Musiała istnieć jakaś krótsza droga od domu baby do domu Weroniki, bo baba pojawiła się tam równocześnie ze mną. No owszem, z tej całej niepewności jechałam powoli i ślamazarnie, możliwe, że jakoś okrężnie, po zaparkowaniu nie wysiadłam od razu, trwało to w nieskończoność, ona zaś leciała jak z pieprzem. Zdyszana była i zziajana. Wniknęła w roślinność, zarastającą zrujnowane parkany, dwa domy od Weroniki, zaledwie kilkanaście metrów od miejsca, skąd ją zabrałam razem z jej worami.
Poszłam tam i zajrzałam przez zielska.
Fakt, iż oparzyła mnie wyjątkowo wyrośnięta pokrzywa, nie miał wielkiego znaczenia, aczkolwiek dobitnie świadczył o moim ogłupieniu. Nie zauważyłam dorodnej pokrzywy…?!
No dobrze już, dobrze, miałam co innego do zauważania. Zadyszana facetka weszła do domku, który robił wrażenie opuszczonego. Niezamieszkanego. Zwyczajny, stary domek, drewniany, z tych, które można przerobić na cacko, ale najwidoczniej nikt jeszcze przerabiać go nie zaczął. Szyby w oknach istniały, także okiennice, z których jedna zwisała naderwana, drzwi niewątpliwie udawało się zamknąć, bo facetka otworzyła je kluczem, dach był w całości, tyle że porośnięty mchem i głowę bym dała, że rynny miał zapchane. Ale nie na inwentaryzację tu przyjechałam… Całość wielkim głosem krzyczała o opustoszeniu, jeśli nawet ktokolwiek w tym lokalu mieszkał, aktualnie go nie było i musiało go nie być już co najmniej rok. Najkrótszy okres, możliwe, że i trzy lata. Reszta posiadłości pasowała do stanu budynku, skrzywiona nieco szopa stała przy samym ogrodzeniu, ziejąc otworem bez żadnego zabezpieczenia.
Powinna była wejść do tej szopy. A otóż nie, weszła do domu. Tkwiłam za zwałem roślinności, w ogródkach zazwyczaj niepożądanej, sama zdumiona, że zdobywam się na taką cierpliwość, pełna współczucia dla nieszczęsnej kretynki. Biedna ofiara, usiłująca chronić syna-łajdaka.
Wyszła w końcu. Ściśle biorąc, wybiegła. Wpadła do szopy. Na krótko, wyszła z niej nieco spokojniej, na ile mogłam dostrzec z daleka, na pobladłej twarzy miała wypieki. Nie rozglądając się, ruszyła w drogę powrotną.
No dobrze, dowiedziałam się, skąd Wiesio targał pudła. Ciekawe, co mi z tego przyjdzie…
Po raz pierwszy w życiu włamałam się do cudzego domu.
– Na litość boską – powiedziała z przerażeniem Grażynka na mój widok. – Coś ty robiła? Miałaś wypadek?! Gdzie byłaś w ogóle?!
Czym prędzej z lekkim niepokojem obejrzałam się w lustrze, co aż do tej chwili jakoś do głowy mi nie przyszło. Może dlatego, że na żadne nie trafiłam, pierwsze napotkane zwierciadło znajdowało się w wejściu do hotelowej restauracji.
– No owszem, nieźle – pochwaliłam własny wygląd zewnętrzny, złapawszy dech, bo też istotnie widok stanowiłam dość osobliwy. – To co, chyba nie mogę tak wejść między ludzi…?
– No pewnie, że nie! Co się stało?!
– Zaraz ci wszystko opowiem… nie, nie miałam żadnej katastrofy… tylko się trochę ogarnę. Skoczę do pokoju i wrócę.
W łazience przyjrzałam się sobie ponownie, prawie z podziwem. Bluzkę pod szyją miałam rozerwaną, rękaw od kurteczki nieco naddarty, jedną kieszeń częściowo odprutą, ale było to nic w porównaniu z szaloną malowniczością twarzy, obficie udekorowanej czarnymi plackami i smugami. Szczytem arcydzieła był wspaniały turban z pajęczyn, zdumiewająco solidny, omotujący mi całą głowę i spływający w dół, aż na odzież. Zdaje się, że plątały się w nim dwa nieduże pajączki, może trzy, nie liczyłam uważnie. Drzazgi, trociny i coś długiego, nadgniłego, co wydało mi się bardzo starą, kiszoną kapustą, rozrzucone było po mnie nieregularnie, głównie jednak we włosach. Mogłam od razu iść na wystawę malarstwa, względnie rzeźby, jako abstrakcja katastroficzna.
Kiedy wróciłam do Grażynki, wyglądałam już jak zwyczajna, trochę zaniedbana kobieta, rzecz jasna, w odzieży całej i jako tako czystej. Grażynka patrzyła na mnie wzrokiem prawie wyzutym z przerażenia i zawierającym w sobie tylko troskę, przemieszaną z ciekawością.
– Już mówię – uspokoiłam ją. – Zdaje się, że nie wypiłam piwa, mogę teraz ten błąd naprawić. Znów moje prywatne złe we mnie wstąpiło, ostatni podryg młodości zapewne albo co. Spenetrowałam jaskinię zbójców.
Grażynka wydała z siebie jęk i zamówiła piwo. Zaczęłam myśleć na głos.
– I po cholerę ja się wtrącam? Bułgarski bloczek bułgarskim bloczkiem, ale przecież i bez wykrycia zbrodniarza mogę go od spadkobiercy odkupić, to na jaki plaster mi te chabry, maki i kąkole? Co mnie obchodzi, kto zabił Weronikę? A, prawda, to ty… Ale co mi z tych wszystkich odkryć, skoro ważne jest to, co masz w głowie, jesteś najważniejszym świadkiem, dopóki nie powiesz tego, co ukrywasz, dopóty się od ciebie nie odczepią, te gliny też mają węch. Wątki uboczne to za mało, ktoś był źródłem, inspiratorem, nie musiał sam odwalać czarnej roboty, wątpię, czy taki Wiesio waliłby tasakiem za bezdurno, niemożliwe, żeby z Weroniki ani jedno słowo nie wyszło, sąsiedzi też nie ślepe… Zaraz, sąsiedzi… Czego ja się pcham w pajęczyny, z ludźmi rozmawiać, śladów niech pies szuka, dlaczego ja, musiałam zgłupieć do reszty. No dobrze, ale z ludzi ty jesteś pierwsza…? Może to ciebie trzeba przyciskać?
Grażynka patrzyła na mnie, a twarz jej stopniowo ciemniała. Opalona była, oznaczało to rumieniec. Ocknęłam się ze swojego głośnego myślenia, zamilkłam i popatrzyłam na nią pytająco. Uświadomiłam sobie, że niczego jej nie wyjaśniłam, a możliwe, że któreś z moich odkryć okazałoby się przydatne…
– No dobrze, powiem ci, co znalazłam – zgodziłam się z własnej woli. – Mówiłam ci o Wiesiu i jego mamusi, przez dwie godziny zapomnieć nie mogłaś, bez względu na to, jakie emocje po tobie szalały. Chyba wystraszyłam babę, doprowadziła mnie do takiej opuszczonej chałupy i wlazłam tam. Stąd pajęczyny i reszta. Otóż wyobraź sobie, znalazłam ślady, bardzo wyraźne…
Ślepy jełop zauważyłby, że pusty dom był częściowo użytkowany. Jakiekolwiek surowce wtórne Wiesio by zbierał, gdzieś je musiał lokować, jako magazyn służył mu ów samotny budynek. O zacieranie śladów nie starał się zbytnio, magazyn znalazłam z łatwością, kurz wskazywał drogę, w dodatku wory pakowane były zapewne w pośpiechu, bo co pomniejsze żelazne szczątki poniewierały się jeszcze gdzieniegdzie. Poszukując nie wiadomo czego, znalazłam zupełnie nową sprzączkę od paska, wnioskując z nikłej ozdobności raczej męskiego niż damskiego, poczerniałą srebrną łyżeczkę i dziurę. Budynek był zdewastowany, nie tknięty remontem chyba od chwili urodzenia, podłoga przegniła i załamała się obok pieca, widniała w niej dziura, niewątpliwie użytkowana. Niektóre deski i drzazgi robiły wrażenie świeżo odłamanych, wyglądało to tak, jakby ktoś gwałtownie starał się ów otwór powiększyć, kurz dookoła był malowniczo rozmazany. Oczywiście zajrzałam tam, bo wydawało mi się, że z dziury coś wystaje, i moja ciekawość została solidnie ukarana. Zarwały się pode mną dodatkowe deski, coś przewróciło się obok, chcąc uniknąć złamania nogi, wsparłam się o piec, który zaprezentował całkowity brak stabilności. Jego zawartość legła mi na twarzy, ponadto wpadłam głową do kąta za nim, gdzie zniweczyłam doszczętnie robotę niezliczonych pokoleń pająków, wyplątując się z pułapki, wpadłam do dziury i wydostałam się z niej z lekką szkodą dla odzieży. Zdumiewająca ilość drzazg czyhała tam na wroga.