, że tak jest. — A ty mu pokażesz, że i ty jesteś grzeczny, tak? — Grzeczny chłopiec. Tak.

— Będziesz jego kolegą. A on będzie twoim kolegą. — Kolega. Grzeczny chłopiec.

Oczy mu błyszczały. Ale czy coś z tego zrozumiał? Czy zrozumiał cokolwiek?

Im bardziej zbliżała się chwila przybycia Jerry’ego Hoskinsa, tym więcej złych przeczuć miała panna Fellowes. Dostrzegała coraz to nowe problemy, o których przedtem nie myślała.

Przestań, powiedziała sobie.

(Chciałaś tego. Myślałaś o tym od miesięcy. A teraz to jest tuż tuż. Nie ma się czym martwić. Nie ma czym.)

— Panno Fellowes?

Głos Hoskinsa, przez interkom.

— Już są — powiedziała do Timmie’ego. — Jerry przyszedł!

Ku jej zaskoczeniu, Timmie pobiegł do swojego pokoju i przymknął drzwi. Wyglądał zza nich zbity z tropu. To nie Jest dobry znak, pomyślała panna Fellowes.

— Timmie… — zaczęła.

W tejże chwili w progu stanęła cała rodzina Hoskinsów.

— To jest mój synek Jerry — powiedział Hoskins. — Ukłoń się pannie Fellowes, Jerry.

Panna Fellowes zobaczyła wielkookie dziecko z okrągłą buzią, bladymi policzkami i zwisającymi luźno potarganymi włosami, trzymające się spódnicy Annette Hoskins. Chłopiec był bardzo podobny do ojca — był pięcioletnią kopią Geralda Hoskinsa.

— Powiedz „dzień dobry” — zwrócił się do niego Hoskins dość srogo.

— Dzień dobry.

Było to ledwie dosłyszalne. Jerry wycofał się miedzy fałdy matczynej spódnicy.

Panna Fellowes uśmiechnęła się do niego swoim najcieplejszym, najserdeczniejszym uśmiechem.

— Dzień dobry, Jerry. Może wejdziesz? Tutaj mieszka Timmie. On będzie twoim kolegą.

Jerry popatrzył na nią. Wyglądało na to, że wolałby odwrócić się na pięcie i uciec.

— Przenieś go przez próg — powiedział Hoskins do żony tonem trochę zniecierpliwionym.

Annette Hoskins podniosła chłopca z widocznym wysiłkiem, bo Jerry był duży jak na swój wiek, i przeszła przez próg. Jerrym wstrząsnął dreszcz.

— On nie jest zadowolony, Geraldzie — powiedziała Annette.

— Widzę. Musi upłynąć trochę czasu. Zaraz poczuje się dobrze. Postaw go.

Oczy Annette Hoskins przeszukiwały pokój. Mięśnie jej ramion w widoczny sposób napięły się. Mimo że Timmie podbił jej serce podczas poprzedniej wizyty, ogarnęły ją | teraz złe przeczucia. Ukochane dziecko miało zostać w tej klatce małpoluda…

— Postaw go, Annette.

Annette kiwnęła głową. Chłopiec cofnął się i oparł o nią plecami, patrząc ze strachem na parę oczu spoglądającą na | niego z drugiego pokoju.

— Wyjdź, Timmie-powiedziała panna Fellowes. — To | jest twój kolega, Jerry. Jerry bardzo chce cię poznać. Nie bój się.

Timmie powoli wszedł do pokoju. Jerry zaczął się niespokojnie kręcić. Hoskins schylił się, chcąc oderwać | jego dłoń od spódnicy matki.

— Odsuń się, Annette — powiedział scenicznym szeptem. — Daj dzieciom szansę, na litość boską.

Dzieci stały teraz naprzeciwko siebie — dosłownie nos w nos. Jerry, chociaż z pewnością o kilka miesięcy młodszy od Timmie’ego, był od niego o dwa centymetry wyższy. W zestawieniu z wyprostowaną sylwetką Jerry’ego i jego ładnie ukształtowaną głową, którą trzymał wysoko, groteskowość wyglądu Timmie’ego zaczęła nagle bić w oczy tak samo jak na początku.

Wargi panny Fellowes zadrżały.

Nastąpiła chwila ciszy. Sytuacja była dość kłopotliwa. Dzieci wpatrywały się w siebie. Mały neandertalczyk przemówił pierwszy.

— Mam na imię Timmie — powiedział dziecięcym dyszkantem i nagle wysunął głowę w przód, jakby chcąc dokładniej przyjrzeć się rysom drugiego chłopca.

Jerry, zaskoczony, energicznie pchnął Timmie’ego, który się przewrócił. Obaj zaczęli głośno płakać. Pani Hoskins schwyciła swoje dziecko, podczas gdy, panna Fellowes, starając się pohamować gniew, podniosła szybko Timmie’ego i zaczęła go uspokajać. Małe zwierzątko! — pomyślała zapalczywie. — Złośliwa mała bestia!