Выбрать главу

Wampirzyca odezwała się w jego słuchawce i Louis aż pod­skoczył. Używała języka Maszynowych Ludzi.

— Co pomyślałby król gigantów, gdyby wiedział, że Louis i Wu to ta sama osoba?

Wytrzeszczył oczy.

— Jesteś niemy bez swojej małej skrzyneczki? Mniejsza o to. Będziemy ci służyć.

Wampir mówił coś do Valavirgillin. Ona kiwała głową. Zeszli ze ścieżki. Louis i kobieta podążyli za nimi wokół ogromnego, białego gzymsowego grzyba i zatrzymali się zbici w gromadkę po jego drugiej stronie.

Vala była rozdrażniona. Może tak działał na nią zapach; z całą pewnością drażnił Louisa.

— Kyeref mówi, że to świeży ściek. W ciągu falana dojrzeje, wtedy usuną rurę i zaczną rozwozić go jako nawóz. Tymczasem nikt tutaj nie przychodzi.

Zdjęła plecak z Louisa i wysypała całą zawartość. Mężczyzna sięgnął do komunikatora (wampiry nastawiły czujnie uszy, kiedy jego ręka zbliżyła się do latarki) i podkręcił głośność.

— Jak dużo wiedzą Nocni Ludzie? — zapytał.

— Więcej, niż kiedykolwiek sądziliśmy.

Wydawało się, że Vala też chce coś powiedzieć, ale zrezyg­nowała.

— Świat skazany jest na ognistą zagładę w ciągu paru falanów. Tylko Louis Wu może nas uratować — odpowiedział wampir. Uśmiechnął się, ukazując groźny zestaw białych zębów w kształcie klinów. Jego wzrok był wzrokiem bazyliszka.

— Nie potrafię stwierdzić, czy mówisz to z sarkazmem — powiedział Louis. — Wierzycie mi?

— Dziwne wydarzenia mogą pobudzić w szaleńcach chęć prorokowania. Wiemy, że masz nie znane nigdzie indziej narzędzia. Twoja rasa również nie jest znana. Ale świat jest duży i nie wiemy o nim wszystkiego. Rasa twojego futrzastego przyjaciela jest jeszcze dziwniejsza.

— To nie jest odpowiedź.

— Uratuj nas! Nie ośmielimy ci się przeszkadzać. — Szeroki uśmiech powoli znikał z twarzy wampira, chociaż usta jeszcze się nie zamknęły. (To wymagałoby świadomego wysiłku. Te wielkie zęby…). — Dlaczego mielibyśmy przejmować się, nawet jeśli jesteś obłąkany? Działania innych gatunków rzadko kolidują z naszym życiem. Na koniec wszyscy i tak należą do nas.

— Zastanawiam się, czy nie jesteście prawdziwymi władcami tego świata. — Louis powiedział to ze względów dyplomatycznych, ale później niespokojnie zadał sobie pytanie, czy przypadkiem nie jest to prawda.

— Wiele gatunków rości sobie prawo do rządzenia światem albo jego częścią. Czyż my moglibyśmy żądać dla siebie wierz­chołków drzew Wiszących Ludzi? Albo pozbawionych powietrza wysokości, gdzie mieszkają Ludzie Rozlanych Gór? I jakie gatunki chciałyby naszego terytorium? — odpowiedziała wampirzyca. Kpiła sobie z niego, to pewne.

— Gdzieś znajduje się Centrum Remontowe tego świata. Wiecie gdzie? — zapytał Louis.

— Bez wątpienia masz rację — odparł mężczyzna. — Ale nie wiemy, gdzie ono może być.

— Co wiecie o krawędzi? O Oceanach Wielkich?

— Jest wiele mórz. Nie wiem, które masz na myśli. Coś działo się wzdłuż krawędzi, zanim po raz pierwszy pojawiły się wielkie płomienie.

— A jednak! Co się działo?

— Wiele latających urządzeń przenosiło sprzęt jeszcze powyżej rejonów, gdzie mieszkają Ludzie Rozlanych Gór. Było tam wielu Inżynierów i Ludzi Rozlanych Gór, i trochę przedstawicieli innych gatunków. Pracowali dokładnie na górnej krawędzi świata. Może ty nam powiesz, o co tu chodzi.

Louis był oszołomiony.

— Nieżas, do diabła. Oni musieli… — montować z powrotem dysze korygujące, dokończył w myśli; nie zamierzał powiedzieć tego głośno. Wielka potęga i wielka ambicja, tak blisko. Źle wpłynęłoby to na nerwy lalecznika. — Wiadomości przekazywane przez padlinożerców muszą przebywać długą drogę.

— Światło przebywa dłuższą drogę. Czy ta wiadomość wpłynie na twoje przepowiednie o zagładzie?

— Obawiam się, że nie. — Może gdzieś pracowała ekipa remontowa, ale brakowało już pewnie silników Bussarda. — Ponieważ jednak pracują te wielkie płomienie, powinniśmy mieć więcej niż te siedem czy osiem falanów, o których myślałem.

— Dobra wiadomość. Co teraz zrobisz?

Przez chwilę Louis odczuwał pokusę, by surowo potraktować wampiry i opuścić latające miasto. Ale zaszedł już zbyt daleko, a poza tym Nocni Ludzie byli wszędzie. — Zaczekam do nocy i wtedy udam się na górę do miasta. Vala, twoja część tkaniny jest w pojeździe. Będę zobowiązany, jeśli nie pokażesz jej nikomu ani nie powiesz o mnie przez… parę obrotów powinno wystarczyć. Moją część możesz wykopać po upływie falana, jeśli nikt po nią nie przyjdzie. I mam to. — Poklepał po kieszeni kamizelki, gdzie złożony jak chusteczka znajdował się jard kwadratowy nadprzewodzącego materiału.

— Wolałabym, żebyś nie zabierał tego do miasta — po­wiedziała Vala.

— Przecież pomyślą, że to tylko materiał, jeśli im nic nie powiem — odparł. To było kłamstwo. Zamierzał posłużyć się nadprzewodnikiem.

Kiedy zdjął szorty, wampiry utkwiły w nim wzrok, łowiąc kolejne szczegóły do opisu jego osoby, ażeby potem móc łatwiej odszukać gatunek ludzki na Pierścieniu. Założył strój przeciwuderzeniowy.

— Jak przekonałeś kobietę Maszynowych Ludzi, że jesteś zdrowy na umyśle? — zapytała nagle samica.

Odpowiedzi udzieliła jej Vala, a Louis w tym czasie nałożył kamizelkę i gogle i schował do kieszeni latarkę. Potwory prawie przestały się uśmiechać. Wampirzyca zapytała:

— Potrafisz uratować świat?

— Nie liczcie na mnie. Spróbujcie znaleźć Centrum Remon­towe. Roześlijcie wieści. Spróbujcie wypytać bandersnatche… wielkie, białe zwierzęta, które żyją na ogromnym bagnie w kierun­ku ruchu obrotowego.

— Wiemy o nich.

— Dobrze. Vala…

— Pójdę teraz opowiedzieć, jak zginęli moi towarzysze. Może nigdy się już nie spotkamy, Louis. — Valavirgillin podniosła pusty plecak i szybko odeszła.

— Powinniśmy ją odprowadzić — powiedziała wampirzyca. Ruszyli w drogę. Nie życzyli mu powodzenia. Dlaczego? Sposób, w jaki żyli, dowodził, że może byli fatalistami. Szczęście nic dla nich nie znaczyło.

Louis przyjrzał się niebu. Kusiło go, żeby wyruszyć teraz, natychmiast. Lepiej jednak zaczekać do nocy.

— Najlepiej Ukryty, jesteś tam? — powiedział do komunikatora. Lalecznika najwyraźniej nie było.

Wtedy wyciągnął się pod gzymsowym grzybem. Powietrze wydawało się czystsze przy ziemi. W zamyśleniu pociągnął koktajlu z paliwa i nektaru, który zostawiła mu Vala.

Jakie były wampiry? Ich miejsce w środowisku wydawało się bardzo bezpieczne. W jaki sposób zachowały inteligencję? Do czego jej potrzebowały? Może od czasu do czasu musiały walczyć o swoje przywileje. Albo o szacunek. Stosowanie się do setek lokalnych religii również wymagało łatwości wysławiania się.

Do rzeczy: jak mogłyby mu pomóc? Czy istniała enklawa wampirów, gdzie pamiętano źródło eliksiru młodości? Który, hipotetycznie, robiono z korzenia drzewa życia Paków?

Po kolei. Najpierw sprawdź miasto — nakazał sobie.

Kolumny blasku zwęziły się i zniknęły. Na niebie zajaśniały inne światła: liczne rozświetlone okna. Żadne nie ukazało się bezpośrednio nad nim. Kto może zajmować piwnicę nad wysypis­kiem śmieci? (Ktoś, kogo nie stać na oświetlenie?)

Mroczna farma wydawała się opustoszała. Louis słyszał tylko wiatr. Stojąc na grzybie, dostrzegł w oddali migotanie na szybach, jakby od ogniska: rozmieszczone koliście kwatery dla farmerów.

Dotknął przycisku na uprzęży i uniósł się w górę.