Выбрать главу

— Louis?

— Mój zestaw reprodukcyjny nie jest zbudowany według tej samej skali.

— Wartownik powiedział, że samice innych gatunków boją się gigantów. Samce praktykują rishathrę, kiedy tylko mogą. Ogrom­nie lubią konferencje pokojowe. Strażnik był rozczarowany, że Louis nie uczynił cię samicą.

— Louis spieszył się — powiedział Wu i wszedł do środka.

* * *

Ostatniej nocy wielkie torby zbieraczy wyrzucały z siebie skoszoną trawę, która w pewnej odległości od długiego domu utworzyła ogromny kopiec. Strażnicy i król zjedli jego większą część; zbieracze musieli zapewne jeść w czasie pracy. A teraz Louis zobaczył, że król, biegnąc susami w stronę lądownika, zatrzymał się, by dokończyć kopiec.

Roślinożercy spędzają sporą część życia na jedzeniu — zadumał się przybysz z Ziemi. W jaki sposób zachowali inteligencję? Chmee miał rację — nie trzeba inteligencji, by podkraść się do źdźbła trawy. Być może wymagało jej chronienie się przed zjedzeniem. Albo… znacznego sprytu wymagało podkradanie się do słoneczników.

Poczuł, że jest obserwowany.

Obejrzał się. Nic.

W najlepszym przypadku powstałaby kłopotliwa sytuacja, gdyby król dowiedział się, że nabrano go. Ale przecież Louis był sam na pokładzie nawigacyjnym, jeśli nie liczyć szpiegujących oczu Najlepiej Ukrytego. Skąd więc to mrowienie na karku? Obejrzał się znowu. Kogo nabierał? To był droud. Czarne, plastykowe pudełko obserwowało go z dysku transferowego.

Odrobina prądu pozwoliłaby mu poczuć się naprawdę jak bóg. Zohydziłaby również wszystko! Przypomniał sobie, że Chmee widział go w transie. „Jak bezrozumny wodorost…” Odwrócił się. Król przyszedł dzisiaj bez zbroi. Kiedy razem z Chmee weszli do kabiny, kzin uniósł ręce ze złożonymi dłońmi i zaintonował: — Louis! — Gigant naśladował go.

— Znajdź mi jedną z płyt repulsyjnych — rozkazał Louis bez wstępów. — Połóż ją na podłodze. Dobrze. Teraz weź trochę materiału nadprzewodzącego. Jest niżej, w tym dużym schowku. Dobrze. Owiń płytę materiałem. Zakryj ją zupełnie, ale zostaw zakładkę, żebyś mógł dosięgnąć przełączników. Chmee, jak wytrzymały jest ten materiał?

— Chwileczkę, Louis… Widzisz, można go przeciąć nożem. Nie sądzę, żebym zdołał go rozedrzeć.

— Dobrze. Teraz przynieś dwadzieścia mil nadprzewodzącego kabla. Owiń jeden koniec dokoła płyty. Zwiąż mocno. Zrób dużo węzłów. Nie żałuj kabla. Całkiem dobrze. Teraz zwiń resztę kabla, żeby nie zaplątał się, kiedy będziesz go popuszczał. Potrzebny mi jest drugi koniec. Chmee, zrób to. Królu Trawożerców, potrzebuję największego kamienia, jaki zdołasz unieść. Znasz to terytorium. Znajdź go i przynieś.

Gigant wytrzeszczył oczy… potem spuścił wzrok i wyszedł.

— Żołądek mi się wywraca, kiedy tak potulnie przyjmuję twoje rozkazy — powiedział Chmee.

— Ale umierasz z chęci, by dowiedzieć się, co planuję. A ja…

— Mógłbym zmusić cię do mówienia.

— Mam dla ciebie lepszą propozycję. Wejdź, proszę, tu na górę. Chmee jednym susem wskoczył przez właz.

— Co widzisz na dysku transferowym? — zapytał Louis. Chmee podniósł drouda. Louisowi głos uwiązł w gardle.

— Zniszcz go, wykrztusił.

Kzin natychmiast wbił małe urządzenie w ścianę. Nawet się nie wygięło. Podważył wieczko, otworzył i dźgnął w środek nożem o ostrzu z kadłubowej stali, którego zawsze używał. W końcu powiedział:

— Nie da się go już naprawić.

— Dobrze.

— Zaczekam na dole.

— Nie, idę z tobą. Chcę sprawdzić twoją pracę. I chcę zjeść śniadanie.

Czuł się trochę roztrzęsiony. Rishathra niezupełnie spełniła jego oczekiwania, a czysta radość, jaką dawał prąd, skończyła się dla niego na zawsze. Ale… może fondue z sera? Właśnie. I wolność, i duma. Za parę godzin zlikwiduje plagę słoneczników i, nieżas, uwolni się od Chmee. Louis Wu, do niedawna uzależniony, którego umysł — na szczęście — nie zmienił się w siano.

* * *

Król wrócił, taszcząc w objęciach głaz. Chmee zaczął już od niego odbierać ciężar, zawahał się na sekundę, kiedy zobaczył, jaki jest ogromny, i dokończył ruch. Obrócił się z głazem w ramionach i, drżąc z wysiłku, zapytał:

— Co mam z tym zrobić, Louis?

To było kuszące. „O, jest wiele możliwości… Daj mi minutę na zastanowienie…” Ale nie mógł pozwolić, żeby Chmee, bóg, upuścił ciężar na oczach giganta.

— Połóż go na materiał nadprzewodzący i zawiń. Przywiąż nadprzewodzącym kablem. Okręć go wiele razy i również nie żałuj supłów. W porządku, teraz przydałby się mocniejszy drut, odporny na gorąco.

— Mamy łańcuch molekularny Sinclaira.

— Niecałe dwadzieścia mil. Chcę, żeby był krótszy od nad­przewodzącego kabla. — Louis był zadowolony, że przeprowadził inspekcję. Przeoczył możliwość, że nadprzewodzący drut okaże się nie dość mocny, by utrzymać owiniętą materiałem płytę repulsyjną, kiedy nabierze ona wysokości. Ale łańcuch Sinclaira to fantastyczna rzecz. Powinien wytrzymać.

ROZDZIAŁ XII

Słoneczniki

Louis leciał wysoko i szybko w kierunku ruchu obrotowego. Step był zbrązowiały na znacznym obszarze: trawa, wyskubana najpierw przez zielone słonie, a potem przez gigantów, miała kłopoty z odrastaniem. W oddali, po drugiej stronie morza, biały pas słoneczników świecił oślepiającym blaskiem. Gigant wyglądał przez przezroczyste drzwi śluzy powietrznej.

— Może powinienem był nałożyć zbroję — powiedział.

— Żeby walczyć ze słonecznikami? Metal nagrzewa się — prychnął Chmee.

— Skąd masz zbroję? — zapytał Louis.

— Budowaliśmy drogę dla Maszynowych Ludzi. Pozwolili nam korzystać z pastwisk, przez które miała biec droga, a potem zrobili zbroje dla królów plemion. Ale odeszliśmy. Nie podobało nam się powietrze.

— A to dlaczego?

— Źle smakuje i źle pachnie. Pachnie jak to, co czasami piją. Tę samą rzecz wlewają do swoich maszyn, ale nie mieszają jej z niczym.

— Zastanowił mnie kształt twojej zbroi. Niezbyt pasuje na ciebie. Ciekawe dlaczego? — zapytał Chmee.

— Ten kształt ma budzić strach. Nie zrobił na was takiego wrażenia?

— Nie — odparł Chmee. — Czy to kształt tych, którzy zbudowali Pierścień?

— Kto wie?

— Ja wiem — oświadczył Louis. Gigant niespokojnie zerknął w górę.

Trawa, znowu wysoka, ustąpiła nagle miejsca lasowi. Słonecz­niki zaświeciły jaśniej. Louis opuścił lądownik na wysokość stu stóp i znacznie zwolnił. Las kończył się długą, białą plażą. Pilot zwolnił jeszcze bardziej i ponownie opuścił lądownik, jeszcze trochę i jeszcze, aż prawie muskał wodę. Słoneczniki straciły zainteresowanie.

Poleciał w stronę przygasłego blasku. Morze było spokojne, zmarszczone wiejącą od rufy bryzą, a niebo błękitne i bezchmurne. Mijali wyspy, małe i średnie, z plażami i urozmaiconą linią brzegową oraz spalonymi szczytami. Dwie z nich były opanowane przez słoneczniki.

Pięćdziesiąt mil od brzegu ogniste kwiaty znowu się nimi zainteresowały. Louis zatrzymał lądownik.

— Nie mogą liczyć na to, że wykorzystają nas jako nawóz — powiedział. — Jesteśmy zbyt daleko i lecimy zbyt nisko.