Potwierdził.
— Mam nadzieję, że potrafisz nad tym zapanować.
— Tak, nieżas, tak. — Westchnął. — Mam tysiąc falanów. Nauczyłem się panować nad sobą.
— Jak?
— Zwykle idę sobie poszukać innej kobiety. Bibliotekarka nie roześmiała się.
— A jeśli inna kobieta jest nieosiągalna? — spytała.
— Cóż… ćwiczę aż do wyczerpania. Upijam się „paliwem". Rzucam wszystko i wyruszam w kosmos jednoosobowym statkiem. Znajduję sobie inne przyjemności, którym się oddaję. Pogrążam się w pracy.
— Nie powinieneś się upijać — powiedziała i miała rację. — Jakie przyjemności znajdujesz?
Drouda! Odrobina prądu i nie przejąłby się, gdyby Harkabeeparolyn na jego oczach zmieniła się w zielony szlam. Dlaczego miałoby go to obchodzić teraz? Nie pragnął jej… no, może trochę.
Ale wykonała swoje zadanie. Mógł ocalić Pierścień albo przegrać, bez dalszej jej pomocy.
— Tak czy inaczej, będziesz miała masaż — powiedział. Obszedł ją z daleka, żeby dotknąć przycisków wodnego łoża. Harkabeeparolyn spojrzała wystraszona, potem uśmiechnęła się i rozluźniła całkowicie, kiedy objęły ją wibracje ultradźwiękowe rozchodzące się w wodzie. W ciągu kilku minut zasnęła. Louis tak wyregulował urządzenie, żeby samo wyłączyło się za dwadzieścia minut.
Potem pogrążył się w rozmyślaniach. Gdyby nie spędził roku z Halrloprillalar, uznałby Harkabeeparolyn za szpetną — z tą łysą głową, wąskimi jak ostrze noża ustami i małym, płaskim nosem. Ale spędził…
Miał włosy tam, gdzie nie mieli ich Inżynierowie. Czy o to właśnie chodziło? Czy o zapach jedzenia w jego oddechu? A może o jakiś nie znany mu sygnał?
Człowiek, który uszkodził statek kosmiczny, człowiek, który postawił swoje życie za szansę uratowania bilionów istot, człowiek, który przezwyciężył najgorszy z nałogów, nie powinien martwić się takim drobiazgiem, jak chętka na miłą współtowarzyszkę podróży. Odrobina prądu pozwoliłaby mu spojrzeć na to trzeźwo. Tak. Louis podszedł do przedniej ściany.
— Najlepiej Ukryty!
Lalecznik przytrachtał w pole widzenia.
— Pokaż mi zapisy na temat Paków. Wywiady z Jackiem Brennanem, raporty medyczne, wyniki sekcji obcego, wszystko, co masz. Spróbuję popracować.
Louis Wu wisiał w powietrzu w pozycji lotosu, z powiewającym wokół niego luźnym okryciem. Na ekranie, który tkwił nieruchomo poza kadłubem „Igły”, od dawna nieżyjący mężczyzna prowadził wykład na temat pochodzenia ludzkości.
— Protektorzy mają diablo mało wolnej woli — mówił. — Jesteśmy zbyt inteligentni, by nie znać właściwych odpowiedzi. Poza tym, są jeszcze instynkty. Jeśli Pak protektor nie ma żyjących dzieci, na ogół umiera. Przestaje jeść. Niektórzy protektorzy potrafią uogólniać; potrafią znaleźć sposób, by zrobić coś dla całego gatunku i to trzyma ich przy życiu. Myślę, że było to łatwiejsze dla mnie niż dla Phssthpoka.
— Co znalazłeś? Co sprawia, że nadal jesz?
— Chcę was ostrzec przed protektorami.
Louis pokiwał głową, przypominając sobie dane z autopsji obcego. Mózg Phssthpoka był większy od mózgu człowieka, ale rozrost nie dotyczył płatów czołowych. Głowa Jacka Brennana wydawała się wklęśnięta pośrodku, z powodu rozwiniętej jak u ludzi przedniej części i rozrośniętej tylnej części czaszki. Skóra Brennana stanowiła pokryty głębokimi zmarszczkami pancerz. Stawy były anormalnie spuchnięte. Wargi i dziąsła zrosły się w twardy dziób. Drastycznie zmieniony górnik z pasa asteroidów zdawał się nie przejmować żadną z tych rzeczy.
— Wszystkie symptomy starczego wieku są pozostałościami po przemianie reproduktora w protektora — mówił od dawna nieżyjącemu śledczemu z ARM. — Skóra grubieje i pokrywa się zmarszczkami; taka ma być: — na tyle twarda, by nie przebił jej nóż. Traci się zęby, żeby dziąsła mogły stwardnieć. Serce staje się słabsze, ponieważ wyrasta drugie, dwukomorowe, w pachwinie. — Głos Brennana był zgrzytliwy. — Stawy poszerzają się, żeby dać mięśniom większe ramię dźwigni. Większą siłę. Ale żadna z tych rzeczy nie przebiega prawidłowo bez drzewa życia, a na Ziemi nie ma drzewa życia od trzech milionów lat…
Louis drgnął, kiedy ktoś szarpnął go za bluzę.
— Luiwu. Jestem głodny.
— W porządku. — I tak był zmęczony przesłuchiwaniem taśm; nie dowiedział się za wiele.
Harkabeeparolyn jeszcze spała. Obudził ją zapach mięsa pieczonego wiązką z lasera. Louis zamówił dla nich owoce i gotowane warzywa, i pokazał, gdzie mają wyrzucać to, co im nie smakuje.
Swoją kolację zabrał do ładowni. Martwiło go, że ma podopiecznych. To prawda, że oboje byli jego ofiarami. Ale nie mógł ich nawet nauczyć, jak powinni sobie sami zamawiać posiłki! Przyrządy były oznakowane w interworldzie i języku bohaterów. Czym miał ich zająć?
Jutro. Wymyśli coś.
Komputer zaczął dostarczać wyniki. Najlepiej Ukryty był zajęty. Kiedy Louis zdołał zwrócić na siebie uwagę lalecznika, poprosił go o taśmę z inwazji Chmee na zamek.
Zamek zajmował szczyt skalistego wzgórza. Stada zwierząt podobnych do świń, żółtych w pomarańczowe paski, pasły się na żółtej trawiastej równinie. Lądownik krążył nad budowlą, wreszcie usiadł na dziedzińcu w chmurze strzał.
Nic nie wydarzyło się przez kilka minut. Potem z kilku łukowatych drzwi naraz wypadły pomarańczowe postacie, zbyt szybko, by dało się coś dostrzec. Zatrzymały się i ściskając broń rozpłaszczyły się na ziemi jak dywany wokół podstawy lądownika. To byli kzinowie, ale wyglądali trochę inaczej. Ćwierć miliona lat zrobiło swoje.
Harkabeeparolyn odezwała się za plecami Louisa.
— Czy to rasa twojego towarzysza?
— Zbliżona. Wydają się nieco niżsi i trochę ciemniejsi, a… dolne szczęki mają bardziej masywne.
— Opuścił cię. Dlaczego ty go nie zostawisz? Louis roześmiał się.
— Żebyś miała łóżko dla siebie? Kiedy dałem się uwieść wampirzycy, znajdowaliśmy się w warunkach bojowych. Chmee był oburzony. Z jego punktu widzenia, to ja go opuściłem.
— Żaden mężczyzna ani kobieta nie może oprzeć się wampirom.
— Chmee nie jest człowiekiem. Nie chciałby prawdopodobnie uprawiać rishathry z wampirami ani z żadnymi hominidami.
Przybiegło jeszcze więcej wielkich, pomarańczowych kotów, zajmując stanowiska pod lądownikiem. Dwa niosły przeżarty rdzą metalowy cylinder. Tuzin stworów przeczołgało się na drugą stronę pojazdu. Cylinder zniknął w wybuchu żółtego płomienia. Lądownik przesunął się o jard czy dwa. Kzinowie odczekali chwilę, a potem podpełzli z powrotem, by ocenić rezultaty.
Harkabeeparolyn zadrżała.
— Zdaje się, że chętnie potraktowaliby mnie jako posiłek — rzekła.
Louis stawał się coraz bardziej rozdrażniony.
— Możliwe — odparł. — Ale pamiętam, jak Chmee głodował i nawet mnie nie tknął. O co ci zresztą chodzi? Nie przyjmujecie w mieście mięsożerców?
— Przyjmujemy.
— A Biblioteka?
Sądził, że nie odpowie. (Mnóstwo futrzastych twarzy pojawiło się w otworach strzelniczych. Eksplozja nie wyrządziła widocznych szkód).
— Przez jakiś czas byłam w Budynku Panth. — Unikała jego wzroku.
Z początku nie mógł sobie przypomnieć. Ach tak, Budynek Panth. Zbudowany jak cebula unosząca się w powietrzu czubkiem do dołu. Naprawa kondensatora wody. Władca chciał zapłacić rishathrą. Zapach wampirów w korytarzach.