— Nie możesz oczekiwać, że poślemy cię do Biblioteki. Jeśli mówisz prawdę, jesteś zbyt cenny. Nasz budynek nie jest bogaty, ale możemy kupić informacje od Biblioteki, jeśli masz konkretne pytania.
Wszystko stawało się jasne: latające miasto było miastem nie bardziej niż Grecja Peryklesa narodem. Budynki były niezależne, a on znajdował się w niewłaściwym.
— Który budynek jest Biblioteką? — zapytał.
— Po lewej stronie w kierunku obrotu, stożek odwrócony do góry nogami… Dlaczego pytasz?
Dotknął przełączników uprzęży, uniósł się w powietrze i poleciał w noc. Mar Korssil strzeliła. Trafiony, runął z łoskotem. Płomienie buchnęły mu na piersi. Wrzasnął, błyskawicznie zrzucił uprząż i odtoczył się. Przyrządy sterownicze paliły się kopcącym, żółtym płomieniem z niebiesko-białymi błyskami. Stwierdził, że trzyma w ręku latarkę wycelowaną w Mar Korssil. Nocna Łowczyni chyba tego nie zauważyła.
— Nie zmuszaj mnie, żebym zrobiła to jeszcze raz — powiedziała. — Jesteś ranny?
Te słowa ocaliły jej życie; ale Louis musiał coś zrobić.
— Rzuć broń albo przetnę cię na pół — uprzedził. — O tak. — Przesunął promieniem lasera przez krzesło do egzekucji; buchnęło płomieniem i rozpadło się.
Mar Korssil nie poruszyła się.
— Chcę tylko opuścić wasz dom — powiedział. — Jestem w potrzasku. Będę musiał wejść do budynku, ale opuszczę go pierwszą rampą, jaką znajdę. Rzuć broń albo umrzesz.
Od strony schodów dobiegł kobiecy głos:
— Rzuć karabin, Mar Korssil. Nocna Łowczyni posłuchała.
Kobieta zeszła po schodach. Była wyższa od Louisa i szczupła. Miała mały nos i bardzo cienkie, niemal niewidoczne usta. Była łysa, ale zza uszu i z karku spływały jej na plecy gęste, białe włosy. Louis domyślił się, że są one oznaką wieku. Nie okazywała strachu.
— Rządzisz tutaj? — zapytał.
— Rządzę razem z moim oficjalnym partnerem. Jestem Lalis-kareerlyar. Nazywasz się Luiwu?
— Mniej więcej. Uśmiechnęła się.
— Mar Korssil dała sygnał z garażu; niecodzienna rzecz. Przyszłam popatrzyć i posłuchać. W drzwiach jest judasz. Przykro mi z powodu twojego urządzenia do latania. Nie ma już żadnego w całym mieście.
— Wypuścicie mnie, jeśli naprawię wasz kondensator wody? 1 potrzebuję rady.
— Weź pod uwagę swoją pozycję przetargową. Czy jesteś w stanie stawić opór moim strażnikom, którzy czekają na zewnątrz?
Louis pogodził się już z koniecznością utorowania sobie drogi siłą. Wykonał jeszcze jedną próbę. Podłoga była ze zwykłego lanego kamienia. Promieniem lasera zatoczył powoli koło i kawał kamienia o średnicy jarda wypadł w noc. Laliskareerlyar przestała się uśmiechać.
— Prawdopodobnie jesteś w stanie. Będzie, jak mówisz. Mar Korssil, chodź z nami. Powstrzymaj każdego, kto spróbuje nam przeszkodzić. Zostaw swój karabin tam, gdzie leży.
Weszli krętymi schodami, które tu się kończyły. Louis naliczył czternaście zakrętów, czternaście pięter. Zastanawiał się, czy nie myli się co do wieku Laliskareerlyar. Kobieta z rasy Inżynierów wspinała się żwawo i starczało jej jeszcze oddechu na rozmowę. Ale dłonie i twarz miała pomarszczone, zniszczone.
Niepokojący widok. Przybysz nie był do niego przyzwyczajony. Wiedział, co to jest: oznaka wieku i ślad po przodkach, Pakach protektorach.
Szli w świetle latarki Louisa. W drzwiach pojawiali się ludzie. Mar Korssil nakazywała im cofnąć się. Większość stanowili Inżynierowie, ale byli tu również przedstawiciele innych ras.
Służyli rodzinie Lyar od wielu pokoleń — wyjaśniła Laliskareerlyar. Rodzina Mar — nocni wartownicy — pełniła obowiązki policjantów w sądzie Lyar. Kucharze z rasy Maszynowych Ludzi służyli jej prawie równie długo. Słudzy i panowie z rasy Inżynierów uważali siebie za jedną rodzinę, związaną okresową rishathrą i odwieczną lojalnością. W Budynku Lyar mieszkało, wszystkich razem, tysiąc osób, z czego połowę stanowili spokrewnieni ze sobą Inżynierowie.
Louis zatrzymał się w połowie drogi, żeby wyjrzeć przez okno. Okno? W klatce schodowej, która biegła przez środek budynku? To był hologram, widok od strony jednej z krawędzi, ukazujący spory wycinek krajobrazu Pierścienia. Jeden z ostatnich skarbów Lyar — powiedziała mu Laliskareerlyar z dumą i żalem. Pozostałe sprzedano w ciągu setek falanów, żeby zapłacić za wodę.
Louis uświadomił sobie, że dał się wciągnąć w rozmowę. Był ostrożny i zły, ale coś w tej starej kobiecie z rasy Inżynierów zachęcało do zwierzeń. Wiedziała o planetach. Nie kwestionowała jego prawdomówności. Słuchała. Tak bardzo przypominała Halrloprillalar, że Louis opowiedział o niej: bardzo starej, nieśmiertelnej dziwce ze statku kosmicznego, która żyła jak półobłąkana bogini, dopóki nie zjawił się on ze swą mieszaną załogą; o tym, jak im pomogła, jak opuściła razem z nimi zrujnowaną cywilizację, jak umarła.
— Czy to dlatego nie zabiłeś Mar Korssil? — zapytała Laliskareerlyar.
Nocna Łowczyni spojrzała na niego wielkimi, niebieskimi oczami. Louis roześmiał się.
— Może.
— Opowiedział im o zniszczeniu pola słoneczników. Omijał niebezpieczny temat, gdyż nie widział sensu w informowaniu Laliskareerlyar, że jej świat rozbije się o słońce.
— Chcę wrócić do domu ze świadomością, że nie spowodowałem żadnych szkód. Mam tu niedaleko w ziemi jeszcze więcej tego materiału… Nieżas! Nie wiem, jak się do niego teraz dostać.
Dotarli do szczytu schodów. Louis był zasapany. Mar Korssil otworzyła drzwi; ukazały się kolejne schody.
— Jesteś stworzeniem nocnym? — zapytała Laliskareerlyar.
— Co? Nie.
— Lepiej zaczekajmy do świtu. Mar Korssil, idź i przygotuj nam śniadanie. Przyślij Whila z narzędziami. Potem idź spać. — Kiedy Mar Korssil posłusznie potruchtała w dół schodów, stara kobieta usiadła ze skrzyżowanymi nogami na starożytnym dywanie. — Przypuszczam, że będziemy musieli pracować na zewnątrz — powiedziała. — Nie rozumiem, dlaczego podejmujesz takie ryzyko. Po co? Dla wiedzy? Jakiej wiedzy?
Trudno było kłamać, ale obawiał się, że Najlepiej Ukryty podsłuchuje.
— Wiesz coś o maszynie, która zmienia jeden rodzaj materii w inny? Powietrze w ziemię, ołów w złoto?
Zainteresowała się.
— Starożytni magicy — rzekła — potrafili podobno zmieniać szkło w diamenty. Ale to dziecinne opowiastki.
I tyle na ten temat.
— A co z Centrum Remontowym? Istnieją jakieś legendy? Mówią o jego położeniu?
Wytrzeszczyła oczy.
— Czyżby świat był tylko sztucznym tworem, większą wersją miasta? — zdziwiła się.
Louis roześmiał się.
— Znacznie większą. Dużo, dużo, dużo większą. Nie?
— Nie.
— A co z eliksirem życia? Wiem, że istnieje. Halrloprillalar go zażywała.
— Oczywiście, że istnieje. Ale nie ma go w mieście ani w innych miejscach, o których wiem. To ulubiona legenda… — komunikator opuścił niezrozumiałe słowo — …ludzi.
— Czy ta legenda mówi, skąd pochodzi eliksir?
Młoda kobieta z rasy Inżynierów sapiąc weszła po schodach. Przyniosła płytką misę. Obawy Louisa co do trucizny rozwiały się natychmiast. Potrawa była letnia i przypominała owsiankę; zjedli ją rękami z jednego naczynia.
— Eliksir młodości pochodzi z kierunku zgodnego z ruchem obrotowym — powiedziała stara kobieta. — Ale nie wiem, z jak daleka. Czy to jest ten skarb wiedzy, po który przyszedłeś?
— Jeden z kilku skarbów. Też będzie dobry. — Drzewo życia z pewnością znajduje się w Centrum Remontowym — pomyślał Louis. Ciekaw jestem, jak sobie z nim radzili? Oczywiście żadna ludzka istota nie chciałaby zostać protektorem. Ale może niektórzy hominidzi… Cóż, te zagadki mogą poczekać.