Выбрать главу

Uśmiechnęła się.

— Przyjeżdżają z tego i z innych powodów. Trzeba otrzymać zaproszenie. Dlaczego chcesz to wiedzieć?

— Muszę dostać się do miasta. Jak daleko mogę jechać z tobą? Teraz roześmiała się.

— Myślę, że nie dostaniesz zaproszenia. Nie jesteś sławny ani potężny.

— Wymyślę coś.

— Jadę do szkoły w Zakręcie Rzeki. Muszę powiedzieć im, co się stało.

— A co się stało? Co robiliście tutaj na pustyni? Opowiedziała mu. To nie było łatwe. Słownictwo komunikatora miało luki. Wspólnie omijali je i wypełniali.

* * *

Maszynowi Ludzie rządzili potężnym imperium.

Tradycyjnie imperium jest zlepkiem prawie niezależnych kró­lestw. Poszczególne królestwa muszą płacić podatki i wypełniać rozkazy imperatora dotyczące wojen, zwalczania bandytyzmu, utrzymania łączności i czasami oficjalnej religii. W pozostałych sprawach postępują zgodnie ze swoimi zwyczajami.

Było to w dwójnasób prawdziwe w Maszynowym Imperium, gdzie, na przykład, sposób życia mięsożernych pasterzy kon­kurował ze stylem życia trawożerców; korzystne dla handlarzy, którzy kupowali towary ze skór wyprawianych przez mięsożerców, a nieistotne dla wampirów. Na niektórych obszarach wiele gatunków współpracowało ze sobą, a wszystkie pozwalały wam­pirom przechodzić przez swoje terytorium. Poszczególne rasy żyły zgodnie ze swoimi zwyczajami.

Louis Wu używał słowa „wampir". Valavirgillin nazywała ich Nocnymi Ludźmi. Byli śmieciarzami i grabarzami, i dlatego właśnie kobieta nie pogrzebała swoich zmarłych. Wampiry miały swój język. Można było nauczyć je odprawiania obrzędów pogrzebowych lokalnych religii. Stanowiły źródło informacji dla Maszynowych Ludzi. Legenda mówi, że robiły to samo dla Inżynierów w czasach ich rządów.

Według Valavirgillin Maszynowe Imperium miało charakter handlowy i nakładało podatki tylko na własnych kupców. (Im więcej mówiła, tym więcej wyjątków znajdował Louis,) Królestwa utrzymywały szlaki wiążące imperium, o ile ich mieszkańcy byli do tego zdolni; nie potrafili tego, na przykład, żyjący na drzewach Wiszący Ludzie. Drogi wytyczały granice między terytoriami różnych gatunków hominidów. Podboje terytoriów po przeciw­nych stronach traktów były zabronione. W ten sposób drogi zapobiegały (czasami!) wojnom samym swoim istnieniem.

Imperium mogło odkomenderować armię do walki z bandytami i złodziejami. Duże połacie lądu, które zajęło na punkty handlowe, miały tendencję do przekształcania się w kolonie. Ponieważ pojazdy i drogi wiązały imperium, królestwa miały obowiązek destylacji chemicznego paliwa i udostępniania go. Imperium kupowało kopalnie (przez wymuszoną sprzedaż?), wydobywało rudy i dzierżawiło prawo do produkcji maszyn na swoje zamó­wienie.

Istniały szkoły dla kupców. Valavirgillin i jej towarzysze byli studentami i nauczycielami ze szkoły w Zakręcie Rzeki. Wybrali się w podróż terenową do ośrodka handlu graniczącego z dżunglą Wiszących Ludzi — jak wywnioskował Louis, zbieraczy, którzy sprzedawali orzechy i suszone owoce — i Pasterzy, mięsożerców handlujących wyrobami ze skóry i rękodziełami. (Nie, nie byli mali i czerwoni. To inny gatunek.) Zboczyli z drogi, by zajechać do starożytnego pustynnego miasta. Nie spodziewali się wam­pirów. Gdzież te potwory znalazłyby wodę na pustyni? Jak by się tam dostały? Wampiry niemal wymarły, z wyjątkiem…

— Z wyjątkiem czego? Nie dosłyszałem. Valavirgillin zaczerwieniła się.

— Niektórzy starzy ludzie trzymają bezzębne wampiry dla… dla rishathry. Może właśnie tak do tego doszło. Uciekła oswojona para albo ciężarna samica.

— Vala, to obrzydliwe.

— Tak — zgodziła się zimno. — Nigdy nie słyszałam, żeby ktoś przyznał się, że trzyma wampiry. A tam, skąd pochodzisz, nie istnieje nic, co inni uważają za haniebne? Strzał był celny.

— Kiedyś opowiem ci o uzależnieniu od prądu. Nie teraz. Przyjrzała mu się znad metalowej lufy. Oprócz paska czarnej brody wzdłuż szczęki wyglądała jak człowiek… chociaż trochę poszerzony. Jej twarz była prawie dokładnie kwadratowa. No i mało czytelna. Najwyraźniej drogi ewolucji dwu ras, które reprezentowali, różniły się od siebie. Twarz ludzka stała się środkiem porozumienia…

— Co zrobisz dalej? — zapytał.

— Muszę zawiadomić o śmierci… i przekazać pamiątki z pus­tynnego miasta. Dostaje się premię, ale imperium rości sobie prawo do pamiątek po Inżynierach.

— Powtarzam ci, że one są moje.

— Jedź.

* * *

Na pustyni zaczęły pojawiać się skrawki zieleni, a czarny prostokąt nasunął się na słońce, kiedy Valavirgillin kazała mu się zatrzymać. Zrobił to chętnie. Był zmęczony wyboistą drogą i ciągłym utrzymywaniem pojazdu na właściwym kursie.

— Będziesz… kolację — powiedziała Vala. Przyzwyczaili się do luk w tłumaczeniu.

— Nie zrozumiałem tego słowa.

— Podgrzewa się jedzenie, aż można je jeść. Louis, nie umiesz…?

— Gotować. — Było mało prawdopodobne, by miała nie przypalające się garnki i kuchenkę mikrofalową. Albo miarki, rafinowany cukier, masło, znane mu przyprawy… — Nie.

— Ja ugotuję. Rozpal ogień. Co jadasz?

— Mięso, niektóre rośliny, owoce, jajka, ryby. Owoce mogę jeść nie ugotowane.

— Podobnie jak moja rasa, z wyjątkiem ryb. Dobrze. Wysiądź i poczekaj.

Wypuściła go z pojazdu, a potem przeczołgała się w tył. Rozprostował obolałe mięśnie. Słońce świeciło teraz wąziutkim sierpem, na który nadal niebezpiecznie było patrzeć, ale na pustyni już zapadał zmrok. W kierunku przeciwnym do obrotu jaśniał szeroki pas świata. Wokół Louisa rosła brązowawa, niska trawa i kępa wysokich, suchych drzew. Jedno drzewo było białe i wyglądało na martwe.

Vala wypełzła z pojazdu. Cisnęła mu coś ciężkiego pod stopy.

— Narąb drzewa i rozpal ognisko — poleciła.

Podniósł tę rzecz: kawałek drewna z przymocowanym na jednym końcu topornym żelaznym klinem.

— Nie znoszę wychodzić na głupca, ale co to jest? Wymieniła nazwę.

— Ostrym końcem uderzasz w pień, dopóki drzewo nie upadnie. Rozumiesz?

— Siekiera. — Louis przypomniał sobie wojenne topory w muzeum na Kzinie. Spojrzał na siekierę, potem na uschnięte drzewo… i nagle poczuł, że ma dosyć. — Robi się ciemno — powiedział.

— Słabo widzisz w nocy? Masz. — Rzuciła mu laserową latarkę.

— To martwe drzewo będzie dobre?

Odwróciła się, prezentując ładny profil, a razem z nią przesunął się karabin. Louis ustawił laser na wąską wiązkę i dużą moc. Włączył go szybko. Jasna świetlna nić pomknęła obok Valavirgil-lin. Louis przesunął ją błyskawicznie na broń. Karabin buchnął płomieniem i pękł na pół.

Stała tam z otwartymi ustami i dwoma kawałkami żelastwa w rękach.

— Bardzo chętnie przyjmuję propozycje od moich przyjaciół i sojuszników — powiedział. — Nie znoszę przyjmowania roz­kazów. Mam ich dosyć od mojego futrzastego towarzysza. Bądźmy przyjaciółmi.

Rzuciła na ziemię resztki karabinu i podniosła ręce.

— Masz dużo karabinów i kul w tyle pojazdu. Uzbrój się. — Zrobił półobrót. Przesunął wiązkę zygzakiem po suchym drzewie. Kilkanaście kloców upadło płonąc. Podszedł do nich spacerkiem i ułożył w ciasny stos wokół pnia. Skierował laser w sam środek i przyglądał się, jak płomienie obejmują drewno.

Coś uderzyło go między łopatkami. W jednej chwili strój przeciwuderzeniowy zesztywniał. Louis usłyszał pojedynczy trzask pioruna.