— Dobrze wiedzieć, że możemy uciec przed skutkami własnych błędów. Czy dyski transferowe mają ograniczony zasięg? — zapytał Chmee.
— Te granice wyznacza energia. System dysków transferowych może pochłonąć ograniczoną różnicę energii kinetycznej. „Igła” i lądownik nie powinny poruszać się względem siebie w chwili, kiedy będziecie wykonywali skok. I musielibyście znaleźć się z lewej burty „Igły".
— To pasuje do naszych planów.
— Ale jeśli porzucicie lądownik, pamiętajcie, że tylko ja mogę zabrać was z Pierścienia. Słyszycie mnie, Chmee i Louis? Pierścień uderzy w czarne prostokąty za niewiele więcej niż ziemski rok.
Chmee wystartował za pomocą wynalezionych przez laleczniki silników repulsyjnych. Umieszczony na rufie silnik plazmowy pchnął pojazd do przodu.
Korzystanie z silników odpychających materiał konstrukcyjny Pierścienia nie było tym samym, co korzystanie z antygrawitacji. Odpychany zarówno przez krawędź, jak i przez powierzchnię Pierścienia, lądownik zaczął opadać łukiem. Chmee zatrzymał się na wysokości czterdziestu mil.
Louis wyświetlił na jednym z ekranów obraz z teleskopu. Lecąc na samych silnikach repulsyjnych, ponad atmosferą, lądownik był bardzo stabilny i zupełnie cichy: doskonała podstawa teleskopu.
Skalista ziemia podgórza ciągnęła się do podstawy krawędzi. Louis wolno przesunął teleskopem wzdłuż tej granicy, ustawiając go na duże powiększenie. Naga, brązowa gleba obok szklistej szarości. Łatwo byłoby zlokalizować anomalię.
— Co spodziewasz się znaleźć? — zapytał kzin.
Człowiek nie wspomniał o obserwującym laleczniku, który sądził, że szukają porzuconego urządzenia do przetwarzania pierwiastków.
— Załoga statku szłaby tędy od portu kosmicznego. Ale nie widzę niczego dużego, co przypominałoby porzuconą maszynerię. A drobiazgi nas przecież nie interesują. Nie zostawiliby niczego cennego, chyba że było, nieżas, zbyt duże, a zatem zostawiliby prawie wszystko, co mieli.
Zatrzymał teleskop.
— Co o tym sądzisz? — spytał.
Wyrastało na trzydzieści mil w górę u podstawy krawędzi: półstożek o zwietrzałym wyglądzie, jakby wygładzony przez wiatry w ciągu setek milionów lat. Lód lśnił na zboczu szerokim pasem. Był gruby i tworzył charakterystyczne jęzory lodowców.
— Pierścień jest imitacją światów typu ziemskiego — powiedział Chmee. — Z tego, co wiem o ziemskich światach, ta góra odbiega od wzorca.
— Tak. Jest pozbawiona artyzmu. Góry ciągną się łańcuchami i nie są tak regularne. Ale tu jest jeszcze gorzej. Wszystko na Pierścieniu wygląda jak na mapie plastycznej. Pamiętasz, jak lecieliśmy „Kłamcą” pod spodem? Dna mórz wybrzuszały się, zamiast gór były wklęśnięcia, w miejscu pasm górskich wąwozy, a koryta rzek przypominały nabrzmiałe żyły na ramieniu ciężarowca. Nawet delty rzek były wyrzeźbione. Pierścień nie jest dość gruby, żeby krajobraz sam się ukształtował.
— Jeśli o to chodzi, nie występują na nim procesy tektoniczne, które by wyrzeźbiły powierzchnię.
— Zatem powinniśmy byli widzieć tę górę od tyłu, z portu kosmicznego. Ja nie widziałem. A ty?
— Podlecimy bliżej.
Okazało się to trudne. Im bardziej lądownik zbliżał się do ściany, tym większego trzeba było ciągu silnika plazmowego, żeby go tam utrzymać… lub odlecieć po wyłączeniu silników repulsyjnych.
Zbliżyli się na pięćdziesiąt mil i zobaczyli miasto. Wielkie, szare skały wystawały z lodowych jęzorów, a w niektórych widniały miriady mrocznych drzwi i okien. Na większym zbliżeniu pojawiły się balkony i markizy, a tysiące delikatnych, wiszących mostów rozbiegło się w górę, w dół i na boki. Schody były wyciosane w skale; biegły zakosami, rozgałęziały się, wysokie na pół mili i więcej. Jedne sięgały aż do podnóża góry, do linii drzew.
Przypadkowa płaska powierzchnia pośrodku miasta, w połowie skała, a w połowie wieczna zmarzlina, stanowiła publiczny plac; kłębiące się na nim tłumy wyglądały jak bladozłote plamki. Złote ubrania czy złote futra? — zastanawiał się Louis. Na wielkim głazie na tyłach placu wyrzeźbiono twarz owłosionego, pucołowatego, jowialnego pawiana.
— Nie próbuj się zbliżyć. Przestraszymy ich, jeśli spróbujemy lądować na silniku plazmowym, a nie ma innego sposobu — powiedział Louis.
Pionowe miasto z dziesięcioma tysiącami mieszkańców, na oko. Radar pokazywał, że nie wryli się głęboko w skałę. W rzeczywistości te skały, podziurawione pomieszczeniami, wyglądały na brudną zmarzlinę.
— Na pewno chcielibyśmy zapytać ich o tę dziwną górę?
— Chętnie porozmawiałbym z nimi — odparł Louis i było to szczere. — Ale spójrz na spektrograf i na radar. Oni nie używają metali ani tworzyw sztucznych, z wyjątkiem monokrystalicznego materiału. Wolę nie myśleć, z czego są zrobione te mosty. Są prymitywni. Pewnie sądzą, że mieszkają na górze.
— Zgadzam się. Zbyt wiele kłopotu, by do nich dotrzeć. Gdzie dalej? Do latającego miasta?
— Tak, obok pola słoneczników.
Czarny prostokąt nasuwał się na tarczę słoneczną.
Chmee włączył znowu silnik na rufie i przyspieszył do dziesięciu tysięcy mil na godzinę, a potem wyłączył go. Lecieli nie na tyle szybko, żeby zacierały się szczegóły, ale wystarczająco prędko, by dotrzeć do celu w ciągu dziesięciu godzin. Louis obserwował pędzący krajobraz.
W zasadzie Pierścień powinien być bezkresnym ogrodem. Nie był to przecież świat, który wyewoluował przypadkowo, lecz wytwór techniki.
Tego, co zobaczyli podczas pierwszej wizyty, nie można uznać za typowe. Większość czasu spędzili między dwiema wielkimi pozostałościami po uderzeniach meteorytów: okiem cyklonu, utworzonym przez powietrze uciekające przez wyrwę w materiale konstrukcyjnym Pierścienia, oraz jego wypiętrzeniem w postaci góry zwanej Pięścią Boga. Oczywiście środowisko uległo zniszczeniu. Starannie przez budowniczych ułożony plan wiatrów musiał lec w gruzach.
Ale tutaj? Louis na próżno wypatrywał oka cyklonu, huraganu. Nie było żadnych kraterów po meteorytach. Za to były pustynie, wielkości Sahary albo większe. Na grzbietach górskich pasm dostrzegł migotliwy odblask obnażonego materiału konstrukcyjnego Pierścienia. Wiatry zerwały pokrywające go skały.
Czyżby warunki atmosferyczne pogorszyły się tak szybko? A może budowniczowie Pierścienia lubili pustynie? Louisowi przyszło nagle do głowy, że Centrum Remontowe musiało stać puste od bardzo długiego czasu. Może ziomkowie Halrloprillalar nigdy go nie znaleźli, po zniknięciu budowniczych. Bo ci musieli zniknąć, jeśli domysły Louisa były słuszne.
— Chcę się przespać trzy godziny — powiedział Chmee. — Potrafisz pilotować lądownik, jeśli coś się stanie?
Zagadnięty wzruszył ramionami.
— Jasne, ale co może się stać? Jesteśmy zbyt nisko dla obrony przeciwmeteorytowej. Nawet jeśli jest rozmieszczona na krawędzi, strzelałaby w zamieszkany ląd. Po prostu trochę pokrążymy.
— Dobrze. Obudź mnie za trzy godziny. — Kzin opuścił oparcie fotela i zasnął.
Louis dla rozrywki i nauki wrócił do teleskopów. Noc zakryła pole słoneczników. Przesunął obiektyw wzdłuż Łuku do bliższego z Oceanów Wielkich.
Tam, zgodnie z ruchem obrotowym i prawie na linii środkowej Pierścienia, ta pochylona imitacja wulkanu to Pięść Boga, na skrawku pustyni koloru Marsa, większym niż sam Mars. Nieco dalej w lewo zatoka Oceanu Wielkiego, większa od niejednego świata.
Ostatnim razem dotarli do brzegu tej zatoki i zawrócili.
Wyspy tworzyły archipelagi na niebieskiej elipsie. Jedna była samotna, w kształcie dysku, koloru pustyni. Inna zaś wyglądała jak dysk przecięty kanałem. Dziwne. Pozostałe jednak były tylko wyspami na ogromnym morzu… Rozpoznał mapę Ziemi: Ameryka, Grenlandia, Eurazja, Afryka, Antarktyda, Australia, wszystkie rozchodzące się ukośnie od lśniącobiałego bieguna północnego, dokładnie jak na mapie widzianej dawno temu w podniebnym zamku.