Выбрать главу

Potwierdził.

— Mam nadzieję, że potrafisz nad tym zapanować.

— Tak, nieżas, tak. — Westchnął. — Mam tysiąc falanów. Nauczyłem się panować nad sobą.

— Jak?

— Zwykle idę sobie poszukać innej kobiety. Bibliotekarka nie roześmiała się.

— A jeśli inna kobieta jest nieosiągalna? — spytała.

— Cóż… ćwiczę aż do wyczerpania. Upijam się „paliwem". Rzucam wszystko i wyruszam w kosmos jednoosobowym statkiem. Znajduję sobie inne przyjemności, którym się oddaję. Pogrążam się w pracy.

— Nie powinieneś się upijać — powiedziała i miała rację. — Jakie przyjemności znajdujesz?

Drouda! Odrobina prądu i nie przejąłby się, gdyby Harkabee­parolyn na jego oczach zmieniła się w zielony szlam. Dlaczego miałoby go to obchodzić teraz? Nie pragnął jej… no, może trochę.

Ale wykonała swoje zadanie. Mógł ocalić Pierścień albo przegrać, bez dalszej jej pomocy.

— Tak czy inaczej, będziesz miała masaż — powiedział. Obszedł ją z daleka, żeby dotknąć przycisków wodnego łoża. Harkabeeparolyn spojrzała wystraszona, potem uśmiechnęła się i rozluźni­ła całkowicie, kiedy objęły ją wibracje ultradźwiękowe rozchodzące się w wodzie. W ciągu kilku minut zasnęła. Louis tak wyregulował urządzenie, żeby samo wyłączyło się za dwadzieścia minut.

Potem pogrążył się w rozmyślaniach. Gdyby nie spędził roku z Halrloprillalar, uznałby Harkabeeparolyn za szpetną — z tą łysą głową, wąskimi jak ostrze noża ustami i małym, płaskim nosem. Ale spędził…

Miał włosy tam, gdzie nie mieli ich Inżynierowie. Czy o to właśnie chodziło? Czy o zapach jedzenia w jego oddechu? A może o jakiś nie znany mu sygnał?

Człowiek, który uszkodził statek kosmiczny, człowiek, który postawił swoje życie za szansę uratowania bilionów istot, człowiek, który przezwyciężył najgorszy z nałogów, nie powinien martwić się takim drobiazgiem, jak chętka na miłą współtowarzyszkę podróży. Odrobina prądu pozwoliłaby mu spojrzeć na to trzeźwo. Tak. Louis podszedł do przedniej ściany.

— Najlepiej Ukryty!

Lalecznik przytrachtał w pole widzenia.

— Pokaż mi zapisy na temat Paków. Wywiady z Jackiem Brennanem, raporty medyczne, wyniki sekcji obcego, wszystko, co masz. Spróbuję popracować.

* * *

Louis Wu wisiał w powietrzu w pozycji lotosu, z powiewającym wokół niego luźnym okryciem. Na ekranie, który tkwił nierucho­mo poza kadłubem „Igły”, od dawna nieżyjący mężczyzna prowadził wykład na temat pochodzenia ludzkości.

— Protektorzy mają diablo mało wolnej woli — mówił. — Jesteśmy zbyt inteligentni, by nie znać właściwych odpowiedzi. Poza tym, są jeszcze instynkty. Jeśli Pak protektor nie ma żyjących dzieci, na ogół umiera. Przestaje jeść. Niektórzy prote­ktorzy potrafią uogólniać; potrafią znaleźć sposób, by zrobić coś dla całego gatunku i to trzyma ich przy życiu. Myślę, że było to łatwiejsze dla mnie niż dla Phssthpoka.

— Co znalazłeś? Co sprawia, że nadal jesz?

— Chcę was ostrzec przed protektorami.

Louis pokiwał głową, przypominając sobie dane z autopsji obcego. Mózg Phssthpoka był większy od mózgu człowieka, ale rozrost nie dotyczył płatów czołowych. Głowa Jacka Brennana wydawała się wklęśnięta pośrodku, z powodu rozwiniętej jak u ludzi przedniej części i rozrośniętej tylnej części czaszki. Skóra Brennana stanowiła pokryty głębokimi zmarszczkami pancerz. Stawy były anormalnie spuchnięte. Wargi i dziąsła zrosły się w twardy dziób. Drastycznie zmieniony górnik z pasa asteroidów zdawał się nie przejmować żadną z tych rzeczy.

— Wszystkie symptomy starczego wieku są pozostałościami po przemianie reproduktora w protektora — mówił od dawna nieżyjącemu śledczemu z ARM. — Skóra grubieje i pokrywa się zmarszczkami; taka ma być: — na tyle twarda, by nie przebił jej nóż. Traci się zęby, żeby dziąsła mogły stwardnieć. Serce staje się słabsze, ponieważ wyrasta drugie, dwukomorowe, w pachwinie. — Głos Brennana był zgrzytliwy. — Stawy poszerzają się, żeby dać mięśniom większe ramię dźwigni. Większą siłę. Ale żadna z tych rzeczy nie przebiega prawidłowo bez drzewa życia, a na Ziemi nie ma drzewa życia od trzech milionów lat…

Louis drgnął, kiedy ktoś szarpnął go za bluzę.

— Luiwu. Jestem głodny.

— W porządku. — I tak był zmęczony przesłuchiwaniem taśm; nie dowiedział się za wiele.

Harkabeeparolyn jeszcze spała. Obudził ją zapach mięsa pie­czonego wiązką z lasera. Louis zamówił dla nich owoce i gotowane warzywa, i pokazał, gdzie mają wyrzucać to, co im nie smakuje.

Swoją kolację zabrał do ładowni. Martwiło go, że ma pod­opiecznych. To prawda, że oboje byli jego ofiarami. Ale nie mógł ich nawet nauczyć, jak powinni sobie sami zamawiać posiłki! Przyrządy były oznakowane w interworldzie i języku bohaterów. Czym miał ich zająć?

Jutro. Wymyśli coś.

* * *

Komputer zaczął dostarczać wyniki. Najlepiej Ukryty był zajęty. Kiedy Louis zdołał zwrócić na siebie uwagę lalecznika, poprosił go o taśmę z inwazji Chmee na zamek.

Zamek zajmował szczyt skalistego wzgórza. Stada zwierząt podobnych do świń, żółtych w pomarańczowe paski, pasły się na żółtej trawiastej równinie. Lądownik krążył nad budowlą, wreszcie usiadł na dziedzińcu w chmurze strzał.

Nic nie wydarzyło się przez kilka minut. Potem z kilku łukowatych drzwi naraz wypadły pomarańczowe postacie, zbyt szybko, by dało się coś dostrzec. Zatrzymały się i ściskając broń rozpłaszczyły się na ziemi jak dywany wokół podstawy lądownika. To byli kzinowie, ale wyglądali trochę inaczej. Ćwierć miliona lat zrobiło swoje.

Harkabeeparolyn odezwała się za plecami Louisa.

— Czy to rasa twojego towarzysza?

— Zbliżona. Wydają się nieco niżsi i trochę ciemniejsi, a… dolne szczęki mają bardziej masywne.

— Opuścił cię. Dlaczego ty go nie zostawisz? Louis roześmiał się.

— Żebyś miała łóżko dla siebie? Kiedy dałem się uwieść wampirzycy, znajdowaliśmy się w warunkach bojowych. Chmee był oburzony. Z jego punktu widzenia, to ja go opuściłem.

— Żaden mężczyzna ani kobieta nie może oprzeć się wam­pirom.

— Chmee nie jest człowiekiem. Nie chciałby prawdopodobnie uprawiać rishathry z wampirami ani z żadnymi hominidami.

Przybiegło jeszcze więcej wielkich, pomarańczowych kotów, zajmując stanowiska pod lądownikiem. Dwa niosły przeżarty rdzą metalowy cylinder. Tuzin stworów przeczołgało się na drugą stronę pojazdu. Cylinder zniknął w wybuchu żółtego płomienia. Lądownik przesunął się o jard czy dwa. Kzinowie odczekali chwilę, a potem podpełzli z powrotem, by ocenić rezultaty.

Harkabeeparolyn zadrżała.

— Zdaje się, że chętnie potraktowaliby mnie jako posiłek — rzekła.

Louis stawał się coraz bardziej rozdrażniony.

— Możliwe — odparł. — Ale pamiętam, jak Chmee głodował i nawet mnie nie tknął. O co ci zresztą chodzi? Nie przyjmujecie w mieście mięsożerców?

— Przyjmujemy.

— A Biblioteka?

Sądził, że nie odpowie. (Mnóstwo futrzastych twarzy pojawiło się w otworach strzelniczych. Eksplozja nie wyrządziła widocznych szkód).

— Przez jakiś czas byłam w Budynku Panth. — Unikała jego wzroku.

Z początku nie mógł sobie przypomnieć. Ach tak, Budynek Panth. Zbudowany jak cebula unosząca się w powietrzu czubkiem do dołu. Naprawa kondensatora wody. Władca chciał zapłacić rishathrą. Zapach wampirów w korytarzach.