— Czasami.
— Co wtedy robicie? Pytanie zaskoczyło ją.
— Uczą się na błędach. Niektóre stają się od picia bezużyteczne. Inne pilnują się nawzajem, jeśli muszą.
Był to problem podobny, jak z uzależnieniem od prądu — w miniaturze i z takim samym rozwiązaniem: czas i naturalna selekcja. Vala nie wyglądała na zmartwioną… i Louis również nie zamierzał się tym przejmować.
— Jak daleko do miasta? — zapytał.
— Trzy albo cztery godziny do napowietrznej drogi, ale i tak zatrzymano by nas tam. Louis, zastanawiałam się nad tym. Dlaczego nie możesz tam, po prostu, polecieć?
— Ty mi powiedz. Jak sądzisz, czy strzelano by do lecącego człowieka, czy pozwolono by mu mówić? Wolałbym, aby do mnie nie strzelano.
Pociągnęła z butelki mieszankę paliwa i nektaru.
— Reguły są ścisłe. Nikt nie może wjechać, oprócz rasy Inżynierów, jeśli nie jest zaproszony. Ale nikt również nie przyleciał nigdy do miasta!
Podała mu butelkę. Nektar był słodki: jak rozcieńczony syrop z granatów, z potwornym wzmocnieniem w postaci chyba dwustuprocentowego alkoholu. Odstawił butelkę i skierował gogle na miasto.
Składało się z wież tworzących skupisko w kształcie liścia lilii wodnej, o rażącej różnorodności stylów: bloki, iglice zwężające się u góry i u dołu, przezroczyste płyty, wielościenne cylindry, wysmukłe stożki ustawione czubkami do dołu. Niektóre budynki składały się z samych okien, inne z samych balkonów. Wdzięczne łuki mostów albo szerokie, proste rampy łączyły je na niemożliwych do przewidzenia poziomach. Zakładając nawet, że budowniczowie nie byli w pełni ludźmi, Louis nie mógł uwierzyć, że zbudowali coś takiego celowo. To było groteskowe.
— Muszą pochodzić z obszaru wielu tysięcy mil — powiedział. — Kiedy wyczerpała się energia, pozostały jeszcze domy z niezależnymi źródłami mocy. Zgromadzono tutaj wszystkie. Rasa Prill ściągnęła je do jednego miejsca. Tak właśnie było, prawda?
— Nikt nie wie. Ale mówisz, jakbyś widział, co się wydarzyło!
— Żyliście z tym przez cały czas. Nie patrzycie na to w taki sposób jak ja. — W dalszym ciągu przyglądał się miastu.
Był tam most. Od niskiego, pozbawionego okien budynku na szczycie pobliskiego wzgórza wznosił się wdzięcznym łukiem, dotykając spodu ogromnej, żłobionej kolumny. W górę zbocza, aż do budynku na szczycie, biegła kamienna droga.
— Domyślam się, że zaproszeni goście muszą przejść przez to miejsce na szczycie, a potem przez latający most.
— Oczywiście.
— Co się tam odbywa?
— Sprawdza się, czy nie mają przy sobie zakazanych rzeczy. Odpowiadają na pytania. Skoro Inżynierowie decydują, kogo chcą wpuścić, to my także! Dysydenci czasami próbują przemycić bomby. Najemnicy zwerbowani przez Inżynierów próbowali kiedyś wysłać im części do naprawy magicznych kolektorów wody.
— Czego?
Vala uśmiechnęła się.
— Niektóre nadal działają. Zbierają wodę z powietrza. Brakuje nam wody. Pompujemy ją do miasta z rzeki. Jeśli sprzeczamy się w sprawach polityki, to dopóki nie osiągniemy kompromisu, chodzą spragnieni, a my obywamy się bez informacji, które oni zbierają.
— Informacje? Mają teleskopy?
— Mój ojciec opowiadał mi kiedyś o tym. Mają pokój, skąd widać, co dzieje się na świecie, lepiej niż przez twoje gogle. Z tej wysokości muszą mieć przecież dobry widok.
— Powinienem zapytać o to wszystko twojego ojca. Jak…
— To chyba nie jest dobry pomysł. On jest bardzo… on nie rozumie…
— Mam nieodpowiedni wygląd czy kolor skóry?
— Tak, on nie uwierzy, że potrafisz robić rzeczy takie, jak te, które masz ze sobą. Zabierze je.
Nieżas, do diabła.
— A co dzieje się potem, jak już przepuszczą turystów?
— Mój ojciec wraca do domu i całe lewe ramię ma pokryte napisami w języku, który znają tylko Inżynierowie. Pismo błyszczy jak srebrna nić. Nie daje się zmyć, ale znika w ciągu falana lub dwóch.
Wyglądało to raczej na obwód drukowany niż na tatuaż. Inżynierowie mieli prawdopodobnie większą kontrolę nad swoimi gośćmi, niż ci mogli przypuszczać.
— W porządku. Co goście robią w mieście? — pytał dalej.
— Omawiają sprawy polityczne. Dają prezenty: narzędzia i duże ilości jedzenia. Inżynierowie pokazują im cuda i robią z nimi rishathrę. — Vala nagle wstała. — Powinniśmy jechać.
Zostawili za sobą zagrożenie ze strony bandytów. Louis jechał z przodu, obok Vali. Hałas był równie dużym problemem, jak wstrząsy. Musieli mówić do siebie podniesionymi głosami. Louis krzyknął: Rishathra?
— Nie teraz, prowadzę. — Vala ukazała zęby w szerokim uśmiechu. — Inżynierowie są bardzo dobrzy w rishathrze. Mogą ją uprawiać prawie ze wszystkimi rasami. Pomogło im to utrzymać starożytne imperium. My korzystamy z rishathry, żeby przypieczętować umowy handlowe i żeby nie mieć dzieci, dopóki nie zechcemy wybrać stałego partnera i ustatkować się, ale Inżynierowie nigdy z niej nie rezygnują.
— Czy znasz kogoś, kto może załatwić mi zaproszenie? Powiedzmy, ze względu na moje maszyny.
— Tylko mój ojciec. Ale nie zrobi tego.
— Więc będę musiał tam polecieć. W porządku, co znajduje się pod miastem? Czy mogę po prostu pójść tam spacerkiem i unieść się w górę?
— Pod spodem jest mroczna farma. Mógłbyś uchodzić za farmera, gdybyś zostawił swoje urządzenia. Farmerzy pochodzą ze wszystkich ras. Wykonują brudną robotę. Powyżej znajduje się ujście miejskiego kanału i trzeba rozrzucać ścieki jako nawóz dla roślin. Wszystko tam rośnie w ciemnościach.
— Ale.-. A, oczywiście, teraz rozumiem. Słońce nigdy się nie przesuwa, więc pod miastem jest zawsze ciemno. Jaskiniowe rośliny, co? Grzyby?
Wytrzeszczyła oczy.
— Louis, jak możesz myśleć, że słońce się przesuwa?
— Zapomniałem, gdzie jestem. — Wykrzywił się. — Przepraszam.
— Jak słońce może się poruszać?
— Cóż, oczywiście porusza się planeta. Nasze światy to wirujące piłki, zgadza się? Jeśli mieszkasz w jednym miejscu, słońce wydaje się wędrować w górę z jednej strony nieba, a w dół z drugiej strony; dopóki nie wzejdzie znowu, jest noc. Jak sądzisz, po co budowniczowie Pierścienia zrobili czarne prostokąty?
Samochód zaczął kluczyć. Vala drżała z pobladłą twarzą. Louis zapytał łagodnie:
— Zbyt wiele dziwnych rzeczy dla ciebie?
— Nie to. — Wydała dziwny, szczekający dźwięk. Zduszony śmiech? — Czarne prostokąty? To oczywiste dla najgłupszych ludzi. Na sferycznych światach czarne prostokąty naśladują cykl dnia i nocy. Naprawdę miałam nadzieję, że jesteś szalony. Louis, co możemy zrobić?
Musiał dać jej jakąś odpowiedź.
— Myślałem o wywierceniu dziury pod jednym z Oceanów Wielkich, kiedy znajdzie się najbliżej słońca. Woda o masie kilkakrotnie większej od masy Ziemi wyleje się w przestrzeń kosmiczną. Reakcja popchnie Pierścień z powrotem na właściwe miejsce. Najlepiej Ukryty, słuchasz?
Zbyt doskonały kontralt odpowiedział:
— To niewykonalne.
— Oczywiście, że to niewykonalne. Po pierwsze, jak później zatkalibyśmy dziurę? Po drugie, Pierścień zatrząsłby się. Tak duże trzęsienie prawdopodobnie zabiłoby wszystko, co żyje na jego powierzchni, i spowodowało również utratę atmosfery. Ale próbuję. Vala, ja próbuję.
Wydała ten dziwny, szczekający dźwięk i zdecydowanie potrząsnęła głową.
— Przynajmniej planujesz na dużą skalę! — rzekła.