— Jest coś — powiedział — co powinniśmy omówić z kzinem, ale domyślam się, że nie da się tego zrobić. Najlepiej Ukryty, proszę, nagraj tę rozmowę. Wyślij ją pętlą do lądownika. Chcę, żeby Chmee ją usłyszał, kiedy się obudzi.
Lalecznik sięgnął za siebie; wydawało się, że żuje pulpit sterowniczy.
— Zrobione. Co takiego mamy omówić?
— Chmee i ja nie mogliśmy uwierzyć, że zabierzesz nas z powrotem do poznanego kosmosu. Albo że w ogóle możesz to zrobić.
Lalecznik przyjrzał mu się badawczo z dwóch kierunków. Płaskie głowy odsunęły się od siebie na maksymalną odległość, by lepiej przypatrzyć się swojemu wątpliwemu sojusznikowi i potencjalnemu wrogowi.
— Dlaczego miałbym was nie zabrać, Louis? — zapytał.
— Po pierwsze, wiemy zbyt dużo. Po drugie, nie masz powodu, by wracać na jakikolwiek świat w poznanej części kosmosu. Z magicznym transmutatorem czy bez niego, miejscem, gdzie chcesz się znaleźć, jest Flota Światów.
Mięśnie tylnej kończyny lalecznika napięły się niespokojnie. (Tą właśnie nogą walczyły laleczniki: odwrócić się tyłem do wroga, wycelować z szeroko rozstawionymi oczami, kopnąć).
— Czy to byłoby tak źle? — zapytał.
— Byłoby lepiej, niż zostać tutaj — przyznał Louis. — Co zamierzałeś?
— Możemy wam urządzić bardzo przyjemne życie. Wiesz, że mamy lekarstwo na długowieczność przeznaczone dla kzinów. Możemy również dostarczyć ci utrwalacz. W „Igle” jest miejsce dla samic ludzi i kzinów, zresztą mamy na pokładzie kobietę z rasy Inżynierów. Podróżowalibyście przy włączonym polu statycznym, więc tłok nie byłby problemem. Moglibyście osiedlić się na jednej z czterech rolniczych planet Floty. Faktycznie mielibyście ją na własność.
— A gdyby znudziło mi się wiejskie życie?
— Nonsens. Miałbyś dostęp do bibliotek naszej macierzystej planety. Dostęp do wiedzy, która zdumiewa ludzkość, odkąd się ujawniliśmy! Flota porusza się prawie z prędkością światła, żeby w końcu dotrzeć do Obłoków Magellana. Z nami uciekłbyś przed wybuchem jądra Galaktyki. Możliwe, że byłbyś nam potrzebny, by badać… interesujące obszary, które znajdą się na naszej drodze.
— Masz na myśli niebezpieczne.
— A co innego mógłbym mieć na myśli?
Louis odczuwał pokusę większą, niż mógł przypuszczać. Jak Chmee przyjąłby taką ofertę? Odłożenie zemsty? Szansa zniszczenia macierzystej planety lalecznika w bliżej nie określonej przyszłości? A może zwykłe tchórzostwo?
— Czy warunkiem tej propozycji jest znalezienie magicznego transmutatora? — zapytał.
— Nie. Wasze talenty są potrzebne niezależnie od tego. Jednakże… każda obietnica, jaką teraz złożę, byłaby łatwiejsza do zrealizowania pod rządami Eksperymentalistów. Konserwatyści mogą nie docenić twojej wartości, nie mówiąc o Chmee.
Ładnie powiedziane — przyznał Louis.
— Jeśli mówimy o Chmee… — rzekł głośno.
— Kzin zdezerterował, ale moja oferta dotyczy również jego.
Znalazł samice kzinów, które może uratować. Może ty go przekonasz.
— Kto wie?!
— A poza tym, może zobaczycie jeszcze swoje światy. Za tysiąc lat w poznanym kosmosie zapomną o lalecznikach. Dla was minie zaledwie kilka dekad, kiedy będziecie pędzili razem z Flotą z szybkością podświetlną.
— Potrzebuję czasu, żeby to przemyśleć. Powiem o tym Chmee, kiedy będę miał okazję. — Louis zerknął za siebie. Inżynierowie patrzyli na niego. Szkoda, że nie mógł się z nimi naradzić, gdyż decydował również o ich losie. Ale zadecydował.
— Oto, co chciałbym zrobić teraz — powiedział. — Dotrzeć do Oceanu Wielkiego. Moglibyśmy przelecieć przez Pięść Boga i dalej na tyle wolno, żeby…
— Nie mam zamiaru ruszać „Igły". Mogą nam grozić niebezpieczeństwa większe od obrony przeciwmeteorytowej, a z pewnością ona już wystarczy.
— Założę się, że jestem w stanie zmienić twoją decyzję. Pamiętasz, jak znaleźliśmy sprzęt do windowania silników Bussarda na krawędź? Spójrz teraz na ten sprzęt.
Przez chwilę lalecznik trwał w bezruchu. Następnie odwrócił się i zniknął za matową ścianą swojej prywatnej kabiny. To powinno zatrzymać go na dłużej.
Tymczasem Louis Wu podszedł do stosu porzuconych ubrań i ekwipunku. Wyjął latarkę laserową z kieszeni kamizelki. Krok czwarty: atak. Szkoda, że jego autolekarz znajdował się w lądowniku, sto milionów mil stąd. Mógł go wkrótce potrzebować.
Na zewnętrznej stronie kadłuba „Igły” znajdowała się, oczywiście, osłona przeciwodblaskowa. Każdy statek ją miał, przynajmniej na oknach. Pod wpływem zbyt dużej ilości światła osłona zmieniała się w lustro i ratowała wzrok pilota. Zatrzymywała rozbłyski słoneczne i światło laserowe. Jeśli Najlepiej Ukryty umieścił między sobą a swoją więzioną załogą nieprzenikliwe ściany, z pewnością pokrył również osłoną cały pokład nawigacyjny.
A co z podłogą?
Louis uklęknął. Silnik napędu nadprzestrzennego zajmował całą długość statku; miał kolor brązu, z domieszką miedzi i metalu używanego do budowy kadłubów. Maszyneria laleczników wyglądała jak lekko nadtopiona. Louis skierował na nią laserową latarkę i wystrzelił przez przezroczystą podłogę.
Światło odbiło się od powierzchni brązu. Uniosły się opary metalu. Następnie stopiony metal zaczął płynąć. Louis przytrzymał wiązkę, żeby wniknęła głęboko, a potem zatoczył nią koło, paląc i topiąc wszystko, co wyglądało interesująco. Szkoda, że nigdy nie przestudiował budowy napędu nadprzestrzennego.
Laser rozgrzał się w jego dłoni. Człowiek pracował przez kilka minut. Przesunął wiązkę na jedno z sześciu zamocowań, które podtrzymywały silnik w komorze próżniowej. Nie stopiło się; zmiękło i opadło. Zaatakował następne. Wielka masa silnika obwisła i skręciła się. Wąski promień błysnął, jak w stroboskopie, i zgasł. Wyczerpała się bateria. Louis odrzucił latarkę, pamiętając, że lalecznik może mu ją zdetonować w dłoni.
Przeszedł do przedniej ściany swojej klatki. Lalecznika nie było widać, ale Louis usłyszał jakby odgłosy agonii organów parowych. Najlepiej Ukryty przytruchtał zza matowej zielonej ściany i stanął naprzeciwko buntownika. Mięśnie drżały mu pod skórą.
— Zastanówmy się wspólnie — powiedział Louis Wu.
Lalecznik bez pośpiechu wsadził obie głowy pod przednie nogi i zwinął się w kłębek.
ROZDZIAŁ XXIV
Kontrpropozycja
Louis Wu obudził się wypoczęty i głodny. Przez kilka minut leżał, rozkoszując się stanem nieważkości. Potem wyłączył pole. Spojrzał na zegarek i stwierdził, że spał siedem godzin.
Goście „Igły” spoczywali pod jedną z ogromnych klamer, które w czasie lotu trzymały lądownik na miejscu. Białowłosa kobieta kręciła się we śnie niespokojnie, zaplątana w poncho, z którego wystawała jedna goła noga. Brązowowłosy chłopiec spał jak niemowlę.
Nie było jak ich obudzić, zresztą po co. Ściana nie przewodziła dźwięków, a komunikator nie działał. Dyski transferowe przeniosłyby nie więcej niż kilka funtów. Czy lalecznik rzeczywiście spodziewał się jakiegoś rozgałęzionego spisku? Louis uśmiechnął się. Jego bunt cechowała prostota.
Zamówił zapiekany ser i zaczął go jeść, podchodząc do przedniej ściany celi.
Najlepiej Ukryty przybrał kształt jajka, pokrytego skórą, z chmurą białych włosów sterczących z grubszego końca. Nogi i głowy miał podkulone pod siebie. Nie poruszył się od siedmiu godzin.