— Przerwij transmisję! — rozkazał Louis i jego polecenie zostało wykonane.
Strzelające w górę płomienie przesłoniły okna. Pojazd z działem odjechał. Dwóch kzinów popędziło przez dziedziniec, umieściło kanister pod lądownikiem i pędem wróciło do bramy.
To niezupełnie byli kzinowie, nie tak cywilizowani jak Chmee. Gdyby dostali Louisa w pazury… ale powinien być dość bezpieczny w środku.
Louis zerknął w dół przez płomienie. Wokół podstawy lądownika stało sześć kanistrów. Bez wątpienia, bomby. W każdej sekundzie mogli je teraz zdetonować, zanim zrobią to z każdą z osobna płomienie. Wyszczerzył się. Zbliżył ręce do tablicy kontrolnej, walcząc jednocześnie z pokusą. Potem szybko wystukał polecenia. Klawisze były nieprzyjemnie gorące. Zaparł się nogami i złapał za oparcie fotela, owinąwszy ręce bluzą.
Lądownik wystartował z płomieni. Pierścień ognistych kuł zafalował w dole, a chwilę potem zamek zmalał do wielkości zabawki. Louis w dalszym ciągu uśmiechał się szeroko. Czuł się prawy; oparł się pokusie. Gdyby wystartował na napędzie termojądrowym, a nie na silnikach repulsyjnych, kzinowie zdumieliby się siłą swoich materiałów wybuchowych.
Grad zabębnił o kadłub i okna. Louis spojrzał zdziwiony, kiedy opadł go tuzin skrzydlatych zabawek. Później samoloty zaczęły kolejno zostawać w dole. Zacisnął usta; ustawił autopilota, by zatrzymał wznoszenie na wysokości pięciu mil. Może chciałby pozbyć się tych samolotów. A może nie.
Wstał i ruszył w stronę schodów.
Louis parsknął, kiedy odczytał wskaźniki. Wezwał Najlepiej Ukrytego.
— Chmee jest wyleczony i spokojnie śpi w autolekarzu. Lekarz nie obudzi go i nie wypuści, ponieważ warunki na zewnątrz nie są odpowiednie.
— Nie są odpowiednie?
— Jest zbyt gorąco. Autolekarz nie jest tak zaprogramowany, by wypuszczać pacjenta w piekło. Teraz, kiedy wydostaliśmy się z płomieni, wszystko powinno ostygnąć. — Louis przesunął ręką po czole; struga potu spłynęła do łokcia. — Jeśli Chmee wyjdzie, przedstawisz mu sytuację? Potrzebuję zimnego prysznica.
Brał prysznic, kiedy podłoga usunęła mu się spod stóp. Chwycił ręcznik i okręcając go wokół pasa, rzucił się w dół po schodach. Usłyszał, jak grad stuka o kadłub.
Wolno i ostrożnie, jakby nadal cierpiał, Chmee odwrócił się od tablicy przyrządów. Dziwnie zezował. Wokół oka miał wygolone włosy. Imitacja skóry pokrywała wygolony pasek biegnący w górę uda do pachwiny.
— Cześć, Louis. Widzę, że przeżyłeś — powiedział.
— Tak. Co ty wyprawiasz?
— Zostawiłem w fortecy ciężarne samice.
— Czy grozi im akurat w tej chwili śmierć? Nie możemy pokrążyć przez parę minut?
— Mamy coś do omówienia? Spodziewam się, że jesteś na tyle mądry, by się nie wtrącać.
— Tak, jak się rzeczy teraz mają, twoje samice będą martwe za dwa lata.
— Mogą polecieć w polu statycznym na pokładzie „Rozżarzonej Igły". Wciąż mam nadzieję, że przekonam Najlepiej Ukrytego…
— Przekonaj mnie. Przejąłem dowództwo „Igły".
Chmee wykonał ruch rękami. Podłoga zafalowała gwałtownie. Louis chwycił się poręczy fotela i przetrwał trzęsienie. Rzut oka na tablicę powiedział mu, że „Igła” przestała opadać. Deszcz pocisków również ustał, chociaż dwanaście samolotów nadal zataczało kręgi za oknami. Forteca znajdowała się pół mili w dole.
— Jak tego dokonałeś? — zapytał Chmee.
— Zrobiłem żużel z napędu nad przestrzennego.
Kzin poruszał się niewiarygodnie szybko. Zanim Louis zdołał zrobić unik, omotało go pomarańczowe futro. Stwór jedną ręką przyciągnął Louisa do siebie, pazury drugiej przyciskając mu do czoła.
— Sprytne — powiedział Louis. — Bardzo sprytne. Dokąd masz zamiar się stąd udać?
Kzin nie poruszył się. Krew skapywała Louisowi po oczach. Poczuł, że pęka mu krzyż.
— Wygląda na to, że znowu musiałem cię ratować.
Kzin puścił go i cofnął się ostrożnie, jak gdyby bał się zareagować odruchowo.
— Skazałeś wszystkich na zagładę? A może masz pomysł, jak przesunąć Pierścień na dawne miejsce? — zapytał.
— To drugie.
— Jak?
— Parę godzin temu mógłbym ci odpowiedzieć. Teraz będziemy musieli znaleźć inne rozwiązanie.
— Dlaczego to zrobiłeś?
— Chciałem uratować Pierścień. Był tylko jeden sposób, by skłonić Najlepiej Ukrytego do współpracy. Stawką jest teraz jego życie. W jaki sposób mam zdobyć twoją pomoc?
— Ty głupcze. Zamierzam dowiedzieć się, jak przesunąć Pierścień, choćby tylko po to, by uratować moje dzieci. Twój problem to przekonanie mnie, że jesteś mi potrzebny.
— Pakowie, którzy zbudowali Pierścień, byli moimi przodkami. Staram się myśleć jak oni. Jaki system zabezpieczeń zbudowali? Oprócz tego, mam dwoje bibliotekarzy z rasy Inżynierów z dobrą znajomością historii Pierścienia. Nie współpracowaliby z tobą. Już cię widzieli. Poza tym, jednak mnie nie zabiłeś.
Chmee zastanowił się.
— Jeśli się boją, będą mnie słuchali. Chodzi o ich świat. Przodkami Inżynierów również byli Pakowie.
W lądowniku zrobiło się nieprzyjemnie zimno dla nagiego człowieka, ale Louis znowu zaczął się pocić.
— Już zlokalizowałem Centrum Remontowe.
— Gdzie?
Człowiek rozważał możliwość zatrzymania tej informacji dla siebie, ale niedługo.
— Na Mapie Marsa — rzekł. Chmee usiadł.
— Tak, to niezwykle frapujące. Tutejsi kzinowie dowiedzieli się wielu rzeczy o Mapie Marsa w trakcie swoich wypraw, lecz tego nie wiedzieli.
— Założę się, że parę statków zaginęło w pobliżu Mapy Marsa.
— Pilot samolotu powiedział mi, że wiele statków zniknęło i nigdy niczego cennego nie przywieziono z Mapy Marsa. Poszukiwacze przywieźli bogactwa z Mapy położonej dalej w kierunku zgodnym z ruchem obrotowym, ale nie tyle, by zwróciły się koszty budowy statków. Potrzebujesz autolekarza?
Louis otarł bluzą krew z twarzy.
— Jeszcze nie — odparł. — Ta Mapa w kierunku obrotu to chyba Ziemia. Więc jednak nikt jej nie bronił.
— Na to wygląda. Ale jest jeszcze Mapa z lewej strony, a statki, które tam popłynęły, nigdy nie wróciły. Czy tam mogłoby być Centrum Remontowe?
— Nie, to Mapa Down. Natknęli się na Grogów. — Louis znowu wytarł twarz. Pazury nie weszły głęboko, ale rany na twarzy krwawią długo. — Zróbmy coś z twoimi ciężarnymi samicami. Ile ich jest?
— Nie wiem. Sześć było w okresie godowym.
— Cóż, nie mamy dla nich miejsca. Będą musiały zostać w zamku. Chyba że uważasz, iż tutejszy pan je zabije?
— Nie. Za to może zabić moich męskich potomków. Kolejne niebezpieczeństwo… Ale sam sobie z tym poradzę. — Chmee odwrócił się do przyrządów sterowniczych. — Najpotężniejsza cywilizacja powstała wokół jednego ze starych statków badawczych, „Behemotha". Jeśli wyśledzą mnie tutaj, może wybuchnąć wojna z fortecą.
Spadając, samoloty płonęły jak pochodnie. Chmee przeszukał niebo radarem i detektorem podczerwieni. Pusto.
— Louis, gdzie pozostali? Czy któryś wylądował?
— Nie sądzę. Jeśli wylądowali, to skończyło im się paliwo, a tu nie ma żadnych pasów startowych… Drogi? Przeszukaj drogi. Nie możesz dopuścić, by nawiązali łączność radiową z wielkim statkiem. — Radio operowałoby torem optycznym, a atmosfera Pierścienia miała prawdopodobnie warstwę Heaviside'a.
W dole była jedna droga i, nieżas, bardzo mało prostych odcinków na niej. Były płaskie pola… Minęło kilka minut, zanim Chmee poczuł się usatysfakcjonowany.