Выбрать главу

— Tak sądzę.

— Muszę zabrać stąd moje plemię — powiedział ziemnowodny.

Zniknął bez pluśnięcia.

— Myślałem, że zabijesz go za zuchwalstwo — powiedział Chmee do sufitu.

— To jego dom — odparł Louis. Wyłączył interkom. Był zmęczony grą. Gotuję czyjś dom, pomyślał, i nawet nie wiem, czy to coś da! Potrzebował drouda. Nic innego nie mogło mu pomóc, nic oprócz prymitywnego szczęścia, jakie dawał prąd płynący przez mózg. Nic innego nie mogło ukoić nie­pohamowanej wściekłości, która sprawiała, że tłukł pięściami w poręcze fotela i wydawał zwierzęce odgłosy, mocno zaciskając powieki.

To i czas. Czas minął i minął ten nastrój, a Louis otworzył oczy.

Nie widział już ani czarnego drutu, ani wrzącej wody. Był tylko rozległy wał mgły, który przesuwał się w kierunku zgod­nym z ruchem obrotowym, zapalał się, sunął dziesięć mil w głąb lądu i znikał. A dalej tylko błyski słoneczników… i dwie równoległe linie na horyzoncie. Biała u góry, a pod spodem czarna, przecinające horyzont na przestrzeni pięćdziesięciu stopni.

Para wodna nie znikała tak po prostu. Podgrzana, wędrowała w górę i ponownie kondensowała się w stratosferze. Biała linia to brzeg chmury, płonący pod atakiem słoneczników; czarna to cień rzucany na ogromne pole. Chmura pary musiała znajdować się w odległości pięciuset-tysiąca mil, jeśli widać ją było tak blisko jej własnego cienia, i ciągnąć się na setki mil. I rozszerzała się jeszcze… irytująco powoli, ale rozszerzała się.

W stratosferze powietrze było zasysane ze środka pola słonecz­ników. Niektóre chmury powinny zmienić się w deszcz, ale część pary wodnej stykała się z parą unoszącą się z wrzącego morza i płynęła do wewnątrz, włączając się ponownie do obiegu.

Louisa zabolały ramiona. Zdał sobie sprawę, że z całej siły ściska poręcze fotela. Włączył interkom.

— Louis dotrzymał obietnicy — mówił król Gigantów — ale umierające rośliny mogą znaleźć się poza naszym zasięgiem. Nie wiem…

— Spędzimy tutaj noc — powiedział Louis. — Rankiem dowiemy się czegoś więcej.

* * *

Posadził lądownik po zwróconej w kierunku przeciwnym do obrotu stronie wyspy. Morze wyrzuciło na brzeg wielkie kępy wodorostów. Chmee i gigant spędzili godzinę na wpychaniu ich przez właz w kadłubie lądownika, żeby dostarczyć przetwórczej kuchence świeżego surowca. Louis skorzystał z okazji, żeby połączyć się z „Rozżarzoną Igłą".

Najlepiej Ukrytego nie było na pokładzie nawigacyjnym. Musiał znajdować się w niewidocznej części „Igły".

— Zniszczyłeś drouda — powiedział.

— Wiem. Dowiedziałeś się…

— Mam drugi.

— Nie obchodzi mnie, nawet jeśli masz tuzin. Rzuciłem to. Nadal chcesz transmutatora?

— Oczywiście.

— Więc popracujmy wspólnie. Gdzieś musi znajdować się centrum kontrolne Pierścienia. Jeśli zbudowano je w jednej z rozlanych gór, muszą tam być transmutatory pochodzące ze statków, które stoją w porcie kosmicznym. Chcę znać sytuację, zanim tam wejdę.

Najlepiej Ukryty zamyślił się.

Za jego płaskimi, chwiejącymi się głowami widniały wielkie, jarzące się światłami budowle. Szeroka ulica z dyskami trans­ferowymi na skrzyżowaniach niknęła w oddali. Roiło się na niej od laleczników, które zawsze zdawały się poruszać w grupach. Ich ufryzowane grzywy mieniły się wszelkimi kolorami. Na skrawku nieba między budynkami wisiały dwie rolnicze planety, otoczone przez orbitujące punkty świetlne. W tle rozlegała się jakby obca muzyka albo dalekie i przez to niewyraźne rozmowy milionów laleczników.

Najlepiej Ukryty miał tu ze sobą kawałek utraconej cywilizacji: taśmy, ścienny ekran holograficzny i prawdopodobnie zapach swojego gatunku, stale obecny w powietrzu. Wszystkie meble miały łagodne linie, bez żadnych ostrych kantów, o które można sobie potłuc kolana. Dziwnego kształtu wgłębienie w podłodze stanowiło najprawdopodobniej łóżko.

— Tył krawędzi jest całkiem płaski — powiedział raptem Najlepiej Ukryty. — Mój radar nie przeniknie jej. Mogę zaryzy­kować jedną z sond. Nadal będzie służyła jako przekaźnik między „Igłą” a lądownikiem. Prawdę mówiąc, będzie działała lepiej, kiedy znajdzie się wyżej. Umieszczę więc sondę w systemie transportowym krawędzi.

— Nieźle.

— Naprawdę myślisz, że Centrum Remontowe jest…

— No, niezupełnie, ale znajdziemy tam dość niespodzianek, żeby dobrze się bawić. Należy to sprawdzić.

— Któregoś dnia musimy zadecydować, kto kieruje tą wy­prawą — powiedział lalecznik. Zniknął z ekranu.

* * *

Tej nocy nie było gwiazd.

Ranek ukazał chaos, Z pokładu nawigacyjnego nic nie było widać, oprócz bezkształtnej perłowej poświaty: żadnego nieba, morza, plaży. Louisa korciło, żeby ponownie stworzyć Wu, wyjść z lądownika i zobaczyć, czy świat nadal istnieje.

Zamiast tego wystartował. Na wysokości trzystu stóp pojawiło się słońce. Niżej była tylko biała chmura, coraz jaśniejsza w kierunku obrotu. Mgła przesunęła się daleko w głąb lądu.

Płyta repulsyjna tkwiła w swoim miejscu — czarny punkcik dokładnie nad głową.

Dwie godziny po świcie wiatr rozwiał mgłę. Louis opuścił lądownik do poziomu morza, zanim jej skraj dotarł do wybrzeża. Parę minut później wokół płyty utworzył się jasny nimb.

Król gigantów przez cały ranek stał w drzwiach śluzy, obser­wując i z nieobecną miną napychając się sałatą. Chmee również był milczący. Kiedy Louis przemówił, odwrócili głowy w stronę sufitu.

— To się uda — powiedział i w końcu sam w to uwierzył. — Wkrótce zobaczycie aleję martwych słoneczników prowadzącą do ogromnego pola pod stałą pokrywą chmur. Zasiejecie swoje nasiona. Jeśli wolicie jeść żywe ogniste rośliny, paście się w nocy po obu stronach pasa mgły, Może zechcecie założyć bazę na jednej z wysp morskich. Będziecie potrzebowali łodzi.

— Teraz możemy układać własne plany — powiedział król. — Dobrze, że są tu blisko Morscy Ludzie, nawet jeśli jest ich tak niewielu. W zamian za metalowe narzędzia wykonują usługi. Mogą zbudować nam łodzie. Czy trawa wyrośnie w tych desz­czach?

— Nie wiem. Lepiej zasiejcie również wypalone wyspy.

— Dobrze. Naszym wielkim bohaterom rzeźbimy podobizny w skale, dodając parę słów. Jesteśmy koczownikami; nie możemy nosić ze sobą dużych pomników. Czy to wystarczy?

— Oczywiście.

— Jak wyglądasz?

— Jestem trochę większy niż Chmee i bardziej owłosiony. Moje włosy są takiego koloru, jak wasze. Zęby mięsożercy i kły.

Nie mam zewnętrznych uszu. Nie róbcie sobie za dużo kłopotu. Dokąd mamy cię teraz zawieźć?

— Do naszego obozu. Myślę, że potem będę musiał wziąć parę kobiet i zrobić zwiad wzdłuż brzegów morza.

— Możemy zrobić to teraz. Król roześmiał się.

— Dziękujemy ci, Louis, ale moi wojownicy będą w paskudnym humorze, kiedy wrócą. Nadzy, głodni, pokonani. Może będzie dla nich lepiej, kiedy dowiedzą się, że wyruszyłem na kilka dni. Nie jestem bogiem. Bohater musi dbać, by wojownicy byli zadowoleni z jego rządów. Nie może walczyć przez cały czas.

ROZDZIAŁ XIII

Pochodzenie

Lądownik leciał na wysokości pięciu mil z zaledwie poddźwiękową szybkością. Trzynaście tysięcy mil nie stanowiło dla niego dużej odległości. Ostrożność Louisa drażniła kzina.

— Dwie godziny i możemy wylądować w latającym mieście albo dostać się do niego od spodu! Jedna godzina, i to bez szczególnych kłopotów!