– No dobrze, i co dalej? – spytałam niecierpliwie, bo Grażynka na chwilę zamilkła.
– No i za tym drugim razem nie mogłam się do niego dodzwonić z drogi, żeby ustalić godzinę, ciągle zasięgu nie było. Tylko dzień miałam umówiony. Do Madzi dojechałam dosyć późno, wszyscy mówili, że o tej porze już się po ludziach nie dzwoni, bałam się mu narazić, gdyby już spał, a czy ja wiem, może on chodził spać z kurami, więc zaczęłam rano. Odbierała Weronika i mówiła, że brat zajęty, więc poprosiłam o przekazanie informacji, że przyjdę koło dziesiątej i diabli ją wiedzą, przekazała czy nie, ale o dziesiątej poszłam. Dom zamknięty, dzwonek nie działa, popukałam, nic, wydawało mi się nietaktownie walić pięściami i kopać, okna tam nisko, obeszłam dookoła i pozaglądałam wszędzie. No i w jego pokoju, w tym, z którego mnie wypchnął, porozkładane były na biurku… i chyba nawet obok, na krzesłach, na stoliczku… takie płaskie, czarne tace, a na nich coś. On to oglądał z jakimś facetem.
– Z jakim facetem? – spytałam surowo.
– Nie wiem. Widziałam go od tyłu, schylonego. Nie znam człowieka.
– Wyglądał staro czy młodo?
– Garbu, w każdym razie, nie miał – skrzywiła się Grażynka. – Nie miał też warkocza ani długich, siwych splotów. Nie był łysy, w okolicy ciemienia mu nie błyskało. Nie masował się po kręgosłupie. Nie był potwornie gruby ani szkieletowato chudy…
– Szkoda.
– Ja tez żałuję. Znaków szczególnych brak. Patrzyłam tak, bo nie wiedziałam co zrobić, zapukać w okno czy jednak kopać w drzwi, z tego patrzenia zauważyłam jeszcze takie wielkie pudła koło biurka, na podłodze, jedno na drugim, niezła kupa tego była i wydawały mi się żelazne. Że nie znaczki, byłam pewna, więc co mnie to obchodziło, chciałam być tylko jako tako dobrze wychowana. Cofnęłam się, odeszłam stamtąd i zaczęłam myśleć na zewnątrz, za furtką, i na to nadeszła z miasta Weronika. Z zakupami. Jakaś taka zakłopotana się wydawała, zgadłam, że pewnie zapomniała bratu powiedzieć o moim telefonie, głupio mi było naciskać, no, wiesz jak to jest…
Wiedziałam. Równie dobrze wiedziałam, że ja bym nacisnęła rzetelnie i zażądała jeszcze później ekspiacji. Nie ja nawaliłam, tylko Weronika i niech się przyzna! No tak, w ten właśnie sposób objawia się pewnie ta moja agresywność…
Kochałaby mnie potem przyciśnięta Weronika bez opamiętania…!
Wyraźnie z tego wynikało, że Grażynka miała więcej rozumu i postąpiła słusznie, nie naraziła się przyszłej spadkobierczyni. Zaświtało mi to gdzieś tam, na samej górze, a tuż obok błysnęło coś więcej. Dziwnie Grażynka składała tę relację, o sobie, o podglądaniu, o widokach w pokoju rzeczowo i normalnie, nad facetem natomiast prześlizgnęła się wężowym ruchem. Był, drobiazg, mało ważne, a otóż nic podobnego, bardzo ważne! Skoro oglądał tacki z żelaznych pudeł, znał kolekcję numizmatyczną nieboszczyka Henia, kolekcji nie ma, jeśli podwędził ją zabójca Weroniki, musimy szukać kogoś, kto o niej wiedział. Żelazne pudło, samo w sobie, nie jest skarbem, chyba tylko dla zbieracza złomu…
– Poprosiła mnie, żebym jej pomogła – kontynuowała Grażynka, już jakby swobodniej. – Pomogłam, oczywiście, wniosłyśmy to do kuchni, nawet nie zwróciłam uwagi, że Weronika zamknęła drzwi, teraz to sobie przypominam, podawała mi te rzeczy, a ja układałam w lodówce…
– Dziwne – przerwałam cierpko. – Każda normalna pani domu lubi sobie poukładać w lodówce wedle własnego gustu…
– Może ona nie była normalna. Ale mówiła, co z przodu, co z tyłu, co wyżej, co niżej… Zmieniała zdanie i trochę to trwało, chociaż ogólnie produktów przyniosła niewiele. W każdym razie, jak wyszłam, Henryk był sam i już na mnie czekał. W bardzo dobrym nastroju, rozmawiał jak człowiek, owszem, zgodził się udostępnić spis tych swoich znaczków, nawet je pokazać, z tym że ciągle trochę kręcił, nie teraz, nie tak zaraz, ma w tym bałagan i tak dalej. Pomijam już to, że dużo by mi przyszło z oglądania, nie znam się… Porozumie się z tobą, na tym stanęło, ale to wiesz już dawno. W każdym razie numizmaty miał i ja je widziałam, bo dało się podpatrzeć, co na tych tackach leży. I nie przyznałam się, nie powiedziałam o nich ani słowa, zresztą, prawdę mówiąc, nikt mnie nie pytał. Poza tobą.
No proszę, wciąż byłam szkodliwa dla otoczenia…
– Nic ci nie poradzę, ale tego człowieka trzeba odnaleźć – oznajmiłam stanowczo. – On, ten świętej pamięci Henryk, rzeczywiście swoją kolekcję ukrywał, bo nawet ci, a niewielu ich, którzy o znaczkach wiedzieli, o monetach nie mieli pojęcia. I te znaczki to też nie taki znowu wielki szał, chyba że dla mnie. A ten jeden wiedział, oglądał, nie twierdzę, że osobiście kradł i mordował, ale mógł komuś powiedzieć albo coś w tym rodzaju. Od tyłu go poznasz?
W Grażynce wykiełkował nagle jakiś tajemniczy opór.
– Wątpię. Chyba nie.
– Może drogą eliminacji? – zaproponowałam, nie rezygnując, mimo to, z szansy. – Płomiennie rudy nie był?
– Nie. Raczej nie.
– Miał może potwornie krzywe nogi?
– Nóg nie widziałam dokładnie. Stolik i krzesła zasłaniały.
– Ale poruszał się? Wstawał, siadał, przechodził z miejsca na miejsce?
– Ogólnie siedział. Owszem, podnosił się i pochylał.
– Wypinał tyłek w twoim kierunku?
– Nie. Nie w moim.
– To jak? Skoro był tyłem…?
– Jakoś tak skośnie. I nie wpatrywałam się specjalnie w jego tyłek.
– O, mój Boże… To w co się wpatrywałaś?
– Tak ogólnie się wpatrywałam. Teraz sobie uświadamiam, że właśnie w tacki. Dlatego dostrzegłam, że na nich są krążki. Bo przecież mogło być cokolwiek, nici na przykład, nie?
– Jakie nici?
– O Jezu, nie wiem. Kolorowe. Do haftu. O, mogły być hafty. Zabytkowe. Kamienie, jakieś okazy geologiczne… Zasuszone roślinki!
– No owszem, mogły być – zgodziłam się, gwałtownie myśląc. – Czekaj. Ale przecież on był ubrany?
– Gdyby był goły, zwróciłabym uwagę – zapewniła mnie sucho Grażynka.
– W co był ubrany?
– W coś normalnego i przeciętnego. Nie miał plażowej koszuli w kwiatki, jak ten półgłówek w telewizji, chociaż było przecież lato, nie miał żadnych pstrokatych farfocli… Jakąś marynarkę albo wdzianko.
– Jasne? Ciemne?
– Pośrednie, między jasnym a ciemnym. No mówię ci przecież, nie rzucało się w oczy nijak. Nie do zapamiętania. Gdyby wyszło na jaw, że miał zamsz albo skórę glacé, też bym się nie zdziwiła. I czego ty się go czepiasz, to mógł być najniewinniejszy człowiek świata, anioł z nieba!
– Miał może duże, białe skrzydła?
– Oszalałaś…!
Z szalonym wysiłkiem spróbowałam odczepić się od faceta. Stanowił mój jedyny punkt wyjścia, jeśli cokolwiek mogło wzbudzić chciwość sprawcy, to tylko ta kolekcja, uparcie i starannie ukrywana. Chyba, że było jeszcze coś, o czym nikt nie wie… Nie ma siły, Grażynkę należy wydoić do imentu, a więcej powie mnie niż glinom, oni jej nie znają, dadzą się wpuścić w gęste maliny.
– Należałoby spytać Weronikę, co wie o gościach brata – powiedziałam z rozpędu. – Już się nie da, szkoda. Zaraz, czekaj. Myśl teraz!
– Cały czas myślę – mruknęła Grażynka i obejrzała się za kelnerką, bo siedziałyśmy w tej restauracji zgoła nieprzyzwoicie, nie mając już nic do picia. Kelnerka dostrzegła jej ruch.