Выбрать главу

Nie widzieli więcej pudłowatych pojazdów.

Louis dostrzegł migotanie wśród drzew, w głębi bagien. Prze­suwało się tak wolno, jak opar na wodzie albo jak dokujący liniowiec. Następnie daleko w przodzie, spomiędzy drzew wyłonił się biały kształt i ruszył w kierunku drogi.

Z dużego białego cielska wyrastało na wiotkiej szyi skupisko zmysłów zwierzęcia. Jego szczęka znajdowała się na poziomie gruntu; opadała jak łopata koparki, zgarniając bagienną wodę i roślinność, kiedy zwierzę posuwało się pod górę za pomocą mięśni brzucha. Było większe niż największy dinozaur.

— Bandersnatch — powiedział Louis. — Co tutaj robią? Ojczyzną bandersnatchy jest Jinx. Zwolnij, Chmee, chce z nami porozmawiać.

— I co z tego?

— Ich pamięć sięga daleko wstecz.

— Co mogą pamiętać? Mieszkańcy bagien, gnojojady, bez rąk zdolnych wytwarzać broń. Nie.

— Dlaczego nie? Mogłyby, po pierwsze, powiedzieć nam, co bandersnatche robią na Pierścieniu.

— To żadna tajemnica. Protektorzy uzupełnili swoje mapy na Oceanie Wielkim próbkami gatunków, które uważali za potenc­jalnie niebezpieczne.

Chmee toczył gierki o dominację i Louisowi nie podobało się to.

— Co z tobą? Mogliśmy przynajmniej zapytać. Bandersnatch zniknął. Chmee warknął:

— Unikasz konfrontacji jak lalecznik Piersona. Wypytywanie gnojojadów i dzikusów! Zabijanie słoneczników! Najlepiej Ukryty przywiózł nas na tę przeklętą konstrukcję wbrew naszej woli, a ty opóźniasz zemstę, żeby zabijać słoneczniki. Czy za rok będzie miało dla mieszkańców Pierścienia znaczenie, że Louis bóg zatrzymał się po drodze, żeby wyrwać chwasty?

— Uratowałbym ich, gdybym potrafił.

— Nic nie możemy zrobić. Szukamy budowniczych tej drogi. Zbyt prymitywnych, by nas zastraszyć, wystarczająco zaawan­sowanych w rozwoju, by odpowiedzieć na nasze pytania. Znaj­dziemy samotny pojazd i spadniemy na niego.

* * *

Po południu Louis przejął stery.

Bagno zmieniło się w rzekę, która zakręcała w kierunku zgodnym z ruchem obrotowym, daleko od pierwotnego koryta. Nie wykończona droga ciągnęła się wzdłuż nowej rzeki. Pierwotne koryto biegło łagodnymi zakrętami bardziej w lewo, przecięte od czasu do czasu odcinkami progów lub wodospadów. Było suche jak pieprz i kończyło się w wyschniętej na pieprz pustyni. Bagno musiało być kiedyś morzeni, które zamuliło się.

Louis zawahał się, a potem poleciał wzdłuż starego koryta.

— Myślę, że właściwie oceniliśmy czas — powiedział do Chmee. — Rasa Prill wyewoluowała długo po zniknięciu budow­niczych. Ze wszystkich tutejszych obdarzonych rozumem ras ta była najambitniejsza. Zbudowała duże, imponujące miasta. Później dziwna plaga zniszczyła większość ich maszyn. Teraz mamy Maszynowych Ludzi, którzy mogą należeć do tego samego gatunku. Zbudowali drogę. Bagno już wtedy istniało. Sądzę, że powstało po upadku imperium rasy Prill.

— Więc szukamy teraz starego miasta rasy Prill. Może by się nam poszczęściło i znaleźlibyśmy starą bibliotekę albo pokój z mapami.

Podczas pierwszej wyprawy znaleźli resztki miast. Dzisiaj lecieli przez parę godzin, nie widząc niczego, oprócz — dwukrotnie — skupisk namiotów i raz burzy piaskowej wielkości kontynentu.

Latające miasto znajdowało się przed nimi, nadal ukrywając szczegóły. Na obrzeżach wznosiło się kilkadziesiąt wież; bliżej środka wisiały w powietrzu odwrócone wieże.

Wyschnięta rzeka kończyła się w wyschniętym morzu. Louis leciał wzdłuż brzegu na wysokości dwudziestu mil. Dno morza było dziwne. Zupełnie płaskie, z wyjątkiem sztucznie usypanych wysp z rowkowanymi brzegami.

— Louis! Włącz autopilota! — zawołał Chmee.

— Co znalazłeś?

— Pogłębiarkę.

Louis dołączył do Chmee przy teleskopie.

Wziął ją za część jednej z większych wysp. Była ogromna i płaska, w kształcie dysku, koloru szlamu z dna morskiego. Jej wierzchołek kryłby się pod powierzchnią morza. Obręcz bez szwów ustawiona była pod kątem, jak ostrze strugarki do drewna. Maszyna utknęła naprzeciwko wyspy, którą usypała z piasku morskiego.

To w ten sposób budowniczowie Pierścienia wymuszali przepływ szlamu przez rury przelewowe. Dna mórz były zbyt płaskie, żeby płynął sam.

— Rura się zapchała — spekulował Louis. — Pogłębiarka pracowała, dopóki się nie zepsuła albo coś nie odcięło zasilania… na przykład bakterie zjadające nadprzewodniki. Mam wezwać Najlepiej Ukrytego?

— Tak. Niech czuje się dopieszczony. Ale dwugłowy miał lepszą nowinę.

— Obserwujcie — powiedział. Na jednym z ekranów ukazał się szereg następujących szybko po sobie hologramów. Wystający ze ściany wspornik razem z parą zamontowanych na jego końcu torusów. Następny wspornik, widziany z większej odległości; na tym zdjęciu u stóp krawędzi widniała rozlana góra. Była o połowę mniejsza od wspornika. Pojawił się trzeci wspornik. I czwarty, z przyległościami. Piąty…

— Zatrzymaj to! — krzyknął Louis. — Cofnij!

Piąty wspornik przez chwilę pozostał na ekranie. Na jego końcu nie było nic. Najlepiej Ukryty cofnął do czwartego hologramu. To, co na nim widniało, było zamazane z powodu prędkości sondy. Ciężki sprzęt dźwigowy przytwierdzony do krawędzi obok wspornika: toporny generator termojądrowy, mechaniczna wciągarka, bęben i bujający się pod nim i nie przymocowany hak. Kabel zwisający z bębna musi być niezwykle cienki — pomyślał Louis. Czyżby nić łącząca czarne prostokąty?

— Ekipa remontowa już pracuje? Wrrr. Montują dysze kory­gujące czy rozmontowują je? Ile jest zamontowanych?

— Sonda nam pokaże — powiedział Najlepiej Ukryty. — Zwracam waszą uwagę na inny problem. Przypomnijcie sobie torusy, które otaczają kadłub nie tkniętego statku w porcie kosmicznym. Przypuszczamy, że wytwarzają pole elektromag­netyczne dla silników strumieniowych Bussarda. Chmee wpatrywał się w ekran.

— Tutejsze statki są wszystkie takie same. Zastanawiałem się, dlaczego. Może masz rację.

— Nie rozumiem. Co… — zaczął Louis.

Dwa jednookie węże spojrzały na niego z ekranu.

— Gatunek Halrloprillalar zbudował część systemu transpor­towego, który otwierał przed nim bezkresny obszar do kolonizacji i eksploracji. Czemu go nie skończyli? Dzięki temu systemowi cały Pierścień należał do nich. Po co mieliby czynić wysiłki, by dotrzeć do gwiazd?

Nie wyglądało to dobrze. Louis nie chciał w to uwierzyć, ale wszystko się zgadzało.

— Mieli silniki za darmo. Wymontowali kilka dysz korygują­cych położenie Pierścienia, zbudowali statki i dotarli do gwiazd. I nic złego się nie stało. Wymontowali więc jeszcze kilka następ­nych. Ciekawe, ile.

— Sonda pokaże nam to niedługo — powiedział lalecznik. — Zdaje się, że zostawili parę silników. Dlaczego nie przesunęli Pierścienia na właściwe miejsce, zanim wzrosła niestabilność? Pytanie Chmee jest dobre. Czy rasa Halrloprillalar montuje silniki z powrotem, czy kradnie je, by zbudować statki i uciec?

Śmiech Louisa był gorzki.

— Jak to jest? Zostawili kilka dysz na swoim miejscu. Potem pojawiła się plaga, która zniszczyła większość maszyn. Niektórzy wpadli w panikę. Wzięli wszystkie statki, jakie mieli, zbudowali w pośpiechu jeszcze parę, wymontowując w tym celu większość dysz korygujących. Nadal to robią. Zostawiają Pierścień swojemu losowi.

— Głupcy. Zrobili to samym sobie — powiedział Chmee.

— Czyżby? Jestem ciekaw.

— To tylko możliwość, którą uważam za złowieszczą — stwierdził lalecznik. — Czyż nie zabraliby ze sobą wszystkiego, co się dało? Zabraliby oczywiście urządzenie do przetwarzania pierwiastków.