Выбрать главу

— Nie. Są jak rozłożona płasko skórka obrana z okrągłego owocu.

— Temperatury tutaj różnią się. Pomijając obszary wokół chłodnic, sięgają od czterdziestu do osiemdziesięciu stopni Fahrenheita — zawołał Najlepiej Ukryty.

— Wokół Mapy Marsa woda powinna być cieplejsza.

— Mapy Marsa nie widać, a woda nie jest cieplejsza.

— Cooo? Ależ to niesamowite.

— Jeśli cię rozumiem… tak, to jest problem. — Szyje lalecznika odsunęły się od siebie, wygięły w łuk, a głowy spojrzały sobie w oczy. Louis widział kiedyś, jak robi to Nessus, i zastanawiał się, czy to ma być śmiech lalecznika. A może koncentracja. Harkabeeparolyn nie była w stanie oderwać wzroku, choć widok przyprawiał ją o mdłości.

Louis zaczął przemierzać kabinę. Mars musi być chłodzony. Ale gdzie?…

Lalecznik zagwizdał dziwną melodię: — Siatka? Louis zatrzymał się w pół kroku.

— Siatka. Racja. A to oznaczałoby… do licha! Takie proste?

— Robimy pewne postępy. Co dalej?

Dowiedzieli się sporo, obserwując światy od spodu. A zatem…

— Lećmy do Mapy Ziemi, jak najniżej, proszę.

— Tak jest — powiedział Najlepiej Ukryty. „Igła” poleciała w kierunku zgodnym z obrotem.

Tak dużo oceanu — pomyślał Louis. Tak mało lądu. Po co budowniczym Pierścienia było tyle słonej, morskiej wody w dwóch osobnych zbiornikach? Dla równowagi, oczywiście. Ale dlaczego takie wielkie? Rezerwuary? Po części. Rezerwaty dla morskich form życia opuszczonej planety Pak? Ekolodzy uznaliby je za dzieła chwalebne; ale sprawcami byli protektorzy. Cokolwiek robili, robili dla bezpieczeństwa swojego i potomków.

Mapy — pomyślał — są doskonałymi przykładami niewłaściwie skierowanych wysiłków.

Pomimo wybrzuszonego dna oceanu, łatwo było rozpoznać Ziemię. Louis pokazywał krzywizny szelfów kontynentalnych, kiedy przelatywali pod Afryką, Australią, Amerykami, Grenlan­dią, chłodnice pod Antarktydą i Arktyką… Mieszkańcy Pierścienia patrzyli i uprzejmie potakiwali. Dlaczego miałoby ich to ob­chodzić? To nie był ich dom.

Tak, zrobi wszystko, żeby odstawić Harkabeeparolyn i Kawaresksenjajoka do domu, jeśli nic więcej nie będzie mógł dla nich zrobić. Louis Wu znajdował się teraz tak blisko Ziemi, jak już nigdy nie miał być.

Nad nimi przesuwały się dna mórz.

Potem linia brzegowa: płaski zarys szelfu kontynentalnego, graniczącego z labiryntem zatok, zatoczek, delt, półwyspów, archipelagów i poszarpanych szczegółów, zbyt drobnych dla ludzkiego oka. „Igła1' mknęła w lewo od kierunku zgodnego z ruchem obrotowym. Lecieli pod wydrążonymi pasmami górskimi i płaskimi morzami. I w końcu ujrzeli prostą linię biegnącą w kierunku obrotu, a na jej bliższym końcu błysk światła.

Pięść Boga.

Coś ogromnego uderzyło dawno temu w Pierścień. Ognista kula wepchnęła do środka materiał konstrukcyjny, tworząc nachylony stożek, i przedarła się na drugą stronę. Od tego wielkiego, lejowatego kształtu ciągnął się ślad znacznie później­szego meteorytu: uszkodzony statek kosmiczny General Products, z pasażerami chronionymi polem statycznym, wylądował z szyb­kością siedmiuset siedemdziesięciu mil na sekundę. Nieżas, do­słownie wyżłobili bruzdę w scrithcie.

„Rozżarzona Igła” wystrzeliła w górę w snopie reflektora: ostrego światła słonecznego, które padało pionowo przez krater Pięści Boga. Poszarpany scrith, naciągnięty i rozerwany przez meteoryt, tworzył mniejsze szczyty wokół wulkanicznego stożka. Statek zawisł nad nimi.

W dół zbocza i wokół niego ciągnęła się pustynia. Uderzenie, które stworzyło Pięść Boga, zniszczyło wszelkie życie na obszarze znacznie większym od Ziemi. Daleko, daleko stąd, tysiące mil dalej, zaniebieszczony z powodu odległości krajobraz przechodził w niebieskie morze; sięgali tam wzrokiem tylko dlatego, że znajdowali się na wysokości tysiąca mil.

— Ruszajmy — powiedział Louis. — Potem przekaż nam obraz z kamer lądownika. Zobaczymy, jak się miewa Chmee.

— Tak jest.

ROZDZIAŁ XXVII

Ocean Wielki

Na zewnątrz kadłuba widniało sześć prostokątnych okien. Sześć kamer pokazywało pokład nawigacyjny lądownika, dolny pokład i cztery obrazy z zewnątrz.

Pokład nawigacyjny był pusty. Louis szukał światełek awaryj­nych; nie zobaczył żadnego. Autolekarz, w dalszym ciągu za­mknięty, wyglądał jak wielka trumna. Coś było nie w porządku z kamerami zewnętrznymi. Obraz drgał, przeskakiwał i migotał jaskrawymi kolorami. Louisowi udało się zobaczyć dziedziniec, otwory strzelnicze, kilku kzinów w skórzanych zbrojach, którzy stali na straży. Pozostali kzinowie biegali w tę i z powrotem: zamazane smugi i plamy.

Płomienie! Obrońcy zbudowali ognisko wokół lądownika!

— Najlepiej Ukryty? Możesz stąd podnieść lądownik? Powie­działeś, że masz zdalne sterowanie.

— Mógłbym — odparł Najlepiej Ukryty. — Ale to byłoby niebezpieczne. Znajdujemy się… o dwanaście minut łuku w kierun­ku obrotu i trochę na lewo od Mapy Kzinu… trzysta pięćdziesiąt tysięcy mil. Spodziewasz się, że pokieruję lądownikiem przy opóźnieniu wynoszącym zaledwie trzy i pół sekundy? System podtrzymywania życia działa dobrze.

Czterech kzinów popędziło przez dziedziniec, żeby otworzyć masywne wrota. Wjechał przez nie jakiś pojazd kołowy i zatrzymał się. Był większy od pojazdu Maszynowych Ludzi, który przywiózł Louisa do latającego miasta. Na czterech błotnikach miał zamon­towaną broń palną. Wysiedli z niego kzinowie i zaczęli przyglądać się lądownikowi.

Czyżby pan zamku wezwał sąsiada na pomoc? A może sąsiad przyjechał, żeby zgłosić pretensje do niezdobytego latającego fortu?

Karabiny pojazdu obróciły się w stronę kamer i plunęły. Wykwitły płomienie; kamery zatrzęsły się. Wielkie pomarańczowe koty padły na ziemię, a za chwilę wstały, żeby ocenić rezultaty.

Na pokładzie nawigacyjnym nie zapaliły się żadne światełka awaryjne.

— Te dzikusy nie są w stanie uszkodzić naszego wehikułu — oświadczył Najlepiej Ukryty.

Pociski znowu posypały się na lądownik.

— Wierzę ci na słowo — powiedział Louis. — Prowadź dalej obserwację. Czy jesteśmy wystarczająco blisko, żebym mógł się tam dostać przez dyski transferowe?

Lalecznik spojrzał sobie w oczy. Trwał w tej pozycji przez kilka sekund. Potem odezwał się.

— Znajdujemy się dwieście tysięcy mil w kierunku zgodnym z ruchem obrotowym od Mapy Kzinu i sto dwadzieścia tysięcy mil na lewo. Odległość w lewo jest nieistotna. Odległość w kierun­ku obrotu byłaby zabójcza. To daje „Igle” i lądownikowi względną prędkość osiem dziesiątych mili na sekundę.

— Za dużo?

— Nasza technika nie potrafi dokonywać cudów, Louis! Dyski transferowe mogą pochłonąć energię kinetyczną przy prędkości dwustu stóp na sekundę, nie więcej.

Wybuchy rozrzuciły ognisko. Ubrani w zbroje strażnicy budo­wali je od nowa. Louis przeżuł brzydkie słowo.

— W porządku. Najszybszy sposób, by tam dotrzeć, to lecieć prosto w kierunku przeciwnym do obrotu, aż będzie można użyć dysków transferowych. Potem, nie spiesząc się, polecimy w prawo.

— Tak jest. Jaka szybkość?

Louis otworzył usta i trwał tak, z otwartymi, zastanawiając się.

— Cóż, to fascynujące pytanie — powiedział. — Co obrona przeciwmeteorytowa Pierścienia uważa za meteoryt? Albo ataku­jący statek kosmiczny?

Lalecznik sięgnął za siebie i dotknął ustami przyrządów sterow­niczych.

— Wstrzymałem przyspieszanie — oznajmił. — Powinniśmy to omówić. Nie rozumiem, skąd Inżynierowie wiedzieli, że bezpieczniej jest zbudować system trasportowy krawędzi. Mieli rację, ale skąd wiedzieli?