Выбрать главу

Spadał wolno. Na schodach nie było żadnych ludzi, tylko porzucone rzeczy: anonimowe ubrania, broń, buty, plecak, Opadał dalej… i nagle zorientował się, że znalazł właściwy poziom. Szybko ustawił pasy i z hukiem przeleciał przez drzwi w pogoni za zapachem zupełnie innym od tego, który Chmee nazwał kordytem.

Znalazł się na zewnątrz wieży. Ledwo uniknął roztrzaskania o ścianę; nadal przebywał w niższym, zburzonym budynku. Gdzieś upuścił latarkę. Wyregulował wzmocnienie w goglach i skierował się w prawo, w stronę światła.

W wielkich drzwiach wejściowych leżała martwa kobieta, jedna z atakujących. Krew zebrała się pod raną w piersiach. Louis poczuł ogromny smutek… i nieodparty impuls, który pchnął go dalej. Przeleciał nad nią, a potem przez drzwi na zewnątrz.

Wzmocnione światło Łuku było jasne pomimo pokrywy chmur. Zobaczył atakujących oraz obrońców. Blade, smukłe postacie złączone w pary z niższymi i ciemniejszymi, które nadal miały na sobie resztki ubrania, buty albo nakrycia głowy lub rozdarte koszule. Pogrążeni w szale namiętności, nie zwrócili uwagi na lecącego człowieka.

Jedna postać była bez pary. Kiedy Louis zatrzymał się, wyciągnęła rękę w górę i chwyciła go za kostkę, bez nalegania i bez strachu Miała srebrne włosy i bardzo jasną skórę, a jej delikatnie rzeźbiona twarz była nieopisanie piękna.

Louis wyłączył uprząż i opadł obok niej. Wziął ją w ramiona Jej ręce przesunęły się badawczo po jego dziwnym ubraniu Odrzucił pistolet, ściągnął kamizelkę, uprząż — jego palce były niezdarne — strój ochronny, ubranie. Wziął ją bez wstępów Kierował nim pośpiech, a nie wzgląd na kobietę. Ale ona była równie ochocza.

Nie widział niczego oprócz siebie i jej. Oczywiście nie zauważył pojawienia się Chmee. Odczuł je dopiero, kiedy kzin zdzielił jego nową miłość laserem po głowie. Pokryty futrem stwór zatopił pazury w srebrnych włosach i odciągnął głowę kobiety w tył uwalniając gardło kompana z jej zębów.

ROZDZIAŁ XV

Maszynowi Ludzie

Wiatr sypnął kurzem w nozdrza Louisa Wu; cisnął mu włosy na twarz. Człowiek odgarnął je i otworzył oczy. Światło było oślepiająco jasne. Gmerające ręce napotkały plaster, a potem gogle zasłaniające czoło i policzki. Zdjął je.

Odtoczył się od kobiety i usiadł.

Jeszcze było ciemno. Lecz prawie świtało: terminator dzielił świat na jasność i mrok. Louisa bolał każdy mięsień. Czuł się jak obity. I o dziwo, czuł się wspaniale. Przez wiele ostatnich lat uprawiał seks bardzo rzadko, gdyż uzależnieni zazwyczaj nie interesują się takimi rzeczami. Ostatniej nocy zaangażował się całą duszą.

Kobieta? Była prawie jego wzrostu i raczej krępa. Ani płaska, ani piersiasta. Miała czarne włosy związane w długi warkocz, a na szczęce wprawiający w zażenowanie pasek brody. Spała z wyczerpania i zasłużyła na to. Oboje zasłużyli. Teraz zaczął sobie przypominać. Jego wspomnienia nie miały jednak sensu.

Kochał się… nie, był bez pamięci zakochany w bladej, smukłej kobiecie z czerwonymi ustami. Widok krwi na jej wargach i piekący ból w szyi wywołały w nim jedynie uczucie potwornej straty. Wył, kiedy Chmee wykręcił jej głowę, aż pękły kręgi. Walczył, kiedy stwór odrywał go od martwej kobiety, a potem brał pod pachę; szalał i miotał się, kiedy kzin wyławiał z jego kamizelki zestaw pierwszej pomocy, przyklejał mu plaster na szyi i chował torbę z powrotem.

Potem Chmee zabił ich, wszystkie te piękne srebrnowłose kobiety i mężczyzn, przeszywając im celnie głowy lśniącą rubinową igłą lasera-latarki. Louis pamiętał, że próbował go powstrzymać i, odrzucony, przekoziołkował po strzaskanym chodniku. Chwiejnie podniósł się, zobaczył, że ktoś idzie, i ruszył w jej stronę. Jej — czarnowłosej kobiety, jedynej ocalałej spośród obrońców. Padli sobie w ramiona.

Dlaczego to zrobił? Chmee próbował przyciągnąć jego uwagę… czyż nie? Louis przypomniał sobie okrzyki, jakie wydają walczące tygrysy.

— Feromony — powiedział. — A wyglądali tak bezbronnie! — Stał i rozglądał się z przerażeniem. Wszędzie wokół niego leżały martwe ciała: czarnowłose z ranami w szyjach, blade — z krwią na ustach i czarnymi, wypalonymi znakami w srebrnych włosach.

Karabiny nie wystarczyły. Wampiry miały coś gorszego od taspu. Wydzielały pobudzającą chmurę feromonów, ludzkich zapachowych sygnałów gotowości seksualnej. Któryś z wam­pirów — może była to para — musiał dostać się do wieży. I obrońcy wyszli, biegnąc, rzucając broń i ubrania w pośpiechu, a jeden z nich spadł przez poręcz, zabijając się na miejscu.

Ale dlaczego po śmierci wampirów on i czarnowłosa kobieta…?

Wiatr potargał włosy Louisa. Tak. Wampiry nie żyły, ale on i ciemnowłosa nadal znajdowali się w chmurze feromonów. Połączyli się w szale…

— Gdyby nie zerwał się wiatr, nadal byśmy To Robili. Tak. Ale gdzie, nieżas, podziałem… wszystko?

Znalazł strój ochronny i uprząż. Ubranie było porwane na strzępy. A co z kamizelką? Zobaczył, że kobieta otworzyła oczy. Usiadła nagle, z przerażeniem w oczach, które Louis potrafił doskonale zrozumieć. Powiedział do niej:

— Muszę znaleźć kamizelkę z komunikatorem. Mam nadzieję, że Chmee nie wystraszy cię, zanim…

Chmee. Jak on to widział?

„Wielka dłoń kzina chwyciła Louisa za głowę i wykręciła ją do tyłu. Mężczyzna przywarł do kobiety całym ciałem i umysłem i pchał, pchał; ale przed oczami miał tę pomarańczową zwierzęcą twarz, a w uszach wywrzaskiwane obelgi. To go rozpraszało…”

Nigdzie nie było widać stwora. Louis odnalazł kamizelkę w sporej odległości, w zaciśniętej dłoni martwej wampirzycy. Nie mógł znaleźć pistoletu obezwładniającego. Był już teraz naprawdę zaniepokojony. Pamięć podsuwała mu coś bardzo nieprzyjemnego. Zaczął biec, aż dotarł do miejsca, gdzie zostawili lądownik.

Wielki głaz, zbyt ciężki nawet dla trzech mężczyzn, przygniatał stertę nadprzewodzącej tkaniny. Pożegnalny prezent od kzina. Lądownik zniknął.

* * *

Będę musiał wcześniej czy później przez to przejść — pomyślał Louis. Dlaczego nie teraz? Pewien przyjaciel nauczył go tej sztuczki, tej odrobiny magii, pomagającej otrząsnąć się z szoku lub smutku. Czasami pomagało.

Siedział na czymś, co kiedyś było balustradą ganku, chociaż ganek spoczywał teraz samotnie na pokrytym piaskiem chodniku. Nałożył strój ochronny i kamizelkę z mnóstwem kieszeni. Oddzielił się ubraniem od ogromnego i pustego świata. Nie ze skromności, lecz ze strachu.

To wyczerpało wszystkie jego ambicje. Siedział bezradny. Rozmyślał o działającym droudzie, odległym jak Ziemia od Księżyca, i o dwugłowym sojuszniku, który nie zaryzykuje lądowania, żeby uratować Louisa Wu. O budowniczych Pierścienia i ich wyidealizowanej ekologii, która nie uznawała czegoś takiego, jak moskity czy nietoperze-wampiry; i wargi wykrzywiły mu się w zaczątek uśmiechu, a potem twarz przybrała martwy wyraz, który trudno nazwać wyrazem.

Wiedział, dokąd poleciał Chmee. Uśmiechnął się znowu, kiedy pomyślał, że na niewiele mu się to zda. Czy Chmee powiedział mu o tym? Nieważne. Chęć przeżycia, pożądanie seksualne albo pragnienie zemsty na Najlepiej Ukrytym pchnęłyby kzina w tym samym kierunku. Ale czy którykolwiek z tych motywów skłoniłby go do powrotu, w celu uratowania Louisa Wu?

I pomyślał, jak mało znaczy jedna śmierć wobec bilionów mieszkańców Pierścienia skazanych na bliski kontakt ze swoim słońcem.

Cóż, Chmee może wrócić. Louis powinien ruszyć tyłek i zrobić coś, żeby dostać się do latającego miasta. Wybierali się tam przecież; Chmee będzie się spodziewał spotkać go w owym mieście, jeśli jakiś kaprys pchnie go do powrotu po sojusznika, którego tak bardzo zawiódł. A może Louis naprawdę dowie się czegoś cennego. Albo… będzie musiał przeżyć gdzieś rok czy dwa, jakie mu pozostały. „Będę musiał kiedyś stawić temu czoło. Dlaczego nie teraz?”

Ktoś krzyknął.

Czarnowłosa kobieta ubrała się w szorty, koszulę i założyła plecak. Przy boku trzymała karabin, wycelowany w mężczyznę. Wykonała gest drugą ręką i znowu wrzasnęła.

Wakacje skończyły się. Louis uświadomił sobie ostro, że kaptur ma zsunięty na szyję. Gdyby próbowała strzału w głowę… cóż, może właśnie dawała mu czas na naciągnięcie kaptura, a wtedy nie miałoby znaczenia, czy strzeli. Strój przeciwuderzeniowy zatrzy­małby pociski, a Louis rzuciłby się do ucieczki. Jedyna rzecz, której naprawdę potrzebował, to uprząż nośna. Czy rzeczywiście?

— W porządku — powiedział, uśmiechnął się i podniósł ręce. Jedyne, czego naprawdę potrzebował, to sprzymierzeniec. Wolno sięgnął ręką do kamizelki, wyjął komunikator i zapiął na szyi. — To będzie za nas mówiło, jak tylko nauczy się języka.

Wykonała gest karabinem: Idź przede mną.

Louis doszedł do uprzęży, zatrzymał się i podniósł ją, bez żadnych gwałtownych ruchów. Trzasnął piorun. Kamyk leżący sześć cali od jego stopy odskoczył w bok. Mężczyzna rzucił pasy i cofnął się.

Nieżas, ona nic nie mówi! Doszła do wniosku, że obcy nie zna jej języka, i to kończyło sprawę. W jaki sposób komunikator nauczy się czegokolwiek?

Z rękami w górze patrzył, jak kobieta jedną ręką gmera przy uprzęży, trzymając karabin wycelowany mniej więcej w niego. Gdyby dotknęła niewłaściwych przycisków, straciłby uprząż i przy okazji materiał. Ale odłożyła ją, przez chwilę przyglądała się mężczyźnie, potem zrobiła krok w tył i skinęła na niego.

Louis podniósł pasy. Kiedy gestem wskazała na pojazd, potrząsnął głową. Podszedł do miejsca, gdzie Chmee zostawił około akra nadprzewodzącej tkaniny, przygniecionej ciężkim głazem.

Karabin nie przestawał w niego celować, kiedy obwiązywał pasami skałę i włączał je. Objął ramionami głaz — i uprząż z obawy, że się ześlizgnie — i dźwignął. Skała powędrowała w górę. Wykonał pełny obrót i puścił. Wolno opadła na ziemię.

Czyżby w jej oczach pojawił się szacunek? Dla jego techniki czy dla siły? Wyłączył pas, wziął go oraz materiał nadprzewodzący i ruszył przed nią w stronę pojazdu. Otworzyła podwójne drzwi z boku. Położył swój ciężar i rozejrzał się.

Z trzech stron łóżka, mały piecyk pośrodku i otwór w dachu do odprowadzania dymu. Za tylnym siedzeniem sterty bagażu. Z przodu kolejne łóżko…

Cofnął się. Obejrzał się w stronę wieży, zrobił krok do przodu i spojrzał na nią. Zrozumiała. Zadrżała i skinęła na niego.

Ciała zaczynały śmierdzieć. Zastanawiał się, czy kobieta po­chowa je, czy spali. Ale przeszła między nimi, nie zatrzymując się. Zatrzymał się Louis, żeby obmacać głowę srebrnowłosej. Zbyt dużo włosów, zbyt mała czaszka. Wampirzyca była piękna, ale miała mózg mniejszy od ludzkiego. Westchnął i ruszył dalej.

Czarnowłosa poszła za nim przez szkielet niższego budynku do wieży i w dół krętych schodów. Martwy mężczyzna jej rasy leżał połamany w zburzonej piwnicy, a obok niego laser-latarka. Kiedy Louis spojrzał do tyłu na swoją towarzyszkę, zobaczył łzy w jej oczach. Sięgnął po latarkę, a kobieta strzeliła obok niego. Rykoszet z hukiem uderzył go w biodro. Sterroryzowany, rzucił się gwałtownie wewnątrz zesztywniałego nagle stroju ochronnego. Oparł się o zawaloną ścianę, a kobieta podniosła urządzenie. Znalazła przełącznik i światło zaczęło skakać wokół nich szeroką wiązką. Trafiła na regulator; promień zwęził się. Skinęła głową i wrzuciła urządzenie do kieszeni.