Выбрать главу

Dotarli do ściany spadającej wody. Z odległości jednej mili wyglądała na doskonale prostą i nieskończenie długą. Wierzchołek znajdował się dwadzieścia mil nad nimi. Podstawę przesłaniała mgła. Woda huczała im w uszach, dopóki Chmee nie wyłączył mikrofonów, a i wtedy słyszeli ją przez kadłub.

— To jak kondensatory wody w mieście — powiedział chłopiec. — To tutaj moja rasa musiała nauczyć się je budować. Chmee, opowiadałem ci o kondensatorach?

— Tak. Jeśli Inżynierowie dotarli tak daleko, to ciekawe, czy znaleźli drogę do wnętrza. Czy w waszych opowieściach nie ma nic o wydrążonym w środku lądzie?

— Nie.

— Ich wszyscy czarodzieje są zbudowani jak protektorzy — powiedział Louis.

— Luiwu, ten wielki wodospad… dlaczego jest taki duży?

— Spada z samego wierzchołka Mapy. Zbiera parę wodną. Wierzch Mapy musi być suchy — powiedział Louis. — Najlepiej Ukryty, słuchasz?

— Tak. Twoje rozkazy?

— Zrobimy okrążenie lądownikiem, użyjemy radaru i innych instrumentów. Może znajdziemy wejście pod wodospadem. Wy­korzystamy „Igłę” do zbadania wierzchu. Jak u ciebie z zapasem paliwa?

— Wystarczy, zważywszy, że nie wracamy do domu.

— Dobrze. Wymontujemy sondę i zaprogramujemy tak, żeby podążała kursem „Igły” na wysokości… dziesięciu mil, czyli blisko Ziemi, jak sądzę. Niech łańcuch dysków transferowych będzie włączony i mikrofony także. Chmee, chcesz pilotować lądownik?

— Tak jest — odpowiedział kzin.

— W porządku. Chodź, Kawa.

— Chciałbym tutaj zostać — poprosił chłopiec.

— Harkabeeparolyn zabiłaby mnie. Chodźmy.

* * *

„Igła” wzniosła się o dwadzieścia mil. Ukazała się im czerwona powierzchnia Marsa.

— Wygląda okropnie — stwierdził Kawareskenjajok. Louis zignorował to.

— Przynajmniej wiemy, że szukamy czegoś wielkiego. Wyob­raźmy sobie łatę na tyle dużą, by naprawić nią Pięść Boga. Szukamy włazu na tyle dużego, by zmieściła się taka łata i jeszcze pojazd do przewiezienia jej. Gdzie umieściłbyś go na Mapie Marsa? Najlepiej Ukryty?

— Pod wodospadem — odparł dwugłowy. — Kto by go dojrzał? Ocean jest pusty. Spadająca woda zakrywa wszystko.

— Tak. To ma sens. Chmee już go przeszukuje. Gdzie jeszcze?

— Mam ukryć zarysy gigantycznego włazu w marsjańskim krajobrazie? Może nieregularny kształt, z zawiasami w długim, prostym kanionie. Może umieściłbym go pod lodem, roztapiając i zamrażając pomocny biegun, żeby ukryć swoje wejścia i wyjścia.

— Czy jest tu taki kanion?

— Tak. Wykonałem pracę domową, Louis. Bieguny to najlepszy pomysł. Marsjanie nigdy nie dotarli w pobliże biegunów. Woda ich zabijała.

Patrzyli na Mapę od strony bieguna południowego.

— W porządku. Lećmy na biegun północny. Jeśli niczego nie znajdziemy, odlecimy stamtąd. Trzymaj się tej wysokości i niech wszystkie instrumenty będą włączone. Nie przejmujmy się zbytnio, że coś strzeli w „Igłę". Chmee, słyszysz mnie?

— Słyszę.

— Przekazuj nam wszystko. Istnieje szansa, że znajdziesz to, czego szukamy. Nie próbuj sam nic robić. — Czy posłucha? — Nie dokonamy inwazji przy użyciu lądownika. Jesteśmy włamy­waczami. Lepiej znajdować się wewnątrz kadłuba General Pro­ducts, gdyby coś miało do nas strzelić.

Radar zatrzymał się na materiale konstrukcyjnym Pierścienia. Góry i doliny nad scrithem okazały się dla niego przezroczysty. Były też morza marsjańskiego pyłu, tak drobnego, że płynął jak olej. Pod pyłem zobaczyli jakby miasta: kamienne budowlę, gęstsze niż pył, z zaokrąglonymi ścianami i mnóstwem otworów. Inżynierowie wytrzeszczali oczy, podobnie jak Louis Wu. Mars­janie wyginęli w poznanym kosmosie setki lat temu.

Powietrze było przejrzyste jak w próżni. Na prawo, daleko za horyzontem, widniała góra, większa od najwyższego szczytu na Ziemi. Oczywiście, Olympus Mons. Nad kraterem unosiła się biała kreska.

„Igła” opadła i zawisła tuż nad półokrągłymi wydmami. Ukazała się budowla; unosiła się pięćdziesiąt, sześćdziesiąt jardów nad szczytem. „Igła” również musiała być widoczna dla jej mieszkańców.

— Chmee?

— Słucham.

Louis zwalczył w sobie tendencję do szeptania.

— Znaleźliśmy latający drapacz chmur. Jakieś trzydzieści pięter wysokości, z wykuszowymi oknami i półką dla samochodów. Zbudowany jak podwójny stożek. Jest bardzo podobny do budowli, którą zajęliśmy podczas naszej pierwszej wyprawy, do „Niemożliwego".

— Identyczny?

— Niezupełnie, ale bardzo zbliżony. Unosi się nad najwyższą górą na Marsie, jak jakiś cholerny znak drogowy.

— To wygląda jak znak dla nas. Mam przeskoczyć do was?

— Jeszcze nie. Znalazłeś coś?

— Sądzę, że wyśledziłem zarysy ogromnego włazu wewnątrz wodospadu. Pomieściłby flotę wojenną albo łatę do pokrycia krateru w Pięści Boga. Mogą tam być instrukcje, jak go otworzyć. Nie próbowałem.

— Nie próbuj. Zaczekaj. Najlepiej Ukryty?

— Mam odczyty. Budynek wypromieniowuje niewiele energii. Magnetyczna lewitacja nie wymaga dużych ilości mocy.

— Co jest w środku?

— Spójrz. — Najlepiej Ukryty przekazał im obraz, na któ­rym budowla była przezroczysta i szara; latający wieżowiec przystosowany do podróży, ze zbiornikami paliwa i odrzuto­wym silnikiem przelotowym wbudowanym w piętnaste pięt­ro. — Solidna konstrukcja, ściany z betonu lub czegoś równie gęstego. Żadnych pojazdów na parkingu. Na szczycie i w pod­ziemiu są teleskopy albo inne urządzenia sensorowe. Nie po­trafię stwierdzić, czy budowla jest zamieszkana — powiedział lalecznik.

— Zgoda, to jest problem. Chcę przedstawić wam strategię. Powiedzcie mi, co o niej sądzicie. Po pierwsze: przelecimy z maksymalną prędkością nad szczytem.

— Robiąc z siebie doskonały cel.

— Teraz też stanowimy cel.

— Nie dla broni wewnątrz Olympus Mons.

— Do licha, mamy przecież kadłub General Products. Jeśli nic do nas nie strzeli, przejdziemy do etapu drugiego: zbadamy radarem krater. Jeśli znajdziemy coś poza litą „podłogą” ze scrithu, rozpoczniemy etap trzeci: zamienimy ten budynek w parę. Jesteśmy to w stanie zrobić? Szybko?

— Tak. Ale nie mamy zapasu mocy, by zrobić to dwa razy. Jaki jest etap czwarty?

— Dostać się jak najszybciej do środka. Chmee zaczeka na zewnątrz i w razie czego ruszy nam na ratunek. A teraz powiedz mi, czy masz zamiar załamać się w połowie drogi?

— Nie odważyłbym się.

— Zaczekaj chwilę. — Do Louisa dotarło, że goście są przestraszeni. Powiedział do Harkabeeparolyn: — Jeśli istnieje miejsce, skąd można uratować ten świat, to jest ono właśnie pod nami. Chyba znaleźliśmy wejście. Znalazł je jeszcze ktoś. Nie wiemy nic o nim albo o nich. Rozumiesz?

— Jestem przerażona — odpowiedziała kobieta.

— Ja też. Potrafisz uspokoić chłopca?

— A ty potrafisz mnie uspokoić? — Roześmiała się spaz­matycznie. — Spróbuję — dodała zaraz.

— Najlepiej Ukryty. Ruszamy.

„Igła” skoczyła w niebo z przyspieszeniem dwudziestu g, obróciła się i zawisła dziobem w dół, tuż obok latającego budynku. Żołądek Louisa również odwrócił się do góry nogami. Dwoje gości krzyknęło. Kawaresksenjajok złapał go kurczowo za ramię.

Ukazał się krater wypełniony starą lawą. Louis spojrzał na obraz radarowy.

Była tam! Dziura w scrithcie, odwrócony lej prowadzący w górę (w dół) krateru Olympus Mons. Zbyt mały, żeby pomieścić sprzęt remontowy Pierścienia. Zwykły właz ewakuacyjny, ale wystar­czający dla „Igły".