— Jasne. Musielibyśmy wprawdzie wznieść się ponad atmosferę na napędzie plazmowym, buchającym płomieniami jak gwiazda, ale masz rację. Pamiętasz, jak dostaliśmy się do latającego więzienia Halrloprillalar? Wisząc do góry nogami w powietrzu, na skuterach ze spalonymi silnikami…
Chmee grzmotnął ogonem w oparcie fotela. Pamiętał.
— Lepiej, żeby nas nie zauważyła jakaś stara maszyneria. Plaga nie dotknęła chyba wszystkich nadprzewodników.
Łąki ustąpiły miejsca polom uprawnym, a potem podmokłej dżungli. Padające pionowo światło słoneczne odbijało się w ich stronę spomiędzy pni kwitnących drzew.
Louis czuł się wspaniale. Nie mógł dopuścić do tego, by jego walka z polem słoneczników okazała się daremna. Udało się. Postawił sobie zadanie; wykonał je, posługując się inteligencją i dostępnymi narzędziami.
Bagna wydawały się bezkresne. Raz Chmee wypatrzył małe miasto. Trudno je było dojrzeć, gdyż woda do połowy zalała budynki, a także winorośle i drzewa, i próbowała je wciągnąć. Styl architektoniczny był dziwny. Wszystkie ściany, dachy i drzwi wybrzuszały się na zewnątrz, przez co ulice zwężały się pośrodku. Nie zbudowała tego rasa Halrloprillalar.
Do południa lądownik pokonał większy odcinek, niż Ginjerofer albo król gigantów przejdą w ciągu całego życia. Louis był głupi, że wypytywał dzikusów. Znajdowali się tak daleko od latającego miasta, jak dowolne dwa punkty na Ziemi.
Zgłosił się Najlepiej Ukryty. Dzisiaj jego grzywa wyglądała jak wirująca tęcza, ufarbowana w pasemka podstawowych kolorów. Za nim laleczniki skakały po dyskach transferowych, tłoczyły się przy wystawach sklepowych, ocierały się o siebie bez przeprosin czy urazy, a wszystko to przy szmerze muzyki z przewagą fletów i klarnetów — języka laleczników. Najlepiej Ukryty zapytał:
— Czego się dowiedzieliście?
— Niewiele — odparł Chmee. — Straciliśmy czas. Siedemnaście falanów, czyli jakieś trzy i pół roku temu nastąpił wielki słoneczny rozbłysk, ale tyle sami się domyślaliśmy. Czarne prostokąty zamknęły się, żeby chronić powierzchnię Pierścienia. System sterujący nimi musi działać niezależnie od systemu sterowania Pierścieniem.
— Tego również mogliśmy się domyślić. Nic więcej?
— Hipotetyczne Centrum Remontowe Louisa jest oczywiście nieczynne. To bagno pod nami nie było zaprojektowane. Przypuszczam, że główna rzeka zamuliła się, tamując dopływy. Spotykamy różnych hominidów, niektórych inteligentnych, innych nie. Nie znaleźliśmy śladu tych, którzy zbudowali Pierścień, jeśli nie byli nimi przodkowie Halrloprillalar, Jestem skłonny myśleć, że to oni.
Louis otworzył usta… i spojrzał w dół. Zobaczył i poczuł, że cztery pazury kzina zaciskają się na jego udzie. Zamknął usta. Chmee kontynuował:
— Nie spotkaliśmy żadnych przedstawicieli gatunku Halrloprillalar. Może nigdy nie stanowili zwartej populacji. Słyszeliśmy pogłoski o innej rasie, Maszynowych Ludziach, którzy mogą zająć ich miejsce. Zamierzamy poszukać tych Maszynowych.
— Tak, Centrum Remontowe jest nieczynne — powiedział z ożywieniem dwugłowy. — Tyle się dowiedziałem. Wysłałem sondę…
— Masz dwie sondy — przypomniał Chmee. — Użyj obu.
— Trzymam jedną w rezerwie, żeby uzupełnić paliwo. Dzięki drugiej odkryłem tajemnicę rozlanych gór. Patrzcie…
Na prawym ekranie pojawił się obraz przekazywany przez sondę. Leciała wzdłuż krawędzi; minęła coś, zbyt szybko, żeby mogli dostrzec szczegóły; zwolniła, zawróciła, cofnęła się.
— Louis poradził mi zbadać krawędź. Sonda ledwo co rozpoczęła manewr hamowania, kiedy to znalazła. Pomyślałem, że jest warte spenetrowania.
W ścianie krawędzi widniała wypukłość… rura z wylotem, odlana z tego samego przezroczystego, szarego scrithu, spłaszczona przy ścianie. Sonda manewrowała, dopóki kamera nie zajrzała w głąb tunelu o średnicy ćwierć mili.
— Wiele konstrukcji na Pierścieniu jest dość topornych — stwierdził Najlepiej Ukryty.
Sonda przesuwała się wzdłuż rury, nad wylotem, w dół zewnętrznej ściany krawędzi, do miejsca, gdzie rura znikała w gąbczastym materiale, który stanowił osłonę spodu Pierścienia przed meteorytami.
— Rozumiem — powiedział Louis. — I nie działa?
— Nie. Próbowałem zbadać rurę i odniosłem pewien sukces. Sceneria zmieniła się. Widać było teraz szybki ruch sondy, która leciała na zewnątrz Pierścienia w sporej od niego odległości. W górze przesuwał się odwrócony krajobraz, widziany w podczerwieni. Sonda zwolniła, zatrzymała się, ruszyła w górę.
Meteoryty bombardujące Pierścień nadlatywały z przestrzeni międzygwiezdnej. Uderzały z taką właśnie prędkością plus własne siedemset siedemdziesiąt mil na sekundę Pierścienia. Jakiś meteoryt uderzył właśnie w tym miejscu. Strumień plazmy zrobił w dnie morskim długie na setki mil wyżłobienie, stapiając ochronną piankę. W tym wyżłobieniu tkwiła rura o średnicy paruset stóp. Prowadziła na dno morza.
— Obieg zamknięty — mruknął Louis.
— Przy braku zabezpieczenia przed erozją, cała gleba Pierścienia znalazłaby się na dnie mórz w ciągu paru tysięcy lat — powiedział lalecznik. — Przypuszczam, że rury biegną z dna mórz wzdłuż spodu Pierścienia i górą przez krawędź. Wyrzucają szlam na rozlane góry. Dużo wody wyparowuje na szczycie, w prawie całkowitej próżni, na wysokości trzydziestu mii. Góra stopniowo zapada się pod własnym ciężarem. Materiał przemieszcza się od krawędzi w głąb Pierścienia, unoszony przez wiatry i rzeki.
— To tylko przypuszczenia, ale z pozorami prawdopodobieństwa — stwierdził Chmee. — Najlepiej Ukryty, gdzie jest teraz sonda?
— Zamierzam sprowadzić ją spod Pierścienia i osadzić w systemie transportowym krawędzi.
— Zrób to. Czy sonda jest wyposażona w radar?
— Tak, ale o małym zasięgu.
— Przeszukaj radarem rozlane góry. Rozlane góry dzieli od siebie odległość… jakichś dwudziestu-trzydziestu tysięcy mil. A zatem, wzdłuż obu krawędzi możemy znaleźć około pięćdziesięciu tysięcy rozlanych gór. Część z nich stanowiłaby świetne miejsce na ukrycie Centrum Remontowego.
— Ale dlaczego Centrum Remontowe miałoby być ukryte? Chmee prychnął obraźliwie.
— A gdyby podległe rasy zbuntowały się? A w razie inwazji? Oczywiście że Centrum Remontowe jest ukryte i ufortyfikowane. Przeszukaj wszystkie rozlane góry.
— Bardzo dobrze. Zbadam prawą krawędź w ciągu jednego obrotu Pierścienia.
— Potem sprawdź drugą krawędź.
— Niech pracują kamery — powiedział Louis. — W dalszym ciągu szukamy dysz korygujących… chociaż zaczynam sądzić, że wymyślili coś innego.
Najlepiej Ukryty wyłączył mikrofon. Louis odwrócił się do okna. Przez cały czas przyciągało to jego uwagę: jasna, prostsza od rzeki nić, która biegła wzdłuż skraju bagna. Wskazał na dwie poruszające się po niej, ledwo widoczne kropki.
— Sądzę, że powinniśmy się temu przyjrzeć. Może zejdziemy niżej?
To była droga. Z wysokości stu stóp jej nawierzchnia wyglądała na wyboistą: białe kamienie rzucone w potok.
— Maszynowi Ludzie, jak przypuszczam. Będziemy śledzić te pojazdy? — zapytał Louis.
— Zaczekajmy, aż znajdziemy się bliżej latającego miasta. Rezygnowanie z okazji wydawało się głupie, ale człowiek bał się sprzeciwić. Napięcie kzina było wyraźnie wyczuwalne.
Droga omijała niskie, podmokłe obszary. Wyglądała na dobrze utrzymaną. Chmee leciał wolno wzdłuż niej na wysokości stu stóp. Raz minęli grupę budynków, z których największy wyglądał na zakład chemiczny. Kilka razy widzieli przesuwające się pod nimi pudłowate pojazdy. Zauważono ich tytko raz. Pojazd zatrzymał się nagle, wysypały się z niego ludzkie postacie, zaczęły biegać w kółko, a potem wyciągnęły kije, które wycelowały w lądownik. Chwilę później zniknęły z widoku.