Выбрать главу

— Jeszcze możemy położyć temu kres. Musisz być szalony, żeby składać taką obietnicę!

— Potrafię to zrobić. Hej, nie chcesz się zemścić za swoją spaloną skórę?

— Zemścić się na roślinach? Jesteś szalony. Nasz czas jest cenny, a za rok wszyscy i tak będą martwi — słoneczniki, giganci, mali, czerwoni mięsożercy, wszyscy!

— Tak…

— Twoja pomoc na nic się nie zda; gdyby o tym wiedzieli! Ile czasu zabierze twój pomysł? Dzień? Miesiąc? Zniweczysz nasz własny plan.

— Może jestem szalony, Chmee, ale muszę to przeprowadzić. Ani przez chwilę, odkąd opuściłem Pierścień, nie miałem… powodu, by być z siebie dumnym. Muszę udowodnić…

Król gigantów mówił:

— Sam Louis powie wam, że zagrożenie ze strony ognistych roślin już się dla nas skończyło. Powie nam, co mamy zrobić…

Wu, zgodnie ze swoją naturą, wystąpił skromnie zza wielkiego kzina. Żaden z gigantów nie zwrócił uwagi na to, że przybysz mówi do swojej ręki. Opóźniony o pół minuty, zagrzmiał z lądo­wnika głos Louisa:

— Słuchajcie mnie, ponieważ nadszedł dzień, żeby oczyścić pola z ognistych roślin dla wszystkich plemion ludzkich. Ja pójdę przed wami pod postacią chmury. Wy musicie zebrać nasiona, które chcecie zasiać w miejscu, gdzie teraz rosną palące rośliny…

* * *

O pierwszym brzasku, kiedy słońce pojawiło się w górze jako pasek światła na brzegu czarnego prostokąta, giganci wyruszyli.

Lubili spać dotykając się nawzajem. Król leżał pośrodku kręgu kobiet, a Wu z brzegu, z małą, na pół łysą głową na ramieniu jednej z niewiast i nogami przerzuconymi przez długie, kościste nogi jakiegoś mężczyzny. Klepisko było zasłane ciałami i włosami.

Po obudzeniu się wstawali karnie; najpierw rozplątywali się leżący najbliżej drzwi, brali pakunki, sierpowate szable i wychodzili na zewnątrz, a za nimi kolejni. Wu wyszedł razem z nimi.

Obok stojącego w oddali lądownika jednoręki gigant z oszpe­coną twarzą rzucił Chmee szybkie pożegnanie i pobiegł do domu. Nocni wartownicy mieli spać w ciągu dnia; zostawało również kilka starszych kobiet.

Giganci odwrócili się i wytrzeszczyli oczy, kiedy Wu zaczął wdrapywać się na ścianę.

Ściana z trawy i błota była krucha, ale dach znajdował się na wysokości zaledwie dwunastu stóp. Louis podciągnął się między dwa słoneczniki.

Rośliny miały guzowate, zielone łodygi, wysokie na stopę. Każdą wieńczył pojedynczy lustrzany kwiat, o średnicy od dziewięciu do dwunastu cali. Ze środka sterczał krótki słupek, zakończony ciemnozieloną bulwą. Spód kwiatu był pożyłkowany, pocięty roślinnymi odpowiednikami włókien mięśniowych. I wszys­tkie lustra odbijały światło słoneczne w stronę Wu. Ale ilość tego światła nie wystarczała na razie, żeby zrobić mu krzywdę.

Louis zacisnął dłonie wokół grubej łodygi słonecznika i zakołysał delikatnie. Nie poddała się; korzenie tkwiły głęboko w dachu. Zdjął koszulę i przytrzymał między kwiatem a słońcem. Lustrzany kwiat pochylił się i zafalował niezdecydowany, a następnie zwinął się i zamknął.

Pamiętając o publiczności, Wu zszedł na dół z zachowaniem stylu. Biały blask podążał za nim, kiedy kroczył do lądownika.

— Część nocy spędziłem na rozmowie z wartownikiem — poinformował go kzin.

— Dowiedziałeś się czegoś?

— Ma do ciebie całkowite zaufanie, Louis. Są tacy naiwni.

— Podobnie jak mięsożercy. Zastanawiałem się, czy to nie są po prostu dobre maniery.

— Nie sądzę. Mięsożercy i roślinożercy w każdej chwili oczekują pojawienia się czegoś zza horyzontu. Wiedzą o istnieniu inaczej wyglądających ludzi i boskich mocy. Oni skłaniają mnie | do zastanowienia się, co nas jeszcze czeka. Wrrr, wartownik miał świadomość, że nie należymy do rasy, która zbudowała Pierścień. Czy to o czymś świadczy?

— Być może. Co jeszcze?

— Nie będzie kłopotów z innymi plemionami. Może i są bydłem, ale rozumnym. Ci, którzy mieszkają w stepie, zbiorą nasiona dla tych, którzy zaatakują terytorium słoneczników. Dadzą kobiety młodym mężczyznom, jeśli ci wyruszą. Może odejdzie jedna trzecia, kiedy już odprawisz swoje czary. Reszta będzie miała pod dostatkiem trawy. Nie będą musieli wkraczać na tereny czerwonych ludzi.

— W porządku.

— Zapytałem o długoterminową prognozę pogody.

— Dobrze! I co?

— Wartownik to stary człowiek — powiedział Chmee. — Kiedy był młody i miał dwie nogi (zanim okaleczyło go coś, co komunikator nazwał „ogre"), słońce świeciło zawsze tak samo, a dni miały jednakową długość. Teraz słońce wydaje się raz jaśniejsze, a raz ciemniejsze i kiedy jest jasne, dni wydają się zbyt krótkie i na odwrót. Louis, on pamięta, jak to się zaczęło. Dwanaście falanów, czyli sto dwadzieścia obrotów temu, nastał czas ciemności. Przez dwa, trzy dni nie wstawał świt. Widzieli gwiazdy i widmową poświatę w górze. Potem przez kilka falanów wszystko było, jak należy. Kiedy nadeszły dni o różnej długości, zauważyli to dużo później; nie mają zegarków.

— Zdaje się, że to było do przewidzenia. Z wyjątkiem…

— A długa noc, Louis. Jak ci się wydaje? Skinął głową.

— Słońce rozbłysło. Krąg czarnych prostokątów zamknął się. Może łączącą je nić nawijają automaty.

— Siła rozbłysku przesunęła Pierścień. Teraz dni stają się niejednakowe. To przeraża wszystkie rasy, z którymi handlują giganci.

— I powinno.

— Chciałbym, żebyśmy mogli coś zrobić. — Ogon kzina przeciął powietrze. — Ale zamiast tego walczymy ze słonecz­nikami. Dobrze bawiłeś się dzisiaj w nocy?

— Tak.

— Więc powinieneś się uśmiechać.

— Jeśli naprawdę chciałeś wiedzieć, trzeba było patrzeć. Wszyscy tak robili. W tym wielkim budynku nie ma żadnych ścian; wszyscy tłoczą się razem. Poza tym lubią się przyglądać.

— Nie mogę znieść tego zapachu. Louis roześmiał się.

— Jest silny. Nie brzydki, tylko intensywny. I musiałem stać na stołku. A kobiety były… uległe.

— Kobiety powinny być uległe.

— Ale nie kobiety mojej rasy! Nie są nawet głupie. Nie mogłem, oczywiście, rozmawiać, ale słuchałem. — Postukał palcem w słuchawkę. — Słyszałem, jak Reeth organizuje ekipę porząd­kową. Jest dobra. Hej, miałeś rację, są zorganizowani jak stado bydła! Wszystkie kobiety są żonami króla. Żaden z pozostałych mężczyzn nigdy nie współżyje z nimi, z wyjątkiem okazji, kiedy król ogłasza święto i wyrusza na wyprawę, żeby nie patrzeć. Kiedy wraca, zabawa kończy się i oficjalnie nic się nie wydarzyło. Wszyscy są teraz trochę poirytowani, bo sprowadziliśmy go z wyprawy dwa dni wcześniej.

— A jakie powinny być wasze kobiety?

— No, chodzi o orgazm. Samce wszystkich ssaków mają orgazm. Samice na ogół nie. Ale kobiety naszego gatunku tak. A kobiety gigantów po prostu są uległe. One, hm, nie angażują się.

— Podobało ci się to?

— Oczywiście że tak. Ale trzeba trochę czasu, by przyzwyczaić się do myśli, że nie mógłbym zrobić Reeth takiej przyjemności, jaką sam odczuwam; że to dla niej niemożliwe.

— Dla mnie wszystko jest tak, jak powinno być — stwierdził Chmee — zważywszy, że moja najbliższa żona jest dwieście lat świetlnych stąd. Co teraz robimy?

— Zaczekamy na króla. Może być trochę osłabiony. Dużą część nocy spędził na odnawianiu zażyłości ze swoimi żonami. Prawdę mówiąc, jedyny sposób, w jaki mógł mi udzielić wyjaśnień, to demonstracja. Jest przerażający — powiedział Louis. — On… hm, obsłużył? Obsłużył dwanaście kobiet, a ja próbowałem, nieżas, mu dorównać, ale mojemu ego nie pomogło, że… Pomińmy to. — Uśmiechał się szeroko.