Выбрать главу

Fortaralisplyar był ubrany w żółto-szkarłatną szatę z czegoś, co wyglądało na włókno roślinne: szorstkie, według standardów przybysza, ale okazałe z pewnej odległości. Louis wszedł za nim do Orlry, do dużej sali recepcyjnej. Światło w środku migotało: dziesiątki alkoholowych lamp paliło się pod sufitem.

Jedenaścioro przedstawicieli rasy Inżynierów obojga płci czekało na niecodziennego gościa. Ubrani byli niemal identycznie, w luźne spodnie z mankietami i jaskrawo kolorowe peleryny, o brzegach przyciętych niesymetrycznie, w wyszukany sposób. Symbole rangi? Białowłosy mężczyzna, który podszedł do nich z powitalnym uśmiechem, miał na sobie pelerynę skrojoną wytworniej niż inne, a do tego nosił broń. Przemówił do Fortaralisplyara:

— Musiałem sam go zobaczyć, tę istotę, która może dać nam wodę z maszynerii zepsutej od pięciu tysięcy falanów. — Pistolet w zniszczonym plastykowym futerale był mały, o prostych liniach, i nie mógł przydać Filistranorlry'owi wojowniczego wyglądu. Drobne rysy wodza odzwierciedlały żywą ciekawość, kiedy przy­glądał się obcemu. — Wydaje się dość niezwykły, ale… cóż. Zapłaciliście. Zobaczymy. — Skinął na żołnierzy.

Przeszukali Fortaralisplyara i Louisa. Znaleźli laserową latarkę, wypróbowali ją i oddali. Komunikator wprawił ich w zakłopota­nie, dopóki właściciel nie wyjaśnił:

— To mówi za mnie. Filistranorlry podskoczył.

— Rzeczywiście! Sprzedasz go? — Zwracał się do Fortaralisp­lyara, który odpowiedział:

— Nie należy do mnie.

— Byłbym bez niego niemy — powiedział Louis, Wydawało się, że pan Orlry przyjął to do wiadomości.

* * *

Kondensator wody był wgłębieniem pośrodku szerokiego dachu Budynku Orlry. Znajdujące się pod nim szyby konserwacyjne były zbyt wąskie dla Louisa. Nie zmieściłby się, nawet gdyby zdjął strój ochronny, a nie miał zamiaru tego robić.

— Kto wykonuje dla was naprawy? Myszy?

— Wiszący Ludzie — odparł Filistranorlry. — Musimy korzys­tać z ich usług. Budynek Chilb miał ich przysłać. Widzisz jakieś inne problemy?

— Tak. — Do tej pory dość dobrze poznał maszynerię; naprawił ją w trzech budynkach, a nie udało mu się w czwartym. Zobaczył coś, co powinno być parą styków. Szukał pod nimi pyłu, ale nie znalazł. — Czy próbowano to wcześniej naprawiać?

— Przypuszczam, że tak. Skąd możemy wiedzieć, po pięciu tysiącach falanów?

— Zaczekamy na fachowców. Mam nadzieję, że potrafią wykonywać polecenia. — Nieżas! Ktoś nieżyjący od dawna zrobił porządki, zdmuchując ścieżynki kurzu, które stanowiły dla niego wskazówkę. Ale Louis był pewien, że mógłby włożyć tam rękę…

— Czy chciałbyś zwiedzić nasze muzeum — zapytał Filist­ranorlry. — Kupiłeś sobie do tego prawo.

Louis nigdy nie był ekspertem od broni. W narzędziach do zabijania, umieszczonych w szklanych skrzynkach i za szklanymi ścianami, rozpoznał kilka zasad działania, jeśli nie kształtów. Większość z nich miotała pociski albo materiały wybuchowe lub obie rzeczy jednocześnie. Niektóre wyrzucały sznury drobnych kul, które eksplodowały w ciele wroga jak małe petardy. Było parę masywnych i nieporęcznych laserów. Kiedyś musiały być zamontowane na ciągnikach albo latających platformach, ale te wyszły z użycia.

Jeden z Inżynierów przybył z kilkoma robotnikami. Wiszący Ludzie sięgali Louisowi do żeber. Ich głowy wydawały się za duże w stosunku do ciał; palce stóp były długie i chwytne, a ręce niemal szorowały po podłodze.

— To prawdopodobnie strata czasu — powiedział jeden z nich.

— Zrób to dobrze, a i tak otrzymasz zapłatę — odparł Louis. Mały człowieczek uśmiechnął się szyderczo.

Mieli na sobie togi bez rękawów, pełne kieszeni obciążonych narzędziami. Kiedy zbliżyli się do nich żołnierze, Wiszący Ludzie zrzucili togi i zostawili je do przeszukania. Może nie lubili, gdy ich dotykano.

Tacy mali. Louis szepnął do Fortaralisplyara.

— Czy twoja rasa uprawia z nimi rishathrę? Inżynier zachichotał.

— Tak, ale ostrożnie.

Wiszący Ludzie stłoczyli się wokół Louisa Wu, zaglądając do tunelu, kiedy wsunął tam rękę. Nałożył przedtem izolacyjne rękawice, które pożyczył od Mar Korssil.

— Tak wyglądają styki. Zawiążcie pasek materiału w ten sposób… i tak. Powinniście znaleźć sześć par styków. Pod nimi mogą być ślady kurzu.

Kiedy zniknęli za zakrętem tunelu, odezwał się do panów Orlry i Lyar:

— Jeśli popełnią błąd, nigdy się o tym nie dowiemy. Szkoda, że nie możemy sprawdzić ich pracy. — Ale nie wspomniał o swojej drugiej obawie.

Wiszący Ludzie w końcu wyszli. Wszyscy zgromadzili się teraz na dachu: oni, żołnierze, panowie i Louis Wu. Patrzyli, jak tworzy się para, skrapla się i spływa do zagłębienia w dachu. A sześciu Wiszących wiedziało już, jak naprawiać kondensatory wody paskami czarnego materiału.

— Chcę kupić ten czarny materiał — powiedział Filistranorlry. Mali robotnicy i ich majster z rasy Inżynierów zniknęli w klatce schodowej. Filistranorlry z dziesięcioma żołnierzami odciął Lou­isowi i Fortaralisplyarowi drogę ucieczki…

— Nie zamierzam sprzedawać — oświadczył Louis.

— Zatrzymamy cię tutaj, dopóki, mam nadzieję, nie przekona­my do sprzedaży. Jeśli cię przyciśniemy, sprzedasz również mówiące pudełko — powiedział siwowłosy żołnierz.

Louis trochę się tego spodziewał.

— Fortaralisplyar, czy Orlry zatrzymaliby ciebie siłą? Pan Lyar patrzył panu Orlry w oczy, kiedy mówił:

— Nie, Louis. Powstałyby bardzo nieprzyjemne komplikacje. Mniejsze budynki przyłączyłyby się, żeby mnie uwolnić. Dziesiątka stałaby się raczej Dziewiątką, niż naraziła na bojkot gości.

Filistranorlry roześmiał się.

— Mniejsze budynki uschłyby z pragnienia… — zaczął i uśmiech zamarł mu na ustach, pojawił się natomiast na twarzy Fortaralisplyara. Budynek Lyar mógł teraz sprzedawać wodę.

— Nie możesz mnie zatrzymać. Goście pospadają z ramp. Teatry w Chkar i obiekty w Panth będą dla was zamknięte…

— Więc idź.

— Zabieram Louisa.

— Nie zrobisz tego.

— Weź pieniądze i idź. Tak będzie lepiej dla wszystkich zainteresowanych — powiedział Louis. Rękę trzymał w kieszeni na laserowej latarce.

Filistranorlry wyciągnął małą sakiewkę. Fortaralisplyar wziął ją i przeliczył zawartość. Przeszedł między żołnierzami i ruszył w dół po schodach. Kiedy zniknął im z oczu, Louis naciągnął na głowę kaptur stroju ochronnego.

— Oferujemy wysoką cenę. Dwanaście… — nieprzetłumaczalne słowo. — Nie oszukamy cię — mówił Filistranorlry.

Ale przybysz zaczął się cofać w stronę brzegu dachu. Zobaczył, że Filistranorlry daje sygnał swoim żołnierzom, i rzucił się do ucieczki.

Na brzegu dachu był płot sięgający do piersi: zygzak żelaznych sztachet wyrzeźbionych tak, że przypominały tworzący żywopłoty krzew łokciowy. Mroczna farma znajdowała się daleko w dole. Louis biegł wzdłuż płotu w stronę rampy. Żołnierze byli już blisko, ale Filistranorlry został z tyłu i strzelił z pistoletu. Huk był niepokojący, wręcz przerażający. Kula uderzyła Louisa w kostkę; strój zesztywniał, a człowiek potoczył się jak przewrócony pomnik, zerwał się i pobiegł znowu. Kiedy dwóch żołnierzy rzuciło się na niego, skoczył przez płot.

Fortaralisplyar szedł chodnikiem. Obejrzał się przestraszony.

Louis wylądował na brzuchu, a strój ochronny zrobił się sztywny jak stal. Dopasowana do kształtu ciała trumna ochroniła go, ale mimo to był ogłuszony. Czyjeś ręce pomogły mu wstać, zanim doszedł do siebie. Fortaralisplyar wsunął Louisowi rękę pod ramię i ruszyli.