Выбрать главу

Czerwone światełko zabłysło na tablicy przyrządów lądownika. Temperatura: sto dziesięć stopni Fahrenheita, akurat tyle, ile w gorących źródłach. Żadne światełka nie rozbłysły na wielkiej trumnie, w której leżał Chmee. Autolekarz miał własną regulację temperatury.

Wyglądało na to, że obrońcom zaczyna brakować materiałów wybuchowych. Ich zapas drewna opałowego wydawał się niewy­czerpany.

Dwadzieścia tysięcy mil do pokonania z szybkością czterech mil na sekundę.

— Louis?

Wzywany wydostał się z pola do spania. Najlepiej Ukryty — pomyślał — wygląda okropnie. Potargana grzywa, pogubione świecidełka. Zatacza się, jakby miał zesztywniałe stawy.

— Zastanówmy się — powiedział. Żałował, że nie może sięgnąć przez ścianę, pogłaskać lalecznika po grzywie, dodać mu otu­chy. — Może w tym zamku jest jakaś biblioteka. Może Chmee już wie coś, czego my nie wiemy. Nieżas!, może ekipa remontowa już zna odpowiedź.

— My też znamy odpowiedź. I mamy szansę zbadania plam słonecznych od spodu. — Głos lalecznika był beznamiętny jak głos komputera. — Domyśliłeś się, prawda? Heksagonalna sieć nadprzewodników wbudowana w podłoże Pierścienia. Można namagnesować scrith i manipulować strumieniami plazmy w sło­necznej fotosferze.

— Tak.

— Właśnie takie wydarzenie mogło wytrącić Pierścień z właś­ciwego położenia. Strumień plazmy wystrzelił w jakiś meteoryt, zabłąkaną kometę albo flotę z Ziemi lub Kzinu. Plazma uderzyła w Pierścień. Zabrakło dysz korygujących, które pchnęłyby go z powrotem na miejsce. Sam meteoryt, bez strumienia plazmy, nie wystarczyłby. Ekipa remontowa pojawiła się później; zbyt późno.

— Miejmy nadzieję, że nie.

— Sieć nie jest systemem pomocniczym dla dysz korygujących.

— Nie. Dobrze się czujesz?

— Nie.

— Co zamierzasz zrobić?

— Będę wykonywał rozkazy.

— Dobrze.

— Gdybym nadal był w tej wyprawie Najlepiej Ukrytym, zrezygnowałbym teraz.

— Wierzę ci.

— Domyśliłeś się najgorszego? Obliczyłem, że najprawdopo­dobniej można przesunąć słońce. Można je zmusić, żeby wy­strzeliło strumień plazmy, która zadziała jak laser gazowy, stanowiąc fotonowy napęd dla samego słońca. Słońce pociągnęło­by za sobą Pierścień siłą grawitacji. Ale nawet maksymalna siła ciągu byłaby niewystarczająca. Przy przyspieszeniu powyżej dwa razy dziesięć do minus czwartej g Pierścień zostałby z tyłu. W każdym razie promieniowanie strumienia plazmy skaziłoby środowisko. Śmiejesz się?

Louis rzeczywiście śmiał się.

— Nigdy nie myślałem o ruszeniu słońca. Nigdy nie pomyślał­bym. Ty naprawdę posunąłeś się tak daleko, że wykonałeś obliczenia?

Lodowaty i mechaniczny głos:

— Tak. To nam nie pomoże. Co więc pozostało?

— Słuchać rozkazów. Leć dalej z szybkością czterech mil na sekundę w kierunku przeciwnym do ruchu obrotowego. Powiedz mi, kiedy będę mógł przeskoczyć do lądownika.

— Tak jest. — Lalecznik odwrócił się.

— Najlepiej Ukryty? Obejrzała się jedna głowa.

— Czasami nie ma sensu poddawać się.

ROZDZIAŁ XXVIII

Mapa Kzinu

Wszystkie światełka jarzyły się na zielono. Jakkolwiek sytuacja wyglądała od strony medycznej, autolekarz jakoś sobie z nią radził. Chmee był żywy… żywy, a może i zdrowy. Ale termometr na pokładzie nawigacyjnym wskazywał sto sześćdziesiąt stopni Fahrenheita.

— Louis, jesteś gotowy do skoku? — zapytał Najlepiej Ukryty. Mapa Marsa stanowiła ciemną kreskę z prawej strony, poniżej linii hologramowych „okien". Mapę Kzinu znacznie trudniej było dostrzec. Kilka stopni łuku przed Marsem, w odległości pięć­dziesięciu tysięcy mil Louis zobaczył niebiesko-szarą kreskową linię na tle niebiesko-szarego morza.

— Jeszcze nie jesteśmy dokładnie naprzeciwko — powiedział.

— Nie. Obrót Pierścienia, mimo wszystko, będzie odpowiedzial­ny za różnicę prędkości między „Igłą” a lądownikiem. Ale wektor jest skierowany pionowo. Wyrównamy na tyle, że zdążysz prze­skoczyć.

Louisowi zajęło chwilę przedstawienie sobie tych słów w postaci wykresu.

— Zamierzasz dać nurka w ocean z wysokości tysiąca mil?

— Tak. Żadne ryzyko nie jest teraz zbyt szalone, zważywszy na sytuację, w jaką nas wplątało twoje szaleństwo.

Louis wybuchnął śmiechem (lalecznik uczący odwagi Louisa Wu?) i równie nagle spoważniał. Jak inaczej mógł eks-Najlepiej Ukryty odzyskać choć część swojego autorytetu?

— Nieźle. Nurkuj — powiedział.

Zamówił i założył parę drewniaków. Ściągnął długą bluzę i owinął nią strój ochronny i kamizelkę z urządzeniami, ale latarkę laserową wziął do ręki. Pusta powierzchnia oceanu zaczęła rosnąć w oczach.

— Gotowy.

— Skacz.

Louis przebył sto dwadzieścia tysięcy mil jednym gigantycznym krokiem.

* * *

Kzin, dwadzieścia lat wcześniej:

Louis Wu leżał wyciągnięty na wytartym kamiennym fooch i myślał o sobie dobrze.

Te dziwnego kształtu kamienne łoża zwane foochesth były na terenie parków łowieckich na Kzinie równie wszechobecne, jak parkowe ławki. Miały kształt nerki, tak że dorosły kzin mógł leżeć zwinięty w kłębek. Parki łowieckie na Kzinie były półdzikie i pełne zarówno drapieżców, jak i zwierząt hodowlanych: pomarańczowo-żółta dżungla z foochesth jako jedynymi śladami cywilizacji. Z populacją idącą w setki milionów, planeta była zatłoczona według standardów kzinów. Parki również były zatłoczone.

Louis wędrował przez dżunglę od samego rana. Był zmęczony. Przebierając nogami, przyglądał się mijającym go tłumom. W dżungli pomarańczowi kzinowie byli niemal niewidoczni. W pierwszym momencie nic. W następnym ćwierć tony myślącego mięsożercy na tropie jakiegoś szybkiego i przestraszonego stwo­rzenia. Męscy przedstawiciele rasy zwykle zatrzymywali się nagle i wytrzeszczali oczy… na skąpy uśmiech Louisa (ponieważ stwory te w uśmiechu obnażają zęby) i na znak ochrony ze strony Patriarchy na jego ramieniu (Louis postarał się, żeby go było wyraźnie widać). Po czym dochodzili do wniosku, że to nie ich interes, i znikali.

Dziwne, że przy takiej liczbie drapieżców nie widziało się ich, lecz jedynie wyczuwało obecność wśród falbaniastego, żółtego listowia. Czujne oczy i nadzieja na polowanie. To ogromny, dorosły samiec i futrzasty, o połowę niższy niedorostek obser­wowali intruza. Louis znał trochę język bohaterów. Zrozumiał, kiedy kocię spojrzało na rodzica i spytało:

— Nadaje się do jedzenia?

Wzrok dorosłego zmierzył się ze wzrokiem Louisa. Człowiek uśmiechnął się szerzej, żeby pokazać zęby. Dorosły odpowiedział:

— Nie.

Mając w pamięci cztery wojny między kzinami a ludźmi oraz parę „incydentów” — wszystkie zdarzyły się wieki temu, ale wszystkie wygrali ludzie — Louis wyszczerzył się i skinął głową. „Powiedz mu, tatusiu! Bezpieczniej jest zjeść arszenik niż ludzkie mięso!”

* * *

Pierścień, dwadzieścia lat później:

Wewnątrz przywitało go gorąco. Zacząłsię pocić. Nie zrobiło to na nim wrażenia. Był przyzwyczajony do sauny. Sto sześć­dziesiąt stopni w saunie to nie upał. Nagrany głos Najlepiej Ukrytego warczał i parskał w języku bohaterów, proponując azyl na Flocie Światów.