Выбрать главу

W podmokłej dżungli ujrzeli wielkie, jasne kształty. To nie mogły być przyniesione przez lodowiec głazy; nie tutaj. Louis zastanawiał się, czy to nie są ogromne grzyby. Przestał się zastanawiać, kiedy zobaczył, jak jeden z nich się rusza. Próbował pokazać go Chmee. Kzin zignorował ruchomy kształt.

Droga dotarła do pasma skalistych gór i skręciła w kierunku przeciwnym do ruchu obrotowego. Biegła przez przełęcz, zamiast przebijać się przez skały, potem zakręcała w prawo i dalej znowu prowadziła wzdłuż skraju bagna.

Ale Chmee skręcił w lewo i przyspieszył. Lądownik leciał z szybkością błyskawicy wzdłuż lewej strony pasma, zostawiając za sobą pióropusz ognia. Nagle kzin obrócił pojazd, zahamował i posadził go u stóp granitowego urwiska.

— Wysiądźmy — powiedział.

Scrith, z którego zrobiona była góra, zakłócał łączność z Naj­lepiej Ukrytym, ale czuli się bezpieczniejsi na zewnątrz lądownika. Louis ruszył za kzinem.

Dzień był jasny i słoneczny… zbyt jasny, gdyż ta część Pierścienia akurat zbliżała się najbardziej do słońca. Wiał silny, ciepły wiatr.

— Louis, miałeś zamiar powiedzieć Najlepiej Ukrytemu o bu­downiczych Pierścienia? — zapytał kzin.

— Możliwe. A dlaczego nie?

— Przypuszczam, że doszliśmy do takiego samego wniosku.

— Wątpię. Co kzin mógłby wiedzieć o Pakach protektorach?

— Wiem o wszystkim, co znajduje się w archiwach Smithsonian Institute, nawet o najmniejszym drobiazgu. Studiowałem zeznania górnika z pasa asteroidów, Jacka Brennana, oraz hologramy zmumifikowanych szczątków Phssthpoka i gondoli towarowej jego statku.

— Chmee, jak dotarłeś do tych materiałów?

— Czy to ważne? Byłem dyplomatą. Istnienie Paków stanowiło tajemnicę Patriarchy przez całe pokolenia, ale każdy kzin, który miał do czynienia z ludźmi, musiał przestudiować te archiwa. Poznajemy naszych wrogów. Być może wiem więcej o twoich przodkach, niż ty. I przypuszczam, że Pierścień zbudowali Pakowie.

* * *

Sześćset lat przed narodzinami Louisa Pak protektor przybył do Układu Słonecznego z misją ratunkową. Właśnie dzięki Phssthpokowi, za pośrednictwem Jacka Brennana, naukowcy poznali resztę tej historii.

Pakowie zamieszkiwali planetę leżącą w jądrze Galaktyki. Ich życie dzieliło się na trzy etapy: dziecko, reproduktor, protektor. Dorośli, albo inaczej reproduktorzy, byli zaledwie na tyle in­teligentni, by wywijać maczugą lub rzucać kamieniem.

W średnim wieku — jeśli żyli wystarczająco długo — re­produktorzy odczuwali przymus objadania się rośliną zwaną drzewem życia. Symbiotyczny wirus żyjący w tej roślinie dawał początek przemianie. Reproduktorzy tracili gonady i zęby. Powiększała się czaszka i mózg. Wargi i dziąsła zrastały się w twardy, tępy dziób. Skóra pokrywała się zmarszczkami i twardniała. Stawy grubiały, a dzięki dłuższemu ramieniu dźwigni, zwiększała się siła mięśni. W pachwinie rozwijało się dwukomorowe serce.

Phssthpok przyleciał w ślad za statkiem kolonii Paków, który dotarł na Ziemię ponad dwa miliony lat wcześniej.

Planeta Paków znajdowała się w stanie nieprzerwanej wojny. Kolejne wyprawy kolonizacyjne na pobliskie światy w jądrze Galaktyki zawsze zalewały następne fale statków. Może właśnie dlatego ten statek dotarł tak daleko.

Kolonia była duża i dobrze wyposażona, kierowana przez istoty twardsze i sprytniejsze od ludzi. Mimo to poniosła klęskę. Drzewo życia rosło w ziemskiej glebie, ale wirus nie. Protektorzy wymarli, pozostawiając zagubioną populację reproduktorów zdanych na własne siły… oraz wezwanie o pomoc, które pokonało odległość trzydziestu tysięcy lat świetlnych do macierzystej planety Paków.

Phssthpok znalazł to wezwanie w starożytnej bibliotece Paków. I przemierzył samotnie trzydzieści tysięcy lat świetlnych w wol­niejszym od światła statku, w poszukiwaniu Układu Słonecznego. Zasoby, dzięki którym powstał statek — wiedzę, myśl techniczną i materiały — Phssthpok zdobył i zachował dzięki wojnom. Jego gondola towarowa była wyładowana korzeniami i nasionami drzewa życia oraz workami tlenku talu. Prowadząc własne badania odkrył bowiem, że glebie potrzebny jest ten niezwykły składnik.

Być może przyszło mu do głowy, że pośród reproduktorów będą następowały mutacje.

Wśród Paków mutanci nie mieli szans. Dzieci, które dla swoich przodków-protektorów niewłaściwie pachniały, zabijano. Może Phssthpok liczył na mniejsze tempo mutacji na Ziemi, tak daleko od bezlitosnego promieniowania kosmicznego w gęstym od słońc jądrze. Może po prostu zaryzykował.

Reproduktorzy podlegali mutacjom. W czasach Phssthpoka wykazywali już niewielkie podobieństwo do dawnych Paków reproduktorów — z wyjątkiem pewnych zmian w średnim wieku, kiedy to żeńskie organizmy przestawały produkować komórki jajowe, a u obu płci tworzyły się zmarszczki, wypadały zęby, puchły stawy, pojawiał się niepokój i niezadowolenie, które były wszystkim, co pozostało z apetytu na drzewo życia. W późniejszym wieku występowały ataki serca, wynikające z braku drugiego organu.

Phssthpok nie dowiedział się tego wszystkiego. Wybawca zmarł prawie bezboleśnie, mając jedynie niejasne podejrzenie, że ci, których zamierzał uratować, stali się monstrami i wcale go nie potrzebowali.

Taką historię opowiedział Jack Brennan przedstawicielom ONZ, zanim zniknął. Phssthpok nie żył już wtedy, a świadectwo Jacka Brennana było wątpliwe. Zjadł drzewo życia. Zmienił się w po­twora; jego czaszka rozrosła się i zniekształciła. Możliwe też, że oszalał.

* * *

Wyglądało tak, jakby po całym tym skalistym terenie roz­rzucono zielony makaron. Paski zieleni, skręcające się pod dotykiem, pokrywały powierzchnię w miejscach, gdzie między głazami gromadziła się warstewka gleby. Wokół kostek badaczy brzęczały chmary owadów, latających kilka cali nad ziemią.

— Pakowie protektorzy — powiedział Louis. — Właśnie tak myślałem, ale trudno mi było w to uwierzyć.

— Kształt skafandrów próżniowych i zbroi Trawożernych Gigantów wskazuje na istoty ludzkie, ale z powiększonymi stawami i wysuniętą do przodu twarzą. Jest jeszcze więcej dowodów. Spotkaliśmy tylu różnych hominidów. Muszą po­chodzić od wspólnego przodka, twojego własnego antenata, Paka reproduktora.

— Z pewnością. To również wyjaśnia, jak umarła Prill.

— Czyżby?

— Utrwalacz dostosowany jest do metabolizmu Homo sapiens. Halrloprillalar nie mogła go używać. Miała swój własny eliksir młodości, odpowiedni dla wielu gatunków. Przyszło mi do głowy, że rasa Prill mogła go robić z drzewa życia.

— Dlaczego?

— Cóż, protektorzy żyli tysiące lat. Jakiś składnik drzewa życia, albo jego subkrytyczna dawka, mogła działać w ten sposób na hominidów. Najlepiej Ukryty mówi, że zapas Prill ukradziono.

Chmee kiwał głową.

— Pamiętam — rzekł. — Jedna z waszych załóg górniczych na asteroidach wsiadła na opuszczony statek Paków. Najstarszy członek załogi powąchał drzewo życia i zwariował. Zjadł więcej, niż mógł pomieścić jego żołądek, i umarł. Koledzy nie zdołali go powstrzymać.

— Tak. Czy przesadą będzie przypuszczenie, że to samo przytrafiło się jednemu z laborantów ONZ? Prill wchodzi do budynku Organizacji, niosąc buteleczkę z eliksirem młodości zabraną z Pierścienia. ONZ chce dostać próbkę. Jakiś dzieciak, zbyt młody na pierwszą dawkę utrwalacza — czterdzieści, czter­dzieści pięć lat — otwiera buteleczkę. Wyjmuje przygotowany kroplomierz. I wtedy dolatuje go zapach. Wypija całą zawartość.