Выбрать главу

Jednakże wystawanie czegoś z dziury nie okazało się złudą.

Skoro już się tam znalazłam… Dziura nie była głęboka, stanowiła po prostu przestrzeń pomiędzy podłożem a deskami niegdysiejszej podłogi, wspartymi na legarach. Robili ten dom porządnie, podwójna izolacja od gruntu, przestrzeń wypełniona trocinami, trociny upodobały sobie mnie i moją odzież, ale, razem wziąwszy, zapadłam się zaledwie do kolan. Skorzystałam z ofiarowanej mi okazji, pomacałam dookoła, poświeciłam zapalniczką i wydobyłam spod nóg wystającą rzecz.

Do licha… Jedna z tacek, wyłożonych pluszem, z wgłębieniami na monety. Pusta oczywiście, bez monet. A cóż za barbarzyńca kradł te numizmaty…!

Narażając budowlę na podpalenie, przeszukałam dziurę dokładnie i znalazłam zgniecione opakowanie po papierosach popularnych z filtrem. Świeże, w stanie wskazującym na bardzo krótki pobyt w podziemiach. Nic więcej.

Zabrałam zdobyte przedmioty i wylazłam, nadrywając sobie kieszeń od wdzianka. Stwierdziłam, że coś, przewrócone obok, było beczką, od której odpadło denko i która mocno śmierdziała. Marginesowo zidentyfikowałam woń jako pozostałość wiekowej kiszonej kapusty, ale nie byłam głodna i pożywienie mnie chwilowo nie interesowało. Rozejrzałam się po owej komnacie z dziurą i piecem, gniewnie pomyślałam, że nie ja powinnam się tu plątać, tylko gliny, że zacieram im właśnie stare ślady i tworzę nowe, bez wątpienia mylące, i że dobrze im tak. Było od razu rozejrzeć się porządnie, a nie siedzieć na Grażynce!

Obejrzałam resztę domku, znalazłam jeszcze jeden pokój zakurzony równomiernie i z pajęczyną w wejściu, zatem od dawna leżący odłogiem, i wreszcie kuchnię, a w niej ślady ludzkich pobytów. Dwie butelki po piwie i liczne pety. Barłogu sypialnego nie było, z czego wywnioskowałam, że nikt tu nie mieszkał, jacyś się najwyżej spotykali.

Pety zgarnęłam w jednorazową chusteczkę, niezbyt starannie, bo nie przyszłam tu sprzątać, butelki natomiast potraktowałam nader pieczołowicie, z wielką troską o odciski palców, widoczne na nich nawet gołym okiem. Zabrałam je w przekonaniu, że inaczej przepadną, a w bagażniku plątały mi się torby foliowe, jako opakowanie całkiem niezłe. Skoro gliny zaniedbały sprawę, sama przeprowadzę śledztwo, chociaż potrzebne mi to jak dziura w moście. Może na złość prokuratorowi…?

O tych wszystkich zdobyczach z detalami poinformowałam Grażynkę. Słuchała w wypiekach, po czym zażądała demonstracji. A owszem, drobne przedmioty mogłam jej pokazać, miałam je w torebce.

Pety nie wydały jej się zbyt interesujące, chwyciła natomiast sprzączkę od paska. Byłabym od razu spytała kąśliwie, czy widzi w niej coś znajomego, ale równocześnie na zgniecionym opakowaniu po papierosach dostrzegłam jakiś napis. Rozprostowałam i wygładziłam śmieć. Istotnie, widniał na nim napis, same cyfry, dziewięć sztuk, wyglądało na numer komórki.

– Nie zapisał tego w ostatniej chwili – zaopiniowałam. – Tych z ostatniej chwili tak lekko się nie wyrzuca. Zapisał wcześniej, może sobie potem przepisał na czymś innym albo komuś podał, albo w ogóle jakoś zużytkował. Potem zapomniał o zapisie i wyrzucił pustą paczkę. I działo się to ostatnio, nie dawniej niż dwa tygodnie temu, na dłuższe leżenie ona jest za mało zakurzona. Ciekawe, jak można dotrzeć do właściciela komórki, mając numer, zdaje się, że robią z tego tajemnicę stanu, na stacjonarne miałam różne sposoby, na komórki na razie żadnego…

Zorientowałam się nagle, że Grażynka nie słucha, wpatrując się w sprzączkę od paska, jakby ją ten przedmiot zahipnotyzował. Nie zgłupiałam do tego stopnia, żeby nie wiedzieć co to znaczy, ale zaraz, chwileczkę. Nawet jeśli kochamy faceta bez opamiętania i nad życie, nie jego paski od spodni, nie szelki, nie sznurowadła i nie guziki stanowią dla nas element zasadniczy, który wyoruje w naszej pamięci wieczyste bruzdy. Chyba że…

– Ty mu sama ten pasek kupiłaś, co? – powiedziałam z westchnieniem. – I starannie wybierałaś klamerkę?

– Z jego znakiem zodiaku – wyrwało się bezwiednie Grażynce. – Koziorożec…

Ocknęła się nagle i spojrzała na mnie z tak śmiertelnym przerażeniem, że prawie poczułam się urażona. Co ja jestem, potwór, zionący ogniem z pyska? Zawodowa donosicielka i złośliwy gnom? No, może nie gnom, powiedzmy wiedźma, to już lepiej pasuje.

– Ty głupia! – rozzłościłam się. – Przecież od początku widać, że tkwisz w tym interesie po uszy. Przestań wreszcie wszystko ukrywać, i tak ci to źle wychodzi, razem możemy się zastanowić, jak z tego wybrnąć. Naprawdę uważasz, że to ten twój, jak mu tam, Patryk, zadziabał Weronikę tasakiem? No dobrze, nawet jeśli, tasak wyklucza premedytację, więc może uda się znaleźć okoliczności łagodzące. Puść farbę i przestań się dręczyć!

Grażynka miała już twarz w kolorze indyjskiego różu z lekką domieszką sepii.

– Nie… to nie… tak, ale nie… To niemożliwe… Nie to… Nie tak…

– Sprecyzuj może troszeczkę, chociaż właściwie rozumiem. Wmieszany, ale bez tasaka, tak? Albo ją trzasnął przypadkiem, bo jakoś mu ręka drgnęła?

– No wiesz…! Nie, to niemożliwe! Nie! Ja się nie zgadzam…!

– Mogę też się nie zgadzać, tobie do towarzystwa. Co nie przeszkadza omówić sprawę porządnie. W czym on siedzi? W numizmatyce, w znaczkach, w antykach? Księstwo Warszawskie rzeczywiście poniewierało się tam po kątach?

Grażynka patrzyła na mnie wzrokiem zranionej łani, łzy miała w oczach.

– Tylko nie zacznij teraz płakać – ostrzegłam – bo wszyscy na nas zwrócą uwagę, a Bolesławiec to nie Paryż, plotki tu szybko biegają. W czym leży zgryzota? Zmobilizuj się jakoś, weź pod uwagę, że to ja znalazłam klamerkę, a nie gliny, zawsze to jakaś pociecha, nie?

– Ale ty… – wydusiła z siebie Grażynka ochryple i łzawo. – Ty im to powiesz… Musisz powiedzieć… I co on tam… O Boże…!

– Nie muszę – skorygowałam zimno. – Ale muszę wiedzieć, o co tu chodzi i co się dzieje. Pytania zadajesz nieco mętnie, jednakże nadal coś tam rozumiem. Nie wiem, co on tam robił, myślałam że ty wiesz. Tacka po monetach jest faktem, mam ją w samochodzie, może on śledził złoczyńców, to nie przestępstwo, chce ich teraz szantażować czy jak…? Słuchaj, ja tu nie mogę snuć przypuszczeń w nieskończoność, odezwij się wreszcie ludzkim słowem i spróbuj powiedzieć jakieś jedno całe zdanie. Z podmiotem i orzeczeniem.

– Chyba muszę koniaku… – wydukała Grażynka żałośnie.

Pochwaliłam tę naganną chęć i obejrzałam się na kelnerkę. Nie było tłoku, więc koniak pojawił się szybko i równie szybko Grażynka z niego skorzystała. Odetchnęła głęboko.

– Już ci mówiłam, że chciałam ci o nim wcale nie mówić – przypomniała, zgnębiona. – On budzi we mnie same zastrzeżenia…

– Nie same – mruknęłam. – Coś tam im jeszcze towarzyszy.

– Ja wiem, że nie powinnam… Ale co ci poradzę, no dobrze, no niech będzie, zakochałam się. Zależy mi na nim, aż głupio, chcę go, nie chcę go, jest w nim coś, bez czego nie ma dla mnie życia, i coś, co mnie odpycha…

– Ale odpycha marniutko i słabiutko, i tylko wtedy, kiedy go nie widzisz, a jak zobaczysz, wraca to pierwsze z siłą trąby morskiej…

– Tak! – wybuchnęła Grażynka i zainteresowała się nagle: – Skąd wiesz?

Westchnęłam smętnie.

– Nie ty pierwsza i nie ty ostatnia. Mam za sobą podobne doznania. A kiedy myślisz o nim w oddaleniu i na spokojnie, to co? Analizujesz? Porównujesz za i przeciw? Czy tylko miota ci się w środku, poniżej ciemienia?

– Różnie. Przeważnie się miota, chociaż nie, nie przeważnie, właściwie tak pół na pół. I sama nie wiem, to jest życie na huśtawce, ja tak nie mogę, nie umiem, albo szczyty, albo dno. Wolałabym zwyczajną nizinę, no, niech będzie płaskowyż…