— Bezrozumne rośliny. — Chmee prychnięciem wyraził pogardę.
— Są sprytne. Zaczynają od wypalenia krzaków. Kiedy na ziemi zostaje sam popiół, palące rośliny rozrzucają swoje nasiona — powiedział król.
Ale przecież znajdowali się nad wodą!… Dość tego.
— Królu Trawożernych Gigantów, to twoja chwila. Wyrzuć kamień za burtę. Nie zaplącz drutu. — Louis otworzył śluzę i wysunął rampę. Gigant ruszył w stronę złowieszczego blasku. Głaz spadł z wysokości dwudziestu stóp do wody, ciągnąc za sobą czarny i srebrny drut.
Zdawało się, że z odległego brzegu mrugają na nich reflektory, kiedy kępy roślin starały się najpierw spalić lądownik, a potem przestały się nimi zajmować. Szukały ruchu, ale nie zamierzały palić płynącej wody. Albo wodospadu. Roślinom tym najlepiej powodziło się na półpustynnych światach…
— Chmee. Wyrzuć płytę repulsyjną. Nastaw ją, powiedzmy, na osiemnaście mil. Dopilnuj, żeby druty się nie splątały.
Czarna płyta uniosła się. Popędziły za nią dwa druty, czarny i srebrny. Łańcuch Sinclaira powinien być tak cienki, że niemal niewidzialny, ale połyskiwał srebrzyście, a wokół malejącej w oddali płyty jarzył się świetlisty otok. Płyta była teraz czarnym punktem, mniej widocznym, niż jasne halo wokół niej. Na tej wysokości stanowiła cel dla hord słoneczników.
Nadprzewodniki wykazują zanik oporu elektrycznego. Właśnie ta cecha czyni je tak cennymi dla przemysłu. Ale mają jeszcze inną właściwość. Zachowują stałą temperaturę.
Powietrze, cząsteczki kurzu i drut Sinclaira rozjarzyły się blaskiem słoneczników. Ale materiał i drut nadprzewodzący pozostały czarne. Dobrze, Louis zamrugał oślepiony i spojrzał w dół na wodę.
— Królu Trawożernych Ludzi — powiedział — wejdź do środka, zanim stanie ci się krzywda.
W miejscu, gdzie dwa druty wchodziły w wodę, zawrzało. Strumień pary pomknął w kierunku oślepiającego blasku. Louis skierował lądownik w prawo. Parował już spory fragment morza.
Budowniczowie Pierścienia utworzyli tylko dwa głębokie oceany, Oceany Wielkie, leżące naprzeciwko siebie. Pozostałe morza Pierścienia miały wszędzie dwadzieścia pięć stóp głębokości. Podobnie jak ludzie, najwyraźniej wykorzystywali tylko ich powierzchnię. Dawało to Louisowi przewagę. Łatwiej było doprowadzić morze do wrzenia.
Obłok pary dosięgnął brzegu.
Bogowie nie napawają się zwycięstwem. Szkoda.
— Będziemy patrzyli, dopóki nie nasycisz się widokiem — powiedział do króla.
— Wrrr — odezwał się Chmee.
— Zaczynam rozumieć — zaczął król — ale…
— Mów.
— Ogniste rośliny spalą chmury. Louis przełknął niepokój.
— Będziemy patrzyli. Chmee, zaproponuj naszemu gościowi sałatę. Możliwe, że będziecie woleli jeść oddzieleni drzwiami.
Znajdowali się pięćdziesiąt mil na prawo od zakotwiczonego drutu, po lewej stronie wysokiej, nagiej wyspy. Zasłaniała połowę blasku słoneczników, które nadal były zainteresowane spalaniem lądownika… ale większość z nich skierowała uwagę gdzie indziej. Część blasku skupiła się na zawieszonej w powietrzu czarnej płycie, a część na obłoku pary.
Woda parowała na kilku milach kwadratowych wokół drutu i zatopionego głazu. Para przesuwała się coraz większą chmurą w stronę odległego o pięćdziesiąt mil brzegu i tam napotykała ogień. Biegła pięć mil w głąb lądu, wypalając wszystko jak burza ogniowa, a potem znikała.
Louis skierował teleskop na parujący fragment morza. Widział wrzącą wodę. Rośliny niedługo zaczną ginąć. Do pięciomilowego odcinka pola nie docierało słońce; słoneczniki marnowały światło na chmurę pary, zamiast wykorzystać ją. Ale pięciomilowy pas to było nic, nic. Pole zajmowało obszar równy połowie planety.
Zobaczył jeszcze coś i szybko przesunął obiektyw w górę.
Srebrny drut opadał, dryfując z wiatrem w kierunku zgodnym z ruchem obrotowym. Słoneczniki przepaliły łańcuch molekularny Sinclaira. Louis cicho wymówił jednosylabowe słowo oznaczające bezradność. Ale nić nadprzewodnika nadal była czarna.
Wytrzyma. Na pewno wytrzyma.
Nie będzie gorętsza niż wrząca woda, wszędzie zachowa taką samą temperaturę. Więcej światła odbitego przez lustrzane kwiaty nie zmieni tego; tylko szybciej doprowadzi wodę do wrzenia. To było duże morze. A para wodna nie znika tak po prostu. Wystarczy ją podgrzać i wtedy się podnosi.
— Bóg dobrze jada — stwierdził gigant. Chrupał główkę bostońskiej sałaty, dwudziestą, a może trzydziestą z kolei. Stał obok Chmee obserwując widok i podobnie jak on nie spekulował na temat tego, co działo się wokół.
Woda morska wrzała wesoło. Słoneczniki, to pewne jak nieżas, były zdecydowane spalić tę odrobinę potencjalnego nawozu, tego jadalnego dla nich ptaka. Nie potrafiły ocenić wysokości ani odległości. Ewolucja nie dopuściłaby do tego, póki nie głodowały. Było za późno, żeby każdy kwiat skupił promienie słoneczne na zielonych węzłach, gdzie zachodziła fotosynteza…
— Louis. Wyspa — powiedział kzin spokojnie.
Coś dużego i czarnego stało po pas w wodzie przy brzegu. Ni człowiek, ni wydra, lecz po trosze jedno i drugie. Czekało cierpliwie, obserwując lądownik dużymi, brązowymi oczami.
— Czy w tym morzu żyją ludzie? — zapytał człowiek ze spokojem, który go wiele kosztował.
— Nie wiedzieliśmy o tym — odpowiedział gigant.
Louis skierował lądownik w stronę plaży. Stworzenie czekało bez strachu. Pokryte było krótkim, lśniącym, czarnym futrem i miało opływowe kształty: grubą szyję, opadające ramiona i szeroki, spłaszczony nos na pozbawionej podbródka twarzy.
Pilot włączył mikrofony.
— Znasz mowę Trawożernych Gigantów?
— Znam. Mów powoli. Co tutaj robicie? Louis westchnął.
— Podgrzewamy morze — odpowiedział.
Opanowanie stworzenia było imponujące. Pomysł z podgrzewaniem morza wcale go nie zaniepokoił. Zapytał ruchomą budowlę:
— Czy jest gorące?
— Bardzo gorące po tej stronie. Ilu was jest?
— Teraz trzydziestu czterech — odparła ziemnowodna istota. — Było nas osiemnaścioro, kiedy przybyliśmy tutaj pięćdziesiąt jeden falanów temu. Czy na prawo morze też się nagrzeje?
Louis odetchnął z ulgą. Miał już wizję setek tysięcy ugotowanych ludzi, dlatego że Louisowi Wu zachciało się odgrywać boga.
Zakrakał:
— Ty mi powiedz. Ujście rzeki jest z tej strony. Jaką temperaturę wody potraficie wytrzymać?
— Dosyć wysoką. Będzie więcej jedzenia; ryby lubią ciepło. To uprzejmie z waszej strony, że pytacie, zanim zniszczycie czyjś dom. Po co to robicie?
— Żeby wytępić ogniste rośliny. Ziemnowodny zadumał się.
— Dobrze. Jeśli ogniste rośliny zginą, będziemy mogli wysłać posłańca w górę rzeki, do Morza Syna Fuboobisha. Pewnie myślą, że od dawna nie żyjemy. — I dodał: — Zapomniałem dobrych manier. Oferujemy wam rishathrę, jeśli podacie swoją płeć i jeśli możecie przebywać pod wodą.
Louis potrzebował chwili, by odzyskać głos.
— Żaden z nas nie robi tego w wodzie — odrzekł.
— Niewielu to robi — stwierdził ziemnowodny bez specjalnego rozczarowania.
— Jak tutaj dotarliście?
— Wędrowaliśmy w dół rzeki. Prądy zniosły nas do Królestwa Ognistych Roślin. Nie mogliśmy wyjść na brzeg, żeby iść dalej. Rzeka przywiodła nas do tego miejsca, które nazwałem na swoją cześć Morzem Tuppugopa. To dobre miejsce, chociaż trzeba strzec się ognistych roślin. Czy naprawdę możecie zabić je mgłą?