— Ich zwierzęta wyjadły naszą trawę — odpowiedział gigant.
— Czy nie mogliście poszukać jej gdzie indziej, żeby uniknąć mojego gniewu?
W stadzie bydła lub bawołów samiec dominuje albo podporządkowuje się. Nie ma pośredniego stanu. Oczy olbrzyma błądziły, szukając ucieczki, ale nie znalazły jej. Jeśli nie zdołał uzyskać przewagi nad Chmee, to jak mógł zastraszyć kogoś niewidzialnego?
— Nie mieliśmy wyboru — powiedział. — W kierunku obrotu są ogniste rośliny. Na lewo Maszynowi Ludzie. Na prawo wysokie pasmo odsłoniętego scrith. Scrith jest zbyt śliski, żeby na niego wejść, i nic na nim nie rośnie. W kierunku przeciwnym do obrotu jest trawa i nic, oprócz małych dzikusów, nie mogło nas powstrzymać, dopóki wy się nie zjawiliście! Jaką masz moc, Louis? Czy moi ludzie żyją?
— Pozwoliłem twoim ludziom żyć. Za… — pięćdziesiąt mil do przebiegnięcia, nago i o głodzie — … dwa dni będą z tobą. Ale mogę cię zabić jednym ruchem palca.
Oczy giganta błagalnie przeszukiwały sufit.
— Jeśli potrafisz zabić ogniste rośliny, będziemy cię wielbili. Louis rozparł się w fotelu, żeby pomyśleć. Nagle przestało to być zabawne. Słyszał, jak gigant błaga Chmee o informacje na temat Louisa; słyszał, jak Chmee niegodziwie kłamie. Już kiedyś uprawiali takie gierki. Boski gambit trzymał ich przy życiu w trakcie długiego powrotu do „Kłamcy"; Mówiący-do-Zwierząt występował jako bóg wojny, a dary składane przez tubylców ratowały ich przed głodem. Louis nie zdawał sobie sprawy, że Mówiącego/Chmee to bawiło.
Z pewnością Chmee miał dobrą zabawę. Ale gigant błagał o pomoc, a co Louis mógł zrobić? Tak naprawdę, nie był to specjalny problem. Giganci przecież obrazili go. Bogowie na ogół nie są znani z chęci przebaczania. Tak więc Louis otworzył usta, lecz zaraz je zamknął, zastanowił się chwilę i w końcu powiedział:
— Na życie swoje i swoich ludzi, powiedz mi prawdę. Możecie jeść ogniste rośliny, jeśli was wcześniej nie spalą?
Gigant odpowiedział skwapliwie:
— Tak, Louis. Nocami pożywiamy się wzdłuż granicy, kiedy jesteśmy już bardzo głodni. Ale musimy oddalić się przed świtem! Rośliny potrafią nas znaleźć nawet na wiele mil ipalą wszystko, co się rusza! Wszystkie naraz odwracają się, kierują na nas blask słońca i wtedy płoniemy!
— Ale możecie je jeść, kiedy słońce nie świeci.
— Tak.
— Jak wieją wiatry w tym regionie?
— Wiatry?… W tej części wieją w kierunku obrotu. Dalej wieją tylko w stronę Królestwa Ognistych Roślin.
— Ponieważ rośliny ogrzewają powietrze?
— Czy ja jestem bogiem, żeby to wiedzieć?
Przecież słoneczniki otrzymywały określoną ilość światła słonecznego. Działając na swój sposób, ogrzewały powietrze wokół siebie i nad sobą, ale światło słoneczne nigdy nie przedzierało się przez srebrne kwiaty, żeby dotrzeć do korzeni. Na zimnej ziemi zbierała się rosa. Rośliny w ten sposób pobierały wilgoć. Rozgrzane powietrze unosiło się w górę i powstawał stały wiatr, wiejący od granic pola słoneczników.
A słoneczniki paliły wszystko, co się rusza, i zamieniały roślinożerne zwierzęta i ptaki w nawóz.
Mógł to zrobić. Mógł.
— Sami wykonacie większą część pracy — oznajmił. — Plemię jest twoje i ty je uratujesz. Potem skierujecie się w stronę umierających ognistych roślin. Zjecie je albo zaorzecie i posadzicie takie, które lubicie jeść. — Wyszczerzył się na widok oszołomionej miny Chmee i kontynuował: — Nigdy więcej nie będziecie niepokoić moich wiernych czerwonych ludzi. Gigant w zbroi był uszczęśliwiony.
— To jest najlepsza ze wszystkich nowin. Będziemy ci oddawali cześć. Musimy przypieczętować przymierze przez rishathrę.
— Żartujesz.
— Co? Nie, mówiłem o tym wcześniej, ale Chmee nie zrozumiał. Targi należy przypieczętować rishathrą, nawet między ludźmi i bogami. Chmee, to żaden problem. Jesteś nawet odpowiedni rozmiarami dla moich kobiet.
— Jestem bardziej obcy, niż myślisz — powiedział kzin. Wyglądało to tak, jakby Chmee zamierzał zdemaskować się przed gigantem. Z pewnością musiała istnieć jakaś przyczyna zdumionej miny olbrzyma. Louis nie mógł pozostać obojętny. Nieżas, niech to diabli! — pomyślał. — Właśnie znalazłem odpowiedź. A teraz to. Powinienem… Tak.
— Dam ci swojego sługę — powiedział. — Ponieważ się spieszę, będzie karłem, który nie mówi twoim językiem. Nazywaj go Wu. Chmee, musimy się naradzić.
ROZDZIAŁ XI
Trawożerni giganci
Lądownik usiadł we wrogim białym świetle. Blask od strony głównego budynku oślepiał przez minutę, a potem zgasł. Opuściła się pochylnia. Król gigantów, w pełnej zbroi, pozwolił jej się przenieść na ziemię. Uniósł głowę i zawył. Głos musiał ponieść się na wiele mil.
Giganci zaczęli biec do lądownika.
Chmee wysiadł, a za nim Wu. Wu był mały, częściowo bezwłosy i wyglądał niegroźnie. Uśmiechał się; rozejrzał się wokół z czarującym entuzjazmem, jak gdyby widział ten świat po raz pierwszy.
Dom znajdował się w sporej odległości. Zrobiony był z błota i trawy, wzmocniony pionowymi elementami. Rząd słoneczników posadzonych na dachu poruszył się niespokojnie, odwracając wklęsłe lustrzane twarze i zielone żylaste wypukłości, gdzie zachodziła fotosynteza, do słońca, i rzucając błyski na zbiegających się ze wszystkich stron olbrzymów.
— A jeśli wróg zaatakuje w dzień? Jak dostaniecie się do domu? A może trzymacie broń gdzie indziej? — dopytywał się Chmee.
Gigant zastanawiał się, czy zdradzić sekrety obrony. Ale Chmee służył Louisowi i lepiej było go nie obrażać.!.
— Widzisz tę kępę zarośli w kierunku przeciwnym do obrotu? Jeśli zagraża niebezpieczeństwo, ktoś musi podkraść się do niej i pomachać prześcieradłem. Słoneczniki podpalają wilgotne drzewo. Pod osłoną dymu możemy wejść i zabrać broń. — Zerknął na lądownik i dodał: — Wróg na tyle szybki, by do nas dotrzeć, zanim chwycimy za broń, jest dla nas i tak zbyt silny. Może zaskoczyłyby go słoneczniki.
— Czy Wu może wybrać sobie partnerkę?
— Czy ma tyle własnej woli? Myślałem, że pożyczę mu moją żonę, Reeth, która już wcześniej praktykowała rishathrę. Jest mała, a Maszynowi Ludzie nie różnią się tak bardzo od Wu.
— To jest do przyjęcia — powiedział Chmee, nie patrząc na Wu. Otaczało ich teraz stu olbrzymów. Nikt więcej nie nadchodził.
— To wszyscy? — zapytał kzin.
— Ci tutaj i moi wojownicy to całe moje plemię. Na stepie żyje dwadzieścia sześć szczepów. Jesteśmy razem, kiedy możemy, ale nikt nie przemawia w imieniu wszystkich — odpowiedział król.
Wśród około stu osób było ośmiu mężczyzn, wszyscy poznaczeni bliznami; trzej z nich byli kalekami. Żaden, oprócz króla, nie miał zmarszczek i siwych włosów, oznak wieku.
Resztę stanowiły osobniki żeńskie… a raczej kobiety. Niewiele niższe od mężczyzn, mierzyły od sześciu i pół do siedmiu stóp; były nagie, pełne godności, brązowoskóre. Gęste, złote włosy opadały im na plecy w jednej masie splotów. Żadna nie nosiła ozdób. Miały grube nogi, duże, stwardniałe stopy. Kilka kobiet było siwych. Ciężkie piersi stanowiły dobrą wskazówkę co do ich wieku. Przyglądały się gościom z przyjemnością i zaciekawieniem, podczas gdy gigant w zbroi przekazywał im nowiny.
Chmee odezwał się cicho bez pośrednictwa komunikatora.
— Jeśli podoba ci się któraś samica, muszę mu powiedzieć teraz.
— Nie, wszystkie są równie… atrakcyjne.