Выбрать главу

— Dla informacji. — Louis odwrócił się z powrotem do Ginjerofer. — Chcę tego w zbroi i całą ich broń. Zostawcie im tylko noże. Zatrzymajcie, co chcecie, ale większość ma znaleźć się w lądowniku. Spojrzała powątpiewająco na giganta w pancerzu.

— Jak go przeniesiemy?

— Wezmę płytę repulsyjną. Zwiążecie pozostałych, kiedy odlecimy. Wypuszczajcie ich parami. Powiedzcie im, jak wygląda sytuacja. Wyślijcie ich za dnia w kierunku obrotu. Jeśli wrócą, żeby was zaatakować bez broni, należą do was. Ale nie zrobią tego. Cholernie szybko przejdą przez tę równinę, bez żadnej broni i bez trawy wyższej niż na cal.

Zastanowiła się.

— To wydaje się całkiem bezpieczne. Zrobimy tak — stwier­dziła.

— Będziemy w obozie gigantów, gdziekolwiek się znajduje, na długo przed ich przybyciem. Zaczekamy na nich, Ginjerofer.

— Nie tkniemy ich. Obiecuję w imieniu ludzi — powiedziała chłodno.

* * *

Olbrzym w zbroi obudził się krótko po świcie. Otworzył oczy i wlepił je w majaczącą nad nim pomarańczową ścianę futra, żółte oczy i długie pazury. Zachował spokój, podczas gdy wzrok błądził mu… po zebranej w stos broni trzydziestu jego towarzyszy… po śluzie powietrznej z otwartymi obiema parami drzwi. Zobaczył przesuwający się horyzont, poczuł pęd lądownika. Spróbował przekręcić się na bok.

Louis uśmiechnął się szeroko. Obserwował go przez skaner w suficie kabiny, prowadząc jednocześnie lądownik. Zbroja giganta była w kolanach, piętach, nadgarstkach i ramionach przyspawana do pokładu. Uwolniłaby go odrobina ciepła, a nie szarpanina.

Olbrzym rzucał groźby i żądania. Louis nie zwracał na niego uwagi. Czekał, aż program tłumaczący komputera zacznie wydo­bywać z tego jakiś sens. A na razie był bardziej zainteresowany widokiem obozu gigantów.

Znajdowali się milę nad ziemią, pięćdziesiąt mil od wioski czerwonych mięsożerców. Zwolnił. Tu i ówdzie trawa zdążyła odrosnąć, ale giganci zostawili po sobie kolejny wielki ogołocony obszar, za polem słoneczników, w stronę morza. Buszowali w trawie: tysiące olbrzymów rozproszyło się po całym stepie. Louis widział refleksy światła odbijającego się od kos-szabel.

W pobliżu obozu nie zauważył żadnych roślinożerców. Pośrod­ku stały wozy, ale nie było śladu zwierząt pociągowych. Giganci musieli sami je ciągnąć. A może z czasów wydarzenia sprzed tysięcy lat, które Halrloprillalar nazwała Upadkiem Miast, zostały im silniki.

Louis nie mógł jednak przyjrzeć się głównemu budynkowi. Widział tylko czarną plamę na oknie, w miejscu, gdzie padało zbyt dużo światła. Uśmiechnął się szeroko. Giganci zwerbowali sobie wroga.

Ekran rozjaśnił się. Kuszący kontralt powiedział:

— Louis.

— Jestem.

— Zwracam ci drouda — oznajmił lalecznik.

Ziemianin obejrzał się: na dysku transferowym leżał mały, czarny przedmiot. Wtedy odwrócił się, tak jak od wroga, pamię­tając, że wróg nadal tam jest.

— Chcę, żebyś coś sprawdził — powiedział. — Wzdłuż pod­stawy krawędzi są góry. Miejscowi…

— Do ryzykownych poszukiwań wybrałem ciebie i Chmee.

— Nie potrafisz zrozumieć, że mogę chcieć zminimalizować ryzyko?

— Oczywiście.

— Więc wysłuchaj mnie. Myślę, że powinniśmy zbadać rozlane góry. Zanim to zrobimy, chcielibyśmy się dowiedzieć wielu rzeczy o krawędzi. Musisz tylko…

— Louis, dlaczego nazywasz je rozlanymi górami?

— Miejscowi tak je nazywają. Nie wiem dlaczego, i oni też nie wiedzą. Sugestywne, co? I nie widać ich z tyłu. Dlaczego? Większa część Pierścienia jest jak maska świata, z wymodelowanymi na niej morzami i górami. Ale rozlane góry mają swoją masę.

— Tak, to sugestywne. Musisz sam uzyskać odpowiedź. Nazy­wam się Najlepiej Ukryty, podobnie jak każdego przywódcę mo­żna nazwać Najlepiej Ukrytym — powiedział lalecznik — po­nieważ kieruje swoimi podwładnymi z bezpiecznego miejsca; ponie­waż bezpieczeństwo jest jego przywilejem i obowiązkiem; ponieważ jego śmierć lub zranienie byłyby nieszczęściem dla wszystkich. Louis, miałeś już do czynienia z moim gatunkiem!

— Nieżas, proszę cię tylko o poświęcenie sondy, a nie twojej cennej skóry! Potrzebujemy jedynie hologramu krawędzi. Posadź sondę w elektromagnetycznej kołysce i dostosuj jej prędkość do prędkości orbitalnej. Wykorzystasz system w sposób zgodny z przeznaczeniem. Obrona przeciwmeteorytowa nie strzeli do krawędzi…

— Louis, próbujesz przechytrzyć broń zaprogramowaną, we­dług ciebie, setki tysięcy lat temu. A jeśli coś zablokowało system transportowy? A jeśli laserowe celowniki zepsuły się?

— A jeśli nawet, to co stracisz, w najgorszym przypadku?

— Połowę możliwości uzupełnienia paliwa — odparł lalecz­nik. — Umieściłem w sondach dyski transferowe, za filtrem, przez który przechodzi tylko deuter. Odbiornik znajduje się w zbiorniku paliwa. Żeby go ponownie napełnić, musze tylko osadzić sondę w jednym z mórz. W jaki sposób opuszczę Pierścień, jeśli utracę sondy? I dlaczego miałbym podejmować to ryzyko?

Louis panował nad sobą.

— Masa, Najlepiej Ukryty! Co jest wewnątrz rozlanych gór? Muszą być setki tysięcy tych półstożków o wysokości trzydziestu — czterdziestu mil, a ich tyły są płaskie! Jeden z nich albo cały szereg może mieścić centrum napraw i konserwacji. Nie sądzę, żeby tak było, ale chcę wiedzieć, zanim się do nich zbliżę. Poza tym, na Pierścieniu muszą się gdzieś znajdować dysze korygujące, a naj­lepszym dla nich miejscem jest krawędź. Gdzie są i dlaczego nie działają?

— Jesteś całkowicie pewien, że to muszą być silniki rakietowe? Istnieją inne rozwiązania. Generatory grawitacji również służyłyby korygowaniu położenia.

— Nie wierzę w to. Budowniczowie nie potrzebowaliby nada­wać Pierścieniowi prędkości obrotowej, gdyby mieli generatory grawitacji. Stanowiłoby to znacznie prostszy problem techniczny.

— Kontrolowanie zjawisk magnetycznych na słońcu i w mate­riale konstrukcyjnym Pierścienia.

— Hm… może. Nieżas, nie jestem pewien. Chcę, żebyś to zbadał!

— Jak śmiesz targować się ze mną? — Lalecznik wydawał się bardziej zdziwiony niż rozgniewany. — Wystarczy mój kaprys, a zostaniecie tam, dopóki Pierścień nie roztrzaska się o czarne prostokąty. Wystarczy mój gniew, a nigdy więcej nie spróbujesz prądu.

W końcu przemówił komunikator.

— Odpieprz się — sarknął Louis. Nie regulował głośności, ale Najlepiej Ukryty zamilkł.

Komunikator mówił:

— Łagodny? Ponieważ jem rośliny, to zaraz muszę być łagod­ny? Uwolnij mnie ze zbroi, a będę z tobą walczył gołymi rękami, ty futrzana, pomarańczowa kulo. Potrzebuję nowego dywanu do mojego domu.

— A co ty na to? — zapytał Chmee. Wysunął lśniące, czarne pazury.

— Daj mi jeden cienki sztylet przeciwko twoim ośmiu. Albo nie dawaj mi żadnego. I tak cię pokonam.

Louis zarechotał.

— Chmee, nigdy nie widziałeś walki byków? Ten tutaj musi być Patriarchą, królem gigantów! — powiedział przez interkom.

— Kto lub co to było? — zapytał olbrzym.

— Louis. — Chmee ściszył glos. — To oznacza dla ciebie niebezpieczeństwo. Radzę ci okazać szacunek. On jest… przera­żający.

Człowiek był trochę zaskoczony. Co to miało znaczyć? Od­wrócony gambit boga z głosem Louisa Wu jako zaproszonej gwiazdy? To mogłoby zadziałać, gdyby Chmee, okrutny kzin, wyraźnie bał się tajemniczego głosu…

— Królu Roślinożerców, powiedz mi, dlaczego zaatakowałeś moich wiernych — odezwał się Louis.