Stanął mi w pamięci wczorajszy wieczór i czym prędzej porzuciłam przyczyny zaniedbania. Przy drugiej butelce wina atmosfera przestała sprzyjać rozważaniom śledczym i przeszła na tory osobiste.
– …a mam to przecież na piśmie, w twoich notatkach – ciągnęłam. – Do brata narzeczonej należy tajemniczy, piegowaty Kuba. Ani jedno słowo o nim nie zostało powiedziane, a może jest ważny?
– Wierzysz w piegowatego Kubę? – rozgoryczyła się Grażynka. – Bo ja już nie. Patryk i to jego milczenie… O rodzicach mówił, pokazywał zdjęcie, ponieważ już nie żyją, ale nawet nie wiem, kiedy umarli, gdzie i na co. Gdzie mieszkał w dzieciństwie, co robił później, skąd pochodzi, nic, zero. Nie znam jego przyjaciół i nawet znajomych, czasem się komuś kłania w lokalu, w dyskotece, w teatrze zasnął…
– Na czym?
– Na Gombrowiczu. A co…?
– Nic. Ja zasnęłam na filmie o życiu Gorkiego, a moja matka na „Dwunastu gniewnych ludziach”. Drobiazg. Wróć do tematu.
Wrócić, Grażynka wróciła, ale trochę boczną drogą.
– I teraz nie wiem, co zrobić. Nie porzuca się człowieka w nieszczęściu…
No proszę! Dobrze zgadłam, weźmie z nim ślub w więzieniu…
– …a jeśli to zbrodniarz? Zabić starą kobietę dla pieniędzy, własną ciotkę…
– Własną…?
– No dobrze, cioteczną babkę…
– Zaraz. Ale to jednak coś o nim wiesz? Cioteczny wnuk Fiałkowskich, syn ich siostrzenicy…
– Ty wiesz akurat tyle samo. Tej siostrzenicy nikt na oczy nie widział, nawet babcia Madzi nie ma o niej pojęcia, noga jej nie postała w Bolesławcu!
– A gdzie postała?
– Otóż to! – wytknęła Grażynka z bezrozumnym triumfem. – Nikt nie wie, a on milczy!
Zatroskałam się rzetelnie. Na przełamanie jego milczenia pod wpływem władz śledczych trzeba było, niestety, dość długo poczekać, skoro postanowili przesłuchiwać go na końcu. Idiotyczny pomysł. Tym bardziej uczepiłam się piegowatego Kuby.
Złapawszy Janusza przez komórkę, zaleciłam wzmożenie starań w Bolesławcu w kwestii kumpla brata narzeczonej. Miałam nadzieję, że przekaże sugestię subtelniej, drogą okrężną, nie narażając się im tak jak ja. Odpowiedział mi na to, że sprawa jest w toku, co nieszczególnie zwiększyło moją wiedzę.
Natychmiast potem zadzwonił Ten Pan. Grażynka przyrządziła sobie drugą kawę i zaczęła zbierać na moim biurku materiały dla grafika i do korekty, a ja zajęłam się rozmową, można powiedzieć, bez reszty.
– Wie pani, mnie to okropne wydarzenie bardzo interesuje – powiedział smutnym głosem Ten Pan. – Zbieracz w Bolesławcu miał, wbrew pozorom, ciekawe rzeczy i zdaje się, że była jakaś afera. Chciałbym się z panią spotkać, nie będzie pani może w jakimś sklepie albo co?
Afera zaintrygowała mnie natychmiast.
– Chwilowo nie miałam w planach, ale… Jaka afera?
– Nie filatelistyczna, jego znaczki pani chyba już zna? Skoro pani tam była…?
– W każdym razie bułgarski bloczek widziałam. I ogólnie znam, oczywiście.
– Więc raczej numizmatyczna. Wie pani, on się więcej zajmował monetami niż znaczkami, tak cicho siedział, nie lubił sprzedawać. Jakieś tam się przytrafiły nieprzyjemności, w zeszłym roku. Rozumiem, że mu to teraz ukradli?
– Ukradli.
– No więc właśnie. Ja bym chciał się z panią spotkać.
Poczułam wyraźnie, że również jestem spragniona spotkania. Czym prędzej wymyśliłam sklep na Hożej, bo stamtąd było blisko do barku na Kruczej, gdzie dawało się usiąść. Nigdy w życiu nie umiałam rozmawiać na stojąco, a wszelkie rozmowy w trakcie spacerów zawsze wydawały mi się nie do pojęcia, wszystko człowiek wkłada w nogi i na umysł już mu niewiele zostaje. Umówiłam się z nim za godzinę.
Rzecz jasna, w sklepie od razu rozpoznałam go z twarzy, już na mnie czekał. Ledwo spojrzałam na gabloty na ścianach, nie dostrzegłam w nich niczego szczególnego i od razu zaproponowałam przeniesienie się na miejsca siedzące. Najwyraźniej w świecie jedyną przyczyną jego przybycia do sklepu było spotkanie ze mną, bo chętnie przystał.
– Pan Fiałkowski umarł już przeszło rok temu – powiedziałam przy kawie. – Ta jakaś nieprzyjemność nastąpiła jeszcze przed jego śmiercią?
– Krótko przed, umarł w jakiś miesiąc czy dwa później – westchnął Ten Pan. – Wie pani, aż mi trochę głupio o tym mówić, bo zamieszane w to były osoby nadal żyjące, a wszystko razem takie mgliste i niepewne, że właściwie nic nie wiadomo.
– Nic nie szkodzi. Niech pan powie o tym mglistym i niepewnym. Może się skojarzy z obecnymi wydarzeniami?
– No może. A co się tam właściwie stało obecnie?
– Wszystko panu opowiem – obiecałam – ale trzymajmy się chronologii. Najpierw afera.
Ugodowy charakter musiał mieć, bo poszedł na ustępstwo.
– No właśnie, podobno jakaś kradzież się przydarzyła, ale nawet nie jest pewne czy kradzież, bo może tylko zguba. Ktoś zgubił monetę, ale taką, że wstyd się przyznać. Chodziło o brakteat Jaksy z Kopanicy…
O, masz ci los! Wraca do mnie ten brakteat niczym wyrzut sumienia!
– Pan Fiałkowski go miał. To znaczy nie miał, a potem nagle miał, komuś pokazywał, a potem nagle przestał mieć i nie miał. Mówił, że nie ma, ale podobno to nieprawda. A za to drugi zbieracz, który miał, też przestał mieć i twierdził, że w ogóle nie miał nigdy, a to też nieprawda. Krążyły plotki, że ktoś go ukradł i pan Fiałkowski kupił kradzione, więc nic dziwnego, że nie chciał się przyznać, ale dlaczego wypierał się poszkodowany, jest nie do pojęcia. Potem pan Fiałkowski umarł, została jego jakaś krewna, a z tą krewną nikt nie mógł się dogadać.
– Siostra… – wyrwało mi się.
– To siostra była? No więc właśnie. Chociaż dziwne. Myślałem, że żona.
– Dlaczego żona?
– Bo to żony na ogół całkiem nie mają zrozumienia dla kolekcji mężów. Siostry bywają takie więcej tolerancyjne. A ta podobno jak pień.
Postanowiłam nie wdawać się teraz w ocenę charakteru Weroniki. Przypomniał mi się nagle pan Józef Pietrzak, który też się wypierał posiadania brakteatu Jaksy z Kopanicy, a coraz bardziej byłam pewna, że go u niego oglądałam.
– Czy to nie panu Pietrzakowi przypadkiem ten brakteat zginął? – spytałam, zanim zdążyłam się zastanowić, że znów jestem chyba wścibska i nietaktowna.
– A, to słyszała pani o tym? – ucieszył się Ten Pan. – Tak, jemu. Ale właśnie możliwe, że sam go zgubił, więc to tak między nami, w cztery oczy. Ja tego nie powiedziałem.
– Nie, to ja. Często mówię różne głupstwa.
– No właśnie, to co tam było, w tym Bolesławcu?
Skojarzenie miał prawidłowe, skoro gadam głupstwa bez opamiętania, to i o bolesławieckich zbrodniach opowiem. Westchnęłam ciężko i zdecydowałam się uchylić rąbka tajemnic służbowych. Należało mu się.
– Weronika, ta siostra, została zamordowana, a cała kolekcja numizmatyczna zniknęła. Ściśle biorąc, jedna moneta się odnalazła pod biurkiem nieboszczyka, złodziej prawdopodobnie zgubił. Podejrzanych jest parę sztuk, co najmniej dwóch, a może się przyplącze i trzeci. Badają rozmaite ślady i przesłuchują świadków, rezultatów na razie nie znam. Czy pan może wie, co tam było w tej kolekcji? Co pan Fiałkowski naprawdę miał? Bo, rozumie pan, gdyby złodziej chciał sprzedawać, byłoby to już coś! Szczególnie rzadkie okazy. Może miał?
– A specyfikacji tam nie znaleźli?
– Z tego co wiem, to nie.
– A powinna być – skarcił Ten Pan nie wiadomo kogo, zapewne sytuację. – Pewnie ten jakiś ukradł razem z monetami. A znaczki?