Dach Biblioteki był wielkim ogrodem. Od środka, od szczytu spiralnych schodów rozchodziły się kręte dróżki, Gigantyczne kwiaty, produkujące nektar, rosły w żyznej, czarnej ziemi między dróżkami. Były tam również ciemnozielone rogi obfitości z drobnymi, niebieskimi kwiatkami, grządka „kiełbasek”, które pękły, wypuszczając złote kwiaty, oraz drzewa z festonami zielonkawo--żółtego spagetti.
Pary siedzące na rozstawionych tu i ówdzie ławkach nie zwróciły na Louisa uwagi. Zauważył wielu ubranych w niebieskie szaty bibliotekarzy, z których jeden, wysoki mężczyzna, oprowadzał hałaśliwą grupę turystów z rasy Wiszących Ludzi. Nikt nie wyglądał na strażnika. Z dachu Biblioteki nie prowadziły w dół żadne rampy: nie było czego pilnować, chyba że złodziej potrafił latać.
Louis zamierzał marnie odwdzięczyć się za oferowaną gościnność. Prawda, że kupił tę gościnność… ale martwiło go to.
Z brzegu dachu wyrastał kondensator wody jak wyrzeźbiony trójkątny żagiel. Odprowadzał wodę do stawu w kształcie półksiężyca. W stawie roiło się od dzieci Inżynierów. Louis usłyszał swoje imię, „Luiwu!”, i odwrócił się w porę, by złapać rzuconą w niego piłkę.
Brązowowłosy chłopiec, którego spotkał w sali map, klasnął w ręce i krzyknął o zwrot piłki. Louis zawahał się. Ostrzec go, by opuścił dach? Dach będzie wkrótce niebezpiecznym miejscem. Ale chłopak był bystry. Może na tyle bystry, by przejrzeć jego zamiary i zawołać strażników.
Louis odrzucił mu mokrą piłkę, pomachał ręką i odszedł. Gdyby tylko potrafił wymyślić sposób na pozbycie się stąd wszystkich!
Wzdłuż brzegu dachu nie było poręczy. Szedł ostrożnie. Okrążył kępę małych drzewek, których pnie wydawały się wyżęte jak ścierka, i znalazł się w miejscu w miarę odosobnionym. Włączył komunikator.
— Najlepiej Ukryty?
— Jestem. Chmee nadal jest atakowany. Odwzajemnił się raz, paląc jeden z dużych obrotowych miotaczy pocisków na wielkim statku. Nie potrafię odgadnąć jego motywów.
— Prawdopodobnie demonstruje im, jak dobrą ma osłonę. Potem zacznie z nimi pertraktować.
— O czym pertraktować?
— Nawet on jeszcze tego nie wie. Wątpię, czy mogą wiele dla niego zrobić, z wyjątkiem przedstawienia go jakiejś samicy albo trzem. Najlepiej Ukryty, nie jestem w stanie przeprowadzić tutaj żadnych badań. Nie potrafię czytać na ekranach. Zresztą i tak mam za dużo materiałów. To zajęłoby mi tydzień.
— Czego mógłby Chmee dokonać przez ten tydzień? Nie odważę się tu zostać dla zaspokojenia ciekawości.
— Mam parę szpul z książkami. Dowiemy się z nich wielu rzeczy, jeśli zdołamy je odczytać. Dasz sobie z tym radę?
— To raczej mało prawdopodobne. Możesz mi dostarczyć jedną z ich maszyn do czytania? Mógłbym puścić taśmy na ekranie i przekazać je do komputera „Igły".
— Są ciężkie. Mają grube kable, które…
— Odetnij kable. Louis westchnął:
— W porządku. A co potem?
— Już widzę latające miasto przez kamery sondy. Skieruję ją do ciebie. Musisz usunąć filtr deuteru, żeby odsłonić dysk transferowy. Masz chwytak?
— Nie mam żadnych narzędzi. Tylko laserową latarkę. Powiesz mi, gdzie ciąć.
— Mam nadzieję, że to warte utraty połowy mojej zdolności uzupełnienia zapasu paliwa. Bardzo dobrze. Jeśli jesteś w stanie zdobyć maszynę do czytania i jeśli zmieści się w otwór do dysku transferowego, to świetnie. W przeciwnym razie, zabierz same taśmy. Może sobie z nimi poradzę.
Louis stał na krawędzi dachu Biblioteki i patrzył w dół, na mroczną farmę. Na skraju cienia widniało światło południa. Dalej ciągnęły się prostokąty pól uprawnych. Rzeka Wężowa wiła się na lewo i znikała między niskimi górami. Za górami znajdowały się morza, równiny, małe pasmo górskie, mniejsze morza zaniebieszczone z powodu odległości… a w końcu coraz wyżej i wyżej wznosił się Łuk. Na pół zahipnotyzowany, Louis czekał pod jasnym niebem. Nic więcej nie miał do roboty. Ledwo uświadamiał sobie upływ czasu.
Nadleciała sonda w podmuchu niebieskiego płomienia. W miejscu, gdzie ledwo widoczny ogień dotknął dachu, rośliny i ziemia zmieniły się w pomarańczowe piekło. Mokre dzieci, mali Wiszący Ludzie i ubrani na niebiesko bibliotekarze pobiegli z krzykiem w stronę klatki schodowej.
Sonda osiadła w płomieniach i przewróciła się na bok, hamując przy pomocy dysz. Wokół jej górnego obwodu znajdowały się małe dysze sterujące, a pod spodem jedna duża. Sonda miała dwadzieścia stóp długości i dziesięć grubości — cylinder najeżony kamerami i innymi instrumentami.
Louis zaczekał, aż znikną płomienie. Potem ruszył w stronę sondy, brnąc przez zwęglone szczątki. O ile mógł stwierdzić, dach był pusty… żadnych ciał. Nikt nie zginął. To dobrze.
Kiedy odcinał gęste molekularne sito na czubku sondy, instruował go głos z komunikatora. W końcu odsłonił dysk transferowy.
— Co teraz? — zapytał.
— Zmieniłem kierunek działania dysku transferowego w drugiej sondzie i usunąłem filtr. Możesz przynieść maszynę do czytania?
— Spróbuję. Nie podoba mi się to wszystko.
— Za dwa lata to nie będzie miało znaczenia. Daję ci trzydzieści minut. Przynieś, co zdołasz.
Kilkunastu bibliotekarzy w niebieskich szatach prawie zdecydowało się pójść po niego, kiedy Louis pojawił się na klatce schodowej. Na twarz miał naciągnięty kaptur. Odłamki ciężkiego metalu, którym strzelili do niego, odbity się od stroju ochronnego; wtedy ruszył w dół skokami.
Strzelanina ustała. Bibliotekarze cofali się.
Kiedy odsunęli się dość daleko, Louis przeciął laserem szczyt schodów. Spiralne schody były przymocowane tylko u góry i u dołu. Teraz ściągnęły się jak sprężyna, wyrywając boczne rampy z progów drzwi. Bibliotekarze złapali się ich kurczowo. Louis miał dla siebie dwa górne piętra.
Ale kiedy ruszył do najbliższej czytelni, drogę zagrodziła mu Harkabeeparolyn z siekierą w rękach.
— Znowu potrzebuję twojej pomocy — powiedział. Zamachnęła się. Louis złapał siekierę, kiedy odbiła się od stroju ochronnego. Kobieta walczyła, starając się wyrwać ją mężczyźnie.
— Uważaj — zawołał. Przeciągnął wiązką z lasera przez kabel zasilający maszynę do czytania. Kabel buchnął płomieniem i opadł, sypiąc iskrami.
— Budynek Lyar drogo za to zapłaci! — krzyknęła Harkabeeparolyn.
— Nic się na to nie poradzi. Chcę, żebyś mi pomogła zanieść maszynę do czytania na dach. Myślałem, że będę musiał przebić się przez ścianę. Ale to lepszy pomysł.
— Nie zrobię tego!
Louis przeciął światłem maszynę. Rozpadła się na części i spłonęła. Smród był straszliwy.
— Powiedz, kiedy — zapylał.
— Kochanek wampirów!
Maszyna była ciężka, a Louis nie miał zamiaru wypuścić lasera. Oparł się o schody; większość ciężaru spoczęła w ramionach Harkabeeparolyn.
— Jeśli ją upuścimy, będziemy musieli wrócić po następną — ostrzegł.
— Idiota!… Już… zniszczyłeś kabel! Nie odpowiedział.
— Dlaczego to robisz?
— Próbuję uratować ten świat przed otarciem się o słońce. Omal nie upuściła ciężaru.
— Ale… silniki! Znowu są na swoim miejscu!
— Więc wiedziałaś! Jest trochę za późno. Większość waszych statków kosmicznych nie wróciła. Nie ma tylu silników. Idź dalej.