Выбрать главу

— Odejdź. Mogą strzelać — wysapał uciekinier.

— Nie ośmielą się. Jesteś ranny? Krwawisz z nosa.

— Opłacało się.

ROZDZIAŁ XXI

Biblioteka

Weszli do Biblioteki przez mały westybul na parterze budynku, w wierzchołku stożka.

Za szerokim, masywnym biurkiem dwoje bibliotekarzy praco­wało przy ekranach do czytania: dużych maszynach o skrzyniowatym wyglądzie, w których taśmy przechodziły przez czytnik. Bibliotekarze wyglądali jak kapłan i kapłanka w identycznych niebieskich szatach z ząbkowanymi kołnierzami. Minęło kilka minut, zanim kobieta podniosła wzrok.

Miała zupełnie białe włosy. Może urodziła się z białymi włosami, ponieważ nie była stara. Kobieta na Ziemi wkrótce zażyłaby pierwszą dawkę utrwalacza. Jest prosta, smukła i ładna — pomyś­lał Louis. Z płaskimi piersiami, co prawda, ale zgrabna. Halrlop­rillalar nauczyła Louisa, że łysa i ładnie ukształtowana czaszka jest seksowna. Gdyby się uśmiechnęła… ale nawet wobec Fortaralisplyara była szorstka i władcza: — Tak?

— Jestem Fortaralisplyar. Macie moją umowę? Wystukała coś na klawiaturze maszyny czytającej.

— Tak. To ten?

— To on.

Teraz spojrzała na Louisa.

— Luiwu, rozumiesz mnie?

— Tak, dzięki temu urządzeniu.

Kiedy komunikator przemówił, jej spokój prysł, ale tylko na chwilę.

— Jestem Harkabeeparolyn. Twój pan nabył ci prawo do nieograniczonych badań przez trzy dni, z możliwością kupienia dodatkowych trzech dni. Możesz chodzić po całej Bibliotece, z wyjątkiem części mieszkalnej, gdzie drzwi oznakowane są na złoto. Możesz korzystać z wszelkich maszyn, jeśli nie są oznaczone w ten sposób. — Pokazała mu pomarańczową kartkę. — Żeby z nich korzystać, będziesz potrzebował pomocy. Przyjdź do mnie albo do każdego, kto ma tak skrojony kołnierz. Możesz korzystać z jadalni. Na spanie lub kąpiel musisz wracać do Budynku Lyar.

— Dobrze.

Bibliotekarka spojrzała zdziwiona. Louis sam był trochę za­skoczony. Dlaczego powiedział to z taką mocą. Uświadomił sobie, że zaczyna traktować Budynek Lyar jak własny dom, czego nigdy nie mógł powiedzieć o swoim mieszkaniu na Canyon.

Fortaralisplyar zapłacił srebrnymi monetami, ukłonił się Loui­sowi i odszedł. Bibliotekarka odwróciła się z powrotem do ekranu. (Harkabeeparolyn. Zmęczyły go sześciosylabowe imiona, ale to jedno postanowił zapamiętać.) Harkabeeparolyn obejrzała się, kiedy Louis powiedział:

— Jest pewne miejsce, które chciałbym znaleźć.

— W Bibliotece?

— Mam nadzieję, że tak. Widziałem podobne dawno temu. Stało się pośrodku koła, a kołem był świat. Ekran w środku obracał się i można było powiększyć dowolną część świata…

— Mamy pokój map. Wejdź po schodach. — Odwróciła się.

* * *

Ciasna spirala metalowych schodów wiła się wzdłuż osi Biblio­teki. Przymocowane tylko na górze i na dole, sprężynowały pod jego ciężarem, kiedy wchodził. Minął drzwi oznaczone na złoto, wszystkie zamknięte. Wyżej, łukowate wejścia prowadziły do rzędów ekranów z krzesłami. W jednym tylko pomieszczeniu Louis naliczył czterdziestu sześciu Inżynierów korzystających z ekranów, dwóch starszych Maszynowych Ludzi, bardzo owło­sionego osobnika niewiadomej rasy i wampirzycę.

Na najwyższym piętrze znajdowała się sala map. Poznał ją, kiedy do niej dotarł.

* * *

Pierwszą salę map znaleźli w opuszczonym latającym pałacu. Jej ściany stanóVił niebieski pierścień w białe cętki. Znajdowały się w niej globusy dziesięciu światów z atmosferą tlenową oraz ekran, na którym można było uzyskać powiększony obraz. Jednak odtwarzane na nim sceny liczyły sobie tysiące lat. Przedstawiały krzątaninę cywilizacji Pierścienia; statek powietrzny mknący przez prostokątne otwory wzdłuż krawędzi; samolot wielki jak ta biblioteka; znacznie większy statek kosmiczny.

Wtedy nie szukali Centrum Remontowego. Szukali drogi ucieczki z Pierścienia. Stare taśmy były więc prawie bezużyteczne. Za bardzo im się spieszyło. A zatem, dwadzieścia trzy lata później, w innego rodzaju desperacji, próbujemy znowu…

Przybysz wyszedł z klatki schodowej i ujrzał wokół siebie jaśniejący Pierścień. Tam, gdzie powinno być słońce, znajdowała się teraz głowa Louisa Wu. Mapa miała dwie stopy wysokości i prawie czterysta stóp średnicy. Czarne prostokąty miały taką samą wysokość, ale znajdowały się znacznie bliżej środka, unosząc się nad tysiącem stóp kwadratowych czarnej jak smoła podłogi nakrapianej tysiącami gwiazd. Sufit również był czarny i usiany gwiazdami.

Louis ruszył w stronę jednego z czarnych prostokątów i prze­szedł go na wylot. Oczywiście, hologramy, podobnie jak w tamtym pokoju z mapami. Ale tym razem nie było globusów podobnych do Ziemi światów.

Odwrócił się, żeby obejrzeć tylną stronę czarnego prostokąta. Nie było widać żadnych szczegółów: nic oprócz lekko zakrzywio­nej, czarnej jak noc powierzchni.

Ekran powiększający był w użytku.

Prostokątny ekran, o wymiarach trzy stopy na dwie, z tablicą przyrządów pod spodem, zamontowany był na kołowym torze, który biegł między czarnymi prostokątami a Pierścieniem. Jakiś chłopiec patrzył na powiększony obraz jednego z zamontowanych silników Bussarda — oślepiające niebieskawe światło. Chłopiec próbował przyjrzeć się mu przymrużonymi oczami.

Musiał dopiero co wejść w wiek dojrzewania. Bardzo delikatne brązowe włosy, gęściejsze z tyłu, pokrywały całą jego głowę. Miał na sobie niebieskie szaty bibliotekarza. Kołnierz był szeroki i kwadratowy, niemal jak peleryna z pojedynczym nacięciem.

— Mogę popatrzeć ci przez ramię? — zapytał Louis. Chłopiec obejrzał się. Miał drobne i prawie nieprzeniknione rysy, podobnie jak wszyscy Inżynierowie. To sprawiało, że wyglądał na starszego.

— Masz pozwolenie?

— Budynek Lyar kupił dla mnie pełne przywileje.

— Aha. — Chłopiec odwrócił się z powrotem do ekranu. — I tak nic nie widać. Za dwa dni wyłączą płomienie.

— Na co patrzysz?

— Na ekipę remontową.

Louis przymrużył oczy i zerknął na oślepiający blask. Burza niebieskiego światła, ciemna w samym środku, wypełniała ekran. Dysza korygująca stanowiła niewyraźną różowawą plamkę w jąd­rze ciemności. Linie sił pola elektromagnetycznego zbierały gorący wodór ze słonecznego wiatru, sprężały go do temperatury reakcji termojądrowej i wyrzucały z powrotem w stronę słońca. Maszy­neria uczciwie, choć bezskutecznie usiłowała zatrzymać Pierścień wbrew przyciąganiu jego gwiazdy. Ale jedyne, co było widać, to biało-niebieskie światło i różowawą kropka.

— Prawie skończyli — powiedział chłopiec. — Myśleliśmy, że wezwą nas na pomoc, ale nie zjawili się tu. — W jego głosie zabrzmiał smutek.

— Może nie macie urządzeń, żeby usłyszeć ich wezwanie. — Louis próbował nadać głosowi spokojne brzmienie. Ekipa remon­towa! — 1 tak by musieli kończyć. Nie ma już więcej silników.

— Nie. Spójrz. — Chłopiec ustawił obraz, który pomknął wzdłuż krawędzi. Następnie ze zgrzytem znieruchomiał, daleko za błękitnym blaskiem. Louis zobaczył kawałki metalu lecące wzdłuż krawędzi. Przyglądał się im, dopóki nie zyskał pewności. Metalowe sztaby, wielki cylinder w kształcie szpuli — to były fragmenty tego, co widział przez teleskop „Rozżarzonej Igły". Rusztowania do montażu dysz korygujących położenie Pierścienia.