Chwilę później był z powrotem w swojej celi… skafander ciśnieniowy, kamizelka i wszystko.
Louis rozebrał się i zamówił domową piżamę. Od razu poczuł się lepiej. Był zmęczony, ale należało zaopatrzyć Harkabeeparolyn i Kawaresksenjajoka. Kuchnia nie mogła dać mu kocy. Zamówił cztery obszerne poncho z kapturami i przesłał je przez dyski transferowe.
Sięgnął do swojej pamięci. Co lubiła jeść Halrloprillalar? Była wszystkożerna, ale wolała świeże jedzenie. Wybrał dania dla swoich gości. Przez ścianę obserwował ich powątpiewające miny, kiedy badali potrawy, które im posłał.
Zamówił orzechy i markowego burgunda dla siebie. Chrupiąc i sącząc wino, włączył pole do spania, opadł na nie i wyciągnął się w stanie nieważkości, żeby pomyśleć. Budynek Lyar zapłaci za jego bandycki czyn. Czy Harkabeeparolyn zostawiła w Bibliotece materiał nadprzewodzący, żeby wyrównać szkody? Nawet tego nie wiedział. Co teraz robi Valavirgiilin? Boi się o swój gatunek, boi się o cały świat i nic nie może zrobić, a wszystko przez kurtuazję Louisa Wu. Kobieta i chłopiec w ładowni muszą być równie wystraszeni… i gdyby Louis Wu umarł w ciągu następnych kilku godzin, nie przeżyliby go długo. Wszystko to było częścią ceny. Jego życie również wisiało na włosku.
Pierwszy krok: wnieść laserową latarkę na pokład „Igły". Wykonane. Drugi krok: Czy można przesunąć Pierścień na dawne miejsce? W ciągu kilku godzin mógł udowodnić, że to niemożliwe. Wszystko zależało od magnetycznych właściwości scrithu.
Jeśli nie można uratować Pierścienia, trzeba odlecieć. Jeśli Pierścień można uratować, to…
Trzeci krok: Podjąć decyzję. Czy Chmee i Louis mogą wrócić do poznanego kosmosu. Jeśli nie, to… Czwarty krok: Bunt.
Powinien zostawić skrawek materiału nadprzewodzącego w Budynku Lyar. Powinien przypomnieć Najlepiej Ukrytemu, by wyłączył dyski transferowe sondy. Faktem było, że ostatnio Louis Wu podjął kilka kiepskich decyzji. Dręczyło go to. Następne kroki miały być niezwykle ważne. Ale na razie ukradnie kilka godzin snu… do kompletu z innymi kradzieżami.
Głosy, przytłumione. Louis poruszył się, obrócił w stanie nieważkości i rozejrzał. Za ścianą rufową Harkabeeparolyn i Kawaresksenjajok prowadzili ożywioną rozmowę z sufitem. Brzmiało to jak szwargot. Nie miał przy sobie komunikatora. Inżynierowie wskazywali na prostokątny hologram dryfujący na zewnątrz kadłuba i zasłaniający część portu kosmicznego.
Przez to „okno” Louis widział zalany światłem słonecznym podwórzec szarego zamku z kamienia. Ogromne ilości grubo ciosanych kamieni, mnóstwo kątów prostych. Jedynymi oknami były pionowe szczeliny dla łuczników. Po jednej ze ścian piął się jakiś gatunek bluszczu. Bujnego, bladożółtego bluszczu ze szkarłatnymi żyłkami.
Louis zeskoczył z pola. Lalecznik siedział na swojej ławce na pokładzie nawigacyjnym. Dzisiaj jego grzywa roztaczała fosforyzujący blask. Odwrócił jedną głowę na powitanie.
— Mam nadzieję, że odpocząłeś? — zagadnął.
— Tak, potrzebowałem tego. Jakieś postępy?
— Udało mi się naprawić maszynę do czytania. Komputer „Igły” nie zna języka Inżynierów na tyle, by odczytać taśmy z dziedziny fizyki. Chcę zgromadzić słownictwo, rozmawiając z tubylcami.
— Ile to potrwa? Mam parę pytań na temat konstrukcji Pierścienia. — Czy podłoże Pierścienia, całe sześćset milionów mil kwadratowych, można by wykorzystać do skorygowania jego pozycji elektromagnetycznie? Gdyby to wiedział na pewno!
— Przypuszczam, że dziesięć do dwudziestu godzin. Wszyscy musimy od czasu do czasu spać.
Zbyt długo — pomyślał Louis, zważywszy na zbliżającą się ekipę remontową. Niedobrze.
— Skąd pochodzi ten obraz? Z lądownika? — spytał.
— Tak.
— Możemy przesłać Chmee wiadomość?
— Nie.
— Dlaczego? Przecież musi mieć przy sobie komunikator.
— Popełniłem błąd, wyłączając koercyjnie jego komunikator. Chmee nie ma go przy sobie.
— Co się stało? — zapytał Louis. — Co on robi w średniowiecznym zamku?
— To było dwadzieścia godzin po tym, jak Chmee dotarł do Mapy Kzinu. Opowiadałem ci, jak wykonał swój lot zwiadowczy, jak pozwolił samolotom kzinów atakować siebie, jak wylądował na wielkim statku i czekał, podczas gdy oni kontynuowali atak. Trwał to jeszcze sześć godzin, zanim Chmee wystartował i odleciał. Chciałbym zrozumieć, co miał nadzieję osiągnąć — powiedział Najlepiej Ukryty.
— Ja również nie wiem, naprawdę. Mów dalej.
— Samoloty leciały za nim przez jakiś czas, a potem zawróciły. Chmee kontynuował poszukiwania. Znalazł pustkowie z małym, otoczonym murami, kamiennym zamkiem na najwyższym wzniesieniu. Wylądował na dziedzińcu. Został, oczywiście, zaatakowany, ale obrońcy nie mieli nic, oprócz mieczy, łuków i tym podobnych rzeczy. Kiedy zbliżyli się do lądownika, strzelił do nich z działa obezwładniającego. Potem…
— Zaczekaj.
Jakiś kzin wypadł na czworakach z jednej z hakowatych bram i puścił się straceńczym biegiem przez szare kamienie brukowe w stronę lądownika. To musiał być Chmee; miał na sobie strój ochronny. Z oka sterczała mu strzała, długa, drewniana strzała z cienkimi jak papier lotkami.
Inni kzinowie biegli za nim, wymachując mieczami i maczugami. Ze szczelin okiennych sypały się strzały i odbijały od stroju ochronnego. Kiedy Chmee dotarł do lądownika, z jednego z okien wystrzeliła nić światła. Laserowa wiązka skrzesała iskry o kamienne płyty dziedzińca, a potem skoncentrowała się na lądowniku. Chmee zniknął. Wiązka po chwili zgasła, a szczelinowe okno eksplodowało czerwonymi i białymi płomieniami.
— Nieostrożnie — mruknął Najlepiej Ukryty — dawać taką broń wrogom! — Drugimi ustami delikatnie zaczął manipulować przy tablicy kontrolnej. Przełączył obraz na wewnętrzną kamerę. Louis zobaczył, że Chmee zamyka śluzę powietrzną, potem, słaniając się, idzie w kierunku koi autolekarza, ściągając z siebie strój ochronny i rzucając go po drodze na podłogę. Unosi pokrywę autolekarza i opada na koję z przeciętą nogą.
— Nieżas! Nie włączył monitorów! Najlepiej Ukryty, musimy mu pomóc.
— Jak? Gdybyś próbował dotrzeć do niego przez dyski transferowe, nagrzałbyś się do temperatury syntezy jądrowej. Między twoją szybkością a szybkością lądownika…
— Tak. — Ocean Wielki znajdował się trzydzieści pięć stopni za hakiem Pierścienia. Różnica energii kinetycznej wystarczyłaby do wysadzenia w powietrze miasta, Nie było jak pomóc.
Chmee leżał krwawiąc. Nagle krzyknął. Przekręcił się na bok. Grubymi palcami pogmerał przy klawiaturze autolekarza. Uniósł się, wyciągnął rękę i zamknął pokrywę.
— Nieźle — powiedział Louis. Strzała weszła w oczodół pod ostrym kątem. Mogła ominąć tkankę mózgową… albo nie. — Masz rację, był nieostrożny. W porządku, mów dalej.
— Chmee użył działa obezwładniającego, żeby unieszkodliwić wszystkich w zamku. Następnie przez trzy godziny ładował nieprzytomnych kzinów na platformy repulsyjne i wynosił ich na zewnątrz. Zaryglował bramy. Potem wszedł do zamku. Przez dziewięć godzin nie widziałem go. Dlaczego się szczerzysz?
— Nie wyniósł na zewnątrz żadnych samic, prawda?
— Nie. Chyba rozumiem.
— Miał, nieżas, szczęście, że w porę założył strój ochronny. Cięcie w nogę otrzymał, zanim zdążył to zrobić.
— Wygląda na to, że Chmee nie stanowi dla mnie zagrożenia. Będzie w autolekarzu dwadzieścia do czterdziestu godzin — ocenił Louis. Decyzja należała teraz wyłącznie do niego.