Выбрать главу
* * *

Dach Biblioteki był wielkim ogrodem. Od środka, od szczytu spiralnych schodów rozchodziły się kręte dróżki, Gigantyczne kwiaty, produkujące nektar, rosły w żyznej, czarnej ziemi między dróżkami. Były tam również ciemnozielone rogi obfitości z drob­nymi, niebieskimi kwiatkami, grządka „kiełbasek”, które pękły, wypuszczając złote kwiaty, oraz drzewa z festonami zielonkawo--żółtego spagetti.

Pary siedzące na rozstawionych tu i ówdzie ławkach nie zwróciły na Louisa uwagi. Zauważył wielu ubranych w niebieskie szaty bibliotekarzy, z których jeden, wysoki mężczyzna, oprowa­dzał hałaśliwą grupę turystów z rasy Wiszących Ludzi. Nikt nie wyglądał na strażnika. Z dachu Biblioteki nie prowadziły w dół żadne rampy: nie było czego pilnować, chyba że złodziej potrafił latać.

Louis zamierzał marnie odwdzięczyć się za oferowaną gościn­ność. Prawda, że kupił tę gościnność… ale martwiło go to.

Z brzegu dachu wyrastał kondensator wody jak wyrzeźbiony trójkątny żagiel. Odprowadzał wodę do stawu w kształcie półksiężyca. W stawie roiło się od dzieci Inżynierów. Louis usłyszał swoje imię, „Luiwu!”, i odwrócił się w porę, by złapać rzuconą w niego piłkę.

Brązowowłosy chłopiec, którego spotkał w sali map, klasnął w ręce i krzyknął o zwrot piłki. Louis zawahał się. Ostrzec go, by opuścił dach? Dach będzie wkrótce niebezpiecznym miejscem. Ale chłopak był bystry. Może na tyle bystry, by przejrzeć jego zamiary i zawołać strażników.

Louis odrzucił mu mokrą piłkę, pomachał ręką i odszedł. Gdyby tylko potrafił wymyślić sposób na pozbycie się stąd wszystkich!

Wzdłuż brzegu dachu nie było poręczy. Szedł ostrożnie. Okrążył kępę małych drzewek, których pnie wydawały się wyżęte jak ścierka, i znalazł się w miejscu w miarę odosobnionym. Włączył komunikator.

— Najlepiej Ukryty?

— Jestem. Chmee nadal jest atakowany. Odwzajemnił się raz, paląc jeden z dużych obrotowych miotaczy pocisków na wielkim statku. Nie potrafię odgadnąć jego motywów.

— Prawdopodobnie demonstruje im, jak dobrą ma osłonę. Potem zacznie z nimi pertraktować.

— O czym pertraktować?

— Nawet on jeszcze tego nie wie. Wątpię, czy mogą wiele dla niego zrobić, z wyjątkiem przedstawienia go jakiejś samicy albo trzem. Najlepiej Ukryty, nie jestem w stanie przeprowadzić tutaj żadnych badań. Nie potrafię czytać na ekranach. Zresztą i tak mam za dużo materiałów. To zajęłoby mi tydzień.

— Czego mógłby Chmee dokonać przez ten tydzień? Nie odważę się tu zostać dla zaspokojenia ciekawości.

— Mam parę szpul z książkami. Dowiemy się z nich wielu rzeczy, jeśli zdołamy je odczytać. Dasz sobie z tym radę?

— To raczej mało prawdopodobne. Możesz mi dostarczyć jedną z ich maszyn do czytania? Mógłbym puścić taśmy na ekranie i przekazać je do komputera „Igły".

— Są ciężkie. Mają grube kable, które…

— Odetnij kable. Louis westchnął:

— W porządku. A co potem?

— Już widzę latające miasto przez kamery sondy. Skieruję ją do ciebie. Musisz usunąć filtr deuteru, żeby odsłonić dysk transferowy. Masz chwytak?

— Nie mam żadnych narzędzi. Tylko laserową latarkę. Powiesz mi, gdzie ciąć.

— Mam nadzieję, że to warte utraty połowy mojej zdolności uzupełnienia zapasu paliwa. Bardzo dobrze. Jeśli jesteś w stanie zdobyć maszynę do czytania i jeśli zmieści się w otwór do dysku transferowego, to świetnie. W przeciwnym razie, zabierz same taśmy. Może sobie z nimi poradzę.

* * *

Louis stał na krawędzi dachu Biblioteki i patrzył w dół, na mroczną farmę. Na skraju cienia widniało światło południa. Dalej ciągnęły się prostokąty pól uprawnych. Rzeka Wężowa wiła się na lewo i znikała między niskimi górami. Za górami znajdowały się morza, równiny, małe pasmo górskie, mniejsze morza zaniebieszczone z powodu odległości… a w końcu coraz wyżej i wyżej wznosił się Łuk. Na pół zahipnotyzowany, Louis czekał pod jasnym niebem. Nic więcej nie miał do roboty. Ledwo uświadamiał sobie upływ czasu.

Nadleciała sonda w podmuchu niebieskiego płomienia. W miej­scu, gdzie ledwo widoczny ogień dotknął dachu, rośliny i ziemia zmieniły się w pomarańczowe piekło. Mokre dzieci, mali Wiszący Ludzie i ubrani na niebiesko bibliotekarze pobiegli z krzykiem w stronę klatki schodowej.

Sonda osiadła w płomieniach i przewróciła się na bok, hamując przy pomocy dysz. Wokół jej górnego obwodu znajdowały się małe dysze sterujące, a pod spodem jedna duża. Sonda miała dwadzieścia stóp długości i dziesięć grubości — cylinder najeżony kamerami i innymi instrumentami.

Louis zaczekał, aż znikną płomienie. Potem ruszył w stronę sondy, brnąc przez zwęglone szczątki. O ile mógł stwierdzić, dach był pusty… żadnych ciał. Nikt nie zginął. To dobrze.

Kiedy odcinał gęste molekularne sito na czubku sondy, in­struował go głos z komunikatora. W końcu odsłonił dysk transferowy.

— Co teraz? — zapytał.

— Zmieniłem kierunek działania dysku transferowego w drugiej sondzie i usunąłem filtr. Możesz przynieść maszynę do czytania?

— Spróbuję. Nie podoba mi się to wszystko.

— Za dwa lata to nie będzie miało znaczenia. Daję ci trzydzieści minut. Przynieś, co zdołasz.

* * *

Kilkunastu bibliotekarzy w niebieskich szatach prawie zdecy­dowało się pójść po niego, kiedy Louis pojawił się na klatce schodowej. Na twarz miał naciągnięty kaptur. Odłamki ciężkiego metalu, którym strzelili do niego, odbity się od stroju ochronnego; wtedy ruszył w dół skokami.

Strzelanina ustała. Bibliotekarze cofali się.

Kiedy odsunęli się dość daleko, Louis przeciął laserem szczyt schodów. Spiralne schody były przymocowane tylko u góry i u dołu. Teraz ściągnęły się jak sprężyna, wyrywając boczne rampy z progów drzwi. Bibliotekarze złapali się ich kurczowo. Louis miał dla siebie dwa górne piętra.

Ale kiedy ruszył do najbliższej czytelni, drogę zagrodziła mu Harkabeeparolyn z siekierą w rękach.

— Znowu potrzebuję twojej pomocy — powiedział. Zamachnęła się. Louis złapał siekierę, kiedy odbiła się od stroju ochronnego. Kobieta walczyła, starając się wyrwać ją mężczyźnie.

— Uważaj — zawołał. Przeciągnął wiązką z lasera przez kabel zasilający maszynę do czytania. Kabel buchnął płomieniem i opadł, sypiąc iskrami.

— Budynek Lyar drogo za to zapłaci! — krzyknęła Harka­beeparolyn.

— Nic się na to nie poradzi. Chcę, żebyś mi pomogła zanieść maszynę do czytania na dach. Myślałem, że będę musiał przebić się przez ścianę. Ale to lepszy pomysł.

— Nie zrobię tego!

Louis przeciął światłem maszynę. Rozpadła się na części i spłonęła. Smród był straszliwy.

— Powiedz, kiedy — zapylał.

— Kochanek wampirów!

Maszyna była ciężka, a Louis nie miał zamiaru wypuścić lasera. Oparł się o schody; większość ciężaru spoczęła w ramionach Harkabeeparolyn.

— Jeśli ją upuścimy, będziemy musieli wrócić po następną — ostrzegł.

— Idiota!… Już… zniszczyłeś kabel! Nie odpowiedział.

— Dlaczego to robisz?

— Próbuję uratować ten świat przed otarciem się o słońce. Omal nie upuściła ciężaru.

— Ale… silniki! Znowu są na swoim miejscu!

— Więc wiedziałaś! Jest trochę za późno. Większość waszych statków kosmicznych nie wróciła. Nie ma tylu silników. Idź dalej.