Выбрать главу

Odczekał chwilę, ale nie było drugiego strzału. Odwrócił się i podszedł do wehikułu i Vali.

— Nigdy, ale to nigdy więcej nie rób tego — powiedział. Spojrzała blada i przestraszona.

— Dobrze. Nie zrobię tego.

— Mam ci pomóc przynieść przybory kuchenne?

— Nie, mogę… Chybiłam?

— Nie.

— Uratował mnie strój stanowiący część mojego wyposażenia. Przywiozłem je z odległości tysiąc razy większej, światło pokonuje w ciągu jednego falanu, i należy do — Wykonała gest podobny do klepnięcia po ramieniu i odwróciła się.

ROZDZIAŁ XVI

Strategie handlu

Wszędzie wokół pełno było rośliny, która wyglądała jak zwoje kiełbasek w zielono-żółte pasy, z odroślami na końcach pęt. Valavirgillin wkroiła jej trochę do garnka. Nalała wody, anastępnie dorzuciła jakieś strączki przyniesione z pojazdu. Postawiła garnek na płonących pniakach.

Nieżas, Louis mógł zrobić to sam. Kolacja zapowiadała się nie najlepiej.

Słońce już zupełnie zniknęło. Gęste skupisko gwiazd po lewej stronie musiało być latającym miastem. Łuk pociął czarne niebo w poziome pasy jarzącego się błękitu i bieli. Przybysz czuł się jak na jakiejś ogromnej zabawce.

— Szkoda, że nie mam mięsa — powiedziała Valavirgillin.

— Daj mi gogle — polecił.

Odwrócił się od ogniska, zanim je założył. Zwiększył natężenie światła. Ukazało się kilka par oczu, które obserwowały ich spoza zasięgu blasku padającego od ogniska. Louis był zadowolony, że nie strzelił na oślep. Dwa duże kształty i jeden mniejszy stanowiły rodzinę wampirów.

Ale jeden jasnooki cień był mały i pokryty futrem. Louis odciął mu głowę długą wiązką z laserowej latarki. Wampiry pierzchły. Zaczęły szeptać między sobą. Samica ruszyła w kierunku martwego zwierzęcia, ale zatrzymała się, ustępując pierwszeństwa człowie­kowi. Podniósł ciało i patrzył, jak wampirzyca wycofuje się.

Wampiry wydawały się dość bojaźliwe. Ale zajmowały całkiem bezpieczną niszę ekologiczną. Vala powiedziała mu, co działo się, kiedy ludzie podejmowali wysiłek grzebania lub palenia swoich umarłych. Potwory atakowały żyjących. Noc należała do nich.

Ich magia wywodziła się z dziesiątek miejscowych religii. Mówio­no, że potrafią stawać się niewidzialne. Nawet Vala w połowie w to wierzyła.

Ale nie niepokoiły Louisa. Po co miałyby to robić?

On zje futrzaste zwierzę, pewnego dnia sam umrze, a wampiry upomną się wtedy o to, co im się należy.

Podczas gdy go obserwowały, obejrzał zwierzę — podobne do królika, ale z długim, płasko zakończonym ogonem i pozbawione przednich łap. W żadnym razie nie hominid. To dobrze.

Kiedy podniósł wzrok, daleko z lewej strony dostrzegł słabą fioletową poświatę. Wstrzymując oddech i zachowując spokój, Louis ustawił maksymalne natężenie światła i powiększenie. Nawet łomotanie krwi w skroniach zamazywało teraz obraz, ale wiedział, na co patrzy. Powiększony fioletowy płomień raził w oczy i rozwijał się w wachlarz, jak rakieta odpalona w próżni. Jego spód odcinała prosta, czarna linia: skraj lewej krawędzi.

Zdjął gogle. Nawet kiedy wzrok mu się przystosował, fioletowa poświata była ledwo widoczna, ale była. Słaba… i przerażająca.

Wrócił do ogniska i rzucił zwierzę pod stopy Vali. Ruszył w prawo, w ciemność i znowu nałożył okulary. Po tej stronie płomień okazał się znacznie większy, ale oczywiście ta krawędź znajdowała się znacznie bliżej.

Vala obdarła małe futerkowe stworzenie ze skóry i wrzuciła je do garnka, nie usuwając wnętrzności. Kiedy skończyła, Louis poprowadził ją za ramię w mrok.

— Zaczekaj chwilę, a potem powiedz mi, czy widzisz w oddali niebieski płomień.

— Tak, widzę.

— Wiesz, co to jest?

— Nie, ale myślę, że mój ojciec wie. Kiedy ostatnio wrócił z miasta, nie chciał o czymś mówić. Jest ich więcej. Spójrz na podstawę Łuku w kierunku obrotu.

Poziome biało-niebieskie pasy oświetlone dziennym światłem zmusiły go do przymrużenia oczu. Louis zasłonił je ręką… i teraz, z pomocą gogli, mógł dostrzec dwa małe płomyki świec na krawędziach Łuku i dwa, jeszcze mniejsze, ponad nimi.

— Pierwszy pojawił się siedem falanów temu, w pobliżu podstawy Łuku w kierunku obrotu. Potem kolejne dalej w tę samą stronę, te duże na prawo i na lewo, a następnie jeszcze więcej małych w kierunku przeciwnym do ruchu obrotowego. Teraz jest ich dwadzieścia jeden. Pokazują się tylko przez dwa dni w ciągu jednego obrotu, kiedy słońce jest najjaśniejsze — powie­działa Valavirgillin.

Louis wydał gwałtowne westchnienie ulgi.

— Louis, nie wiem, co to znaczy, kiedy tak robisz. Jesteś zły, przestraszony czy odczuwasz ulgę?

— Ja również nie wiem. Powiedzmy, że czuję ulgę. Mamy więcej czasu, niż myślałem.

— Czasu na co? Louis roześmiał się.

— Nie masz jeszcze dosyć mojego szaleństwa? Opanowała się.

— Ostatecznie mogę sama ocenić, czy mam ci wierzyć, czy nie! Louis zdenerwował się. Nie nienawidził Valavirgillin, ale miała przekorny charakter i już raz próbowała go zabić.

— Świetnie. Jeśli tę budowlę w kształcie pierścienia, na której żyjecie, pozostawi się samej sobie, otrze się o czarne prostokąty — to, co zasłania słońce, kiedy nadchodzi noc — za pięć lub sześć falanów. Wszystko zginie. Nic nie pozostanie tu przy życiu, kiedy otrzecie się o samo słońce…

— I oddychasz z ulgą? — krzyknęła.

— Spokojnie, tylko spokojnie. Pierścień nie jest pozostawiony samemu sobie. Te płomienie to silniki, które go poruszają. Jesteśmy teraz prawie w punkcie najbliższym słońca, a one odpalając w jego kierunku — o, w ten sposób — wykorzystują siłę ciągu do hamowania Pierścienia. — Zaostrzonym patykiem narysował jej to wszystko na ziemi. — Widzisz? Powstrzymują przesuwanie się Pierścienia.

— Teraz mówisz, że nie umrzemy?

— Silniki mogą okazać się zbyt słabe. Ale zatrzymają nas. Zostanie nam dziesięć albo piętnaście falanów.

— Mam nadzieję, że jesteś obłąkany, Louis. Wiesz zbyt dużo. Wiesz, że ten świat jest Pierścieniem, a to jest tajemnica. — Wzruszyła ramionami, jakby zrzucała duży ciężar. — Tak, mam tego dość. Powiesz mi, dlaczego nie zaproponowałeś rishathry?

Louis był zaskoczony.

— Sądziłem, że masz dosyć rishathry do końca życia.

— To nie jest zabawne. Rishathra to sposób na przypieczęto­wanie rozejmu!

— Aha. W porządku. Wracamy do ogniska?

— Oczywiście, potrzebujemy światła.

Odsunęła garnek z płomienia, żeby gotowało się wolniej.

— Musimy omówić warunki. Zgadzasz się nie zrobić mi krzywdy? — Usiadła na ziemi naprzeciwko niego.

— Nie zrobię ci krzywdy, chyba że zostanę zaatakowany…

— Idę na takie samo ustępstwo. Czego jeszcze żądasz ode mnie? Była szybka i rzeczowa, i Louis wpadł w ten sam ton.

— Zawieziesz mnie najdalej, jak możesz, z uwzględnieniem twoich potrzeb. Spodziewam się, że to będzie, hm, przy Zakręcie Rzeki. Uznasz, że „pamiątki” są moje. Nie przekażesz ich ani mnie żadnym władzom. Dasz mi radę, najlepszą według twojej wiedzy i możliwości, jak dostać się do latającego miasta.

— Co możesz zaoferować w zamian?

Ejże, czyż ta kobieta nie była całkowicie na łasce Louisa Wu? Cóż, mniejsza o to.

— Spróbuję uratować Pierścień — powiedział i był nieco zaskoczony, kiedy uświadomił sobie, że tego właśnie najbardziej pragnie. — Jeśli potrafię, zrobię to, nieważne jakim kosztem. Jeśli dojdę do wniosku, że Pierścienia nie można uratować, spróbuję uratować siebie i ciebie, jeśli ci to odpowiada.