Выбрать главу

Ekipa remontowa musiała za pomocą systemu transportowego krawędzi wyhamować swój sprzęt do prędkości orbitalnej. Ale jak zamierzali odwrócić tę procedurę? Maszynerię należało w miejscu przeznaczenia przyspieszyć do prędkości obrotowej Pierścienia. Dzięki tarciu w atmosferze? Może te materiały były tak trwałe jak scrith. Jeśli tak, nagrzewanie się nie powinno stanowić problemu.

— I tutaj. — Obraz znowu przesunął się zgodnie z ruchem obrotowym wzdłuż krawędzi do występu portu kosmicznego. Ukazały się wyraźnie cztery wielkie statki Inżynierów. „Roz­żarzona Igła” była punkcikiem. Louis przeoczyłby ją, gdyby nie wiedział, gdzie patrzyć: milę od jedynego statku, który nadal miał wokół kadłuba silniki Bussarda.

— Tam, widzisz? — Chłopiec wskazał parę torusów koloru miedzi. — To jedyny silnik, jaki pozostał. Kiedy ekipa remontowa zamontuje go, to będzie już koniec.

Megatony sprzętu budowlanego opadały w dół krawędzi, a wraz z nimi, bez wątpienia, tłumy robotników z nieznanych ras, kierując się do miejsca, gdzie parkowała „Igła". Najlepiej Ukryty nie będzie zadowolony.

— Tak, to już koniec — powiedział Louis. — To nie wystarczy.

— Nie wystarczy do czego?

— Mniejsza o to. Od jak dawna pracuje ekipa remontowa?

Skąd się wzięła?

— Nikt nie chce mi nic powiedzieć — poskarżył się chło­piec. — Flup. Śmierdzący flup. Czym wszyscy są tak podnieceni? Ale po co pytam ciebie? Ty również nic nie wiesz.

Louis puścił to mimo uszu.

— Kim oni są? Jak dowiedzieli się o niebezpieczeństwie?

— Nikt nie wie. Nic o nich nie wiedzieliśmy, dopóki nie zaczęli montować tych maszyn.

— Jak dawno temu?

— Osiem falanów.

Szybka robota — pomyślał Louis. Niewiele ponad półtora roku plus czas potrzebny na przygotowania. Kim byli? Inteligentni, szybcy, zdecydowani, nie obawiający się wielkich projektów i wielkich liczb — mogliby niemal być… ale protektorzy już dawno wymarli. Z całą pewnością.

— Czy wykonali jakieś inne naprawy?

— Nauczyciel Wilp sądzi, że odetkali rury przelewowe. Wi­dzieliśmy mgłę wokół kilku rozlanych gór. Czy to nie byłaby wielka rzecz, odetkanie rur przelewowych?

Louis zamyślił się.

— Racja, to wielka rzecz. Gdyby udało się uruchomić pogłębiarki… trzeba by i tak podgrzać rury. Biegną pod spodem świata. Szlam z dna morskiego zamarzałby w zatkanej rurze, jak sądzę.

— Flup — powiedział chłopiec.

— Co?

— Brązowe paskudztwo, które wypływa z rur, nazywa się flup.

— Aha.

— Skąd jesteś? Louis wyszczerzył się.

— Przyleciałem z gwiazd, w tym. — Sięgnął ponad ramieniem chłopca i pokazał plamkę, która była „Rozżarzoną Igłą". Chłopcu zogromniały oczy.

Niezdarniej niż poprzednio bibliotekarz, Louis zaczął śledzić na ekranie drogę, jaką przebył lądownik od momentu opuszczenia krawędzi. W miejscu pola słoneczników znalazł białą chmurę wielkości kontynentu. Bardziej na lewo ciągnęło się szerokie, zielone bagno, potem rzeka, która wyżłobiła sobie nowe koryto, zostawiając stare jako brązowy, kręty szlak przez żółto-brązową pustynię. Podążył wzdłuż koryta rzeki. Pokazał chłopcu miasto wampirów; tamten skinął głową. Bardzo chciał uwierzyć. „Ludzie z gwiazd, przybądźcie nas uratować!” Bał się jednak okazać łatwowierny. Louis uśmiechnął się do niego szeroko i kontynuował podróż na ekranie.

Ląd znowu nabrał zielonej barwy. Łatwo było posuwać się wzdłuż drogi Maszynowych Ludzi; w większości miejsc teren wyraźnie różnił się po obu jej stronach. Tutaj rzeka zakręcała, łącząc się ze starym korytem. Louis powiększył obraz. Spoglądali teraz z góry na latające miasto.

— To my — powiedział.

— Widziałem to. Opowiedz mi o wampirach.

Louis zawahał się. Ale przecież przedstawiciele rasy chłopca byli ekspertami tego świata w sprawach seksu między gatunkami.

— Potrafią wzbudzić w tobie ochotę na rishathrę. W jej trakcie wgryzają ci się w gardło. — Pokazał chłopcu wygojoną ranę na szyi. — Chmee zabił wampirzycę, która, hm, zaatakowała mnie.

— Dlaczego wampiry nie dobrały się do niego?

— Chmee nie przypomina żadnej istoty żyjącej na tym świecie. Równie prawdopodobne jest, że uwiodłaby go kiełbaskowa roślina.

— Robimy perfumy z wampirów — powiedział chłopiec.

— Co? Coś nie w porządku z komunikatorem? Chłopiec uśmiechnął się rezolutnie.

— Któregoś dnia sam zobaczysz. Musze już iść. Będziesz tutaj później?

Mężczyzna skinął głową.

— Jak się nazywasz? Ja Kawaresksenjajok.

— Luiwu.

Chłopiec znikną) na klatce schodowej. Przybysz wpatrywał się ze zmarszczonymi brwiami w ekran.

Perfumy? Zapach wampirów w Budynku Panth… i wtedy przypomniał sobie noc, kiedy Halrloprillalar przyszła do jego łóżka, dwadzieścia trzy lata temu. Próbowała zdobyć nad nim kontrolę. Powiedziała mu to. Czy użyła zapachu wampirów?

To nie miało teraz znaczenia.

— Wzywam Najlepiej Ukrytego — powiedział. — Wzywam Najlepiej Ukrytego.

Nic.

Ekran nie obracał się, wciąż odwrócony tyłem do czarnych prostokątów. Niewygodne, ale pouczające: mogło to oznaczać, że obrazy są przekazywane z samych czarnych prostokątów.

Zmniejszył skalę. Z nieprawdopodobną szybkością obraz popę­dził w kierunku zgodnym z ruchem obrotowym, dopóki Louis nie zatrzymał go nad ogromnym lustrem wody. Zanurkował w dół jak anioł śmierci. Bawiło go to. Urządzenia Biblioteki były znacznie lepsze niż teleskop „Igły".

Mapa Ziemi była stara. Pół miliona lat zniekształciło kon­tynenty. Może więcej? Milion? Dwa? Geolog wiedziałby.

Louis przesunął się w prawo od kierunku przeciwnego do obrotu, aż ekran wypełniła mapa Kzinu: wyspy skupione wokół tafli lśniącego lodu. Jak stara była topografia tej mapy? Chmee mógłby wiedzieć.

Louis poszerzył obraz. Nucił sobie pod nosem. Prześliznął się nad żółto-pomarańczową dżunglą. Przekroczył szeroką, srebrną wstęgę rzeki i podążył wzdłuż niej w stronę morza. Przy dopływach rzek powinny leżeć miasta. Prawie minął jedno z nich. Deltę, gdzie łączyły się dwie rzeki, jasną sieć nałożoną na kolory dżungli. Niektóre miasta łudzi miały „pasy zieleni”, ale w tym mieście kzinów musiały one zajmować większą część terenu niż budynki. Przy maksymalnym powiększeniu Louis mógł odróżnić sieć ulic.

Kzinowie nie lubili dużych miast. Mieli zbyt wyostrzony zmysł powonienia. To miasto było prawie tak duże, jak siedziba rządu Patriarchy na Kzinie.

Miasta. Co jeszcze? Gdyby mieli jakikolwiek przemysł, po­trzebowaliby… portów morskich? Miasteczek górniczych? Louis sunął dalej. Dżungla była w tym miejscu rzadka. Żółto-brązowa, naga ziemia tworzyła wzór, który wcale nie przypominał kształtem miejskiej zabudowy. Wyglądał jak tarcza łucznicza. Przypuszczal­nie była to bardzo duża i bardzo stara kopalnia odkrywkowa.

Pół miliona lat temu lub więcej wysadzono tutaj grupę kzinów. Louis nie spodziewał się znaleźć górniczych miasteczek. Mieliby szczęście, gdyby tu w ogóle było co wydobywać. Przez pół miliona lat byli zamknięci na jednym świecie, którego powierzch­nia kończyła się kilkaset stóp niżej. Wyglądało jednak na to, że kzinowie zachowali swoją cywilizację.

Miały rozum te półkocie istoty. Ich cywilizacja opanowała sporą część przestrzeni międzygwiezdnej. Nieżas, to przecież kzinowie nauczyli ludzi używania generatorów grawitacji!