Dziwne, ale Louis nie miał najmniejszej ochoty roześmiać się. Co mógł jednak odpowiedzieć? Kzin znalazł odpowiedź:
— Zabraliby wszystko, do czego mogli dotrzeć. Wszystko, co znajduje się w pobliżu portu kosmicznego. Wszystko w pobliżu krawędzi, gdzie istnieje system transportowy. Musimy szukać na tym obszarze i musimy znaleźć Centrum Remontowe. Jeśli są tam współplemieńcy Prill, będą próbowali uratować Pierścień, a nie opuścić go.
— Może.
— Pomogłoby nam, gdybyśmy wiedzieli, kiedy zaczęła się epidemia niszcząca nadprzewodniki — powiedział Louis.
Jeśli myślał, że Najlepiej Ukryty żachnie się, to był w błędzie.
— Prawdopodobnie dowiecie się tego przede mną — powiedział lalecznik.
— Sądzę, że ty już wiesz.
— Wezwijcie mnie, jeśli dowiecie się czegoś. — Wężowe głowy zniknęły.
Chmee popatrzył na niego dziwnie, ale nic nie powiedział. Louis odwrócił się do tablicy przyrządów.
Terminator był ogromnym cieniem, nasuwającym się z kierunku zgodnego z ruchem obrotowym, kiedy Chmee dostrzegł zabudowany obszar. Lecieli wzdłuż wypełnionego piaskiem koryta rzeki, na lewo od wyschniętego morza. W tym miejscu rzeka rozwidlała się, a w rozwidleniu usadowiło się miasto.
Rasa Prill stawiała wysokie budowle, nawet bez wyraźnej potrzeby. Miasto nie było rozległe, ale wysokie, zanim latające domy nie roztrzaskały się, spadając na niższe budowle. Jedna smukła wieża, chociaż pochylona, stała nadal. Wbiła się jak włócznia w niższe poziomy. Droga biegła z lewej strony, wzdłuż brzegu jednej z odnóg wyschniętej rzeki i dalej pod mostem, tak masywnym, że musiał być dziełem Maszynowych Ludzi. Rasa Halrloprillalar użyłaby mocniejszych materiałów albo zbudowałaby latający most.
— Miasto zostanie splądrowane — powiedział Chmee.
— Chyba tak, jeśli ktoś zbudował drogę po to, żeby je złupić. Ale dlaczego nie wylądujemy?
— Małpia ciekawość?
— Może. Nieżas, zrób tylko kółko, żebyśmy mogli się lepiej przyjrzeć.
Chmee zanurkował tak raptownie, że znaleźli się w stanie nieważkości. Futro kzina już prawie odrosło — lśniący, piękny, pomarańczowy płaszcz i świadectwo odzyskanej młodości. Młodzieńczy wiek nie wpłynął korzystnie na jego usposobienie. Cztery wojny między kzinami a ludźmi oraz parę „incydentów"… Louis zamknął usta.
Lądownik zakołysał się. Louis odczekał, aż ustąpi przeciążenie, i zaczął dostrajać obraz z zewnętrznych kamer. Zobaczył to niemal natychmiast.
Podobny do pudła pojazd stał zaparkowany obok przechylonej wieży. Mógł pomieścić dwunastu pasażerów. Obudowa silnika umieszczonego z tyłu nadawałaby się do przewiezienia statku kosmicznego… ale przecież to była prymitywna rasa. Nie potrafił odgadnąć, czego używali do napędzania pojazdu. Wskazał na pudło i powiedział:
— Znajdujemy samotny wehikuł i spadamy, zgadza się?
— Zgadza się. — Chmee szukał miejsca do lądowania. Louis w tym czasie zbadał sytuację.
Wieża spadła na przysadzistą budowlę; przebiła dach, trzy piętra i prawdopodobnie piwnicę. W pozycji pionowej utrzymywał ją szkielet mniejszego budynku. Z dwóch okien wieży wydobywały się nieregularnie białe kłęby pary albo dymu. Białe ludzkie postacie tańczyły przed wielkim frontowym wejściem do niższego budynku — tańczyły albo urządzały zawody sprinterskie — a dwie z nich odpoczywały leżąc twarzami do ziemi, w dość niewygodnej pozycji…
Louis zarejestrował to wszystko, zanim wyrosła przed nim jedyna ocalała ściana zburzonego budynku, zasłaniając widok. Białe postacie próbowały dotrzeć do drzwi przez zasłaną gruzem ulicę. Ktoś strzelał do nich z wieży.
Lądownik znieruchomiał. Chmee wstał i rozprostował się.
— Zdaje się, że masz szczęście, Louis. Możemy spokojnie przyjąć, że ci z bronią to Maszynowi Ludzie. Nasza strategia będzie polegała na przyjściu im z pomocą.
Brzmiało to sensownie.
— Wiesz cokolwiek na temat broni palnej?
— Ręczna broń z chemicznym materiałem miotającym nie przebije stroju przeciwuderzeniowego. Możemy dostać się do wieży przy pomocy pasów nośnych. Weźmiemy pistolety obezwładniające. Nie chcemy przecież zabić naszych przyszłych sprzymierzeńców.
Wyszli w noc. Chmury zasnuwały niebo. Ale nawet teraz światło Łuku przeświecało słabym, szerokim pasem, a latające miasto stanowiło gęste skupisko gwiazd po lewej stronie. Trudno było zabłądzić.
Louis Wu czuł się nieswojo. Strój przeciwuderzeniowy był zbyt sztywny; kaptur zakrywał większą część twarzy. Wyściełane pasy uprzęży nośnej tamowały mu oddech, a stopy dyndały w powietrzu. Ale już nigdy nie miał czuć się jak podczas godzin transu, i w tym rzecz. Za to był względnie bezpieczny.
Wisiał w powietrzu i używając gogli obserwował sytuację.
Atakujący nie wydawali się zbyt groźni. Zupełnie nadzy i bez broni, mieli srebrne włosy i bardzo białą skórę. Byli smukli i ładni; nawet mężczyźni byli raczej ładni niż przystojni i nie nosili bród.
Trzymali się cienia i osłony w postaci fragmentów zawalonych budynków, z wyjątkiem chwil, kiedy jeden lub dwóch rzucało się biegiem, zygzakując, do wielkich drzwi wejściowych. Louis naliczył ich dwudziestu, w tym jedenaście kobiet. Pięć ciał leżało na ulicy. Inni mogli już znajdować się w budynku.
Obrońcy przestali akurat strzelać. Może skończyła się im amunicja. Korzystali z dwóch okien w nachylonej w dół części wieży, na wysokości szóstego piętra. Wszystkie okna wieży były wybite.
Zbliżył się do wiszącej w powietrzu postaci.
— Wejdziemy od drugiej strony — powiedział. — Nastawimy latarki na małą moc i szeroką wiązkę. Ja polecę pierwszy, ponieważ jestem człowiekiem. Zgoda?
— Zgoda — odparł Chmee.
Uprząż działała na zasadzie odpychania od scrithu, podobnie jak lądownik. Z tyłu znajdowały się małe rakietowe silniki sterujące. Louis zatoczył koło, sprawdził czy Chmee jest za nim, i wleciał przez jedno z okien, które, miał nadzieję, znajdowało się na właściwym poziomie.
Znalazł się w dużym i pustym pokoju. Od zapachu zakręciło mu się w nosie. Stały tam zbutwiałe tapicerskie meble i strzaskany długi, szklany stół. Leżąca na samym dole pochyłej podłogi bezkształtna rzecz okazała się plecakiem. A więc byli tutaj. I ten zapach…
— Kordyt — powiedział Chmee. — Chemiczny materiał miotający. Jeśli strzelą do nas, zasłoń oczy. — Ruszył do przodu, rozpłaszczył się na ścianie i gwałtownie pchnął drzwi. Toaleta, pusta.
Większe drzwi wisiały otwarte z powodu nachylenia podłogi. Louis zbliżył się do nich z pistoletem w jednej ręce i laserową latarką w drugiej. Czuł rosnące podniecenie, które zagłuszyło strach.
Za ozdobnie rzeźbionymi, drewnianymi podwojami biegły w dół szerokie, kręcone schody. Louis poświecił wzdłuż balustrady do miejsca, gdzie zwaliły się razem spirale schodów i dolne piętra domu. Światło wyłowiło dwuręczną broń z grubą kolbą oraz pudełko z rozsypanymi wokół małymi, srebrnymi cylindrami; niżej kolejną broń; płaszcz; na niższym podeście ubrania; ludzki kształt skręcony u stóp strzaskanych schodów — nagi mężczyzna, ciemniejszy i bardziej muskularny od atakujących.
Podniecenie Louisa przekraczało granice wytrzymałości. Czy tego właśnie potrzebował przez cały czas? Nie drouda i prądu, ale narażania własnego życia, by udowodnić jego wartość! Wyregulował uprząż nośną i skoczył przez balustradę.